WISHBONE ASH – Andy Powell (26.01.2011)

WISHBONE ASH - Andy Powell

Wishbone Ash przyjeżdża w lutym do Polski na sześć koncertów. Gwoli ścisłości: Wishbone Ash prowadzone przez gitarzystę i wokalistę Andy’ego Powella, jedynego muzyka, który pozostał w składzie z czasów kiedy powstawały takie klejnoty jak „Phoenix”, „Sometime World”, czy „Persephone”. Przed wizytą w Polsce była okazja, by zadać Andy’emu kilka pytań drogą mailową…

– Mówisz, że „Granie w tym zespole jest łatwe”, ale chyba nie zawsze tak było? Kariera Wishbone Ash to przecież konflikty, rozłamy w zespole, powroty, kolejne zmiany w składzie…

– Dawny Wishbone Ash działał w stabilnym składzie przez 12 lat, tylko Ted Turner opuścił zespół i w jego miejsce dołączył Laurie Wisefield. Jeśli prześledzić dokładnie naszą historię, to zespół tak naprawdę nigdy się nie rozpadł – jego członkowie odchodzili stopniowo, jeden po drugim… Wiele grup z wczesnych lat siedemdziesiątych „walczyło” o wypracowanie charakterystycznego brzmienia, co wiązało się potężną ilością tras koncertowych i wszystkimi możliwymi rodzajami presji. To nie zawsze musi być złe. Narkotyki, alkohol, ego muzyków – to już nie jest takie dobre… Zapoznawaliśmy się dokładnie z tym całym „biznesem” i wchodziliśmy w niego, tak jak robią to dzisiejsze młode kapele. Teraz jestem szczęśliwy, wszystko przebiega dużo bardziej spokojnie, chociaż oczywiście czasem jest to harówka. Czuję, że zyskałem prawo do tego, by teraz cieszyć się tą podróżą nieco bardziej. Każdy rozumie co to takiego rock and roll, więc nie ma tylu niespodzianek. Społeczeństwo jest bardziej rockandrollowe. To bezpośredni efekt kultury muzycznej lat siedemdziesiątych.


– Jak zapamiętałeś pierwsze spotkanie i pierwszą wspólną sesję z Martinem Turnerem, Tedem Turnerem i Stevem Uptonem? To była odważna decyzja, by grać na dwie gitary prowadzące, w tamtych czasach naprawdę niewiele kapel stosowało takie rozwiązanie…

– Pamiętam, że Steve prawie się nie odzywał. Martin prowadził wszystkie rozmowy. Stopniowo poznawaliśmy siebie. Miles Copeland, nasz nowy menadżer, trzymał się z boku. Chłopaki byli z prowincji. Ich ciuchy wydawały się nieco zabawne – chusty z szyfonu, coś w tym stylu. To pamiętam…
Kiedy zaczęliśmy grać razem, wszystko nabrało innego znaczenia. Od razu „zaskoczyło” między nami pod względem muzycznym. Mieliśmy za sobą różne doświadczenia muzyczne, co później przełożyło się na to co robiliśmy wspólnie w Wishbone Ash.
Od początku traktowaliśmy też nasze granie poważnie z biznesowego punktu widzenia. Opracowaliśmy plan. Przeprowadziliśmy się wszyscy do Londynu, by wcielić go w życie. Właściwie to dopiero później zostaliśmy przyjaciółmi.


– W czym tkwi sekret niezwykłego stylu, niepowtarzalnego klimatu wczesnych albumach Wishbone Ash?

– Nasze inspiracje – oto cały sekret. Bycie fanami brytyjskiej muzyki. Myślę, że moim wkładem w zespół był ten folkrockowy element. Zasłuchiwałem się w takich wykonawcach jak Fairport Convention, Joni Mitchell i Tim Hardin. Zasługą Martina były elementy jazzu, utwory takie jak „Vas Dis”. Steve Upton też był jazzującym perkusistą. Ted z kolei był przesiąknięty bluesem. Każdy zespół w tamtych czasach musiał ciężko pracować nad rozwinięciem własnego, niepowtarzalnego stylu. Panowała wówczas bardzo silna, ale zdrowa konkurencja.


– Mółgbyś wskazać – powiedzmy pięć – najważniejszych momentów w ponad czterdziestoletniej karierze zespołu?

– Podpisanie w Londynie pierwszego prawdziwego kontraktu z Milesem Copelandem. Spotkanie i wspólny jam z Ritchiem Blackmorem na próbie dźwięku przed koncertem Deep Purple w Dunstable, w hrabstwie Bedfordshire. To wydarzenie doprowadziło do przedstawienia zespołu producentowi Derekowi Lawrencowi, który z kolei poznał Milesa Copelanda z Donem Shanem z wytwórni MCA.
Pierwsze tournee po Zjednoczonym Królestwie, kiedy supportowaliśmy Mott The Hoople. Te występy sprawiły, że dotarliśmy do szerokiej widowni i otworzyły nam drogę do koncertowania już w roli głównej atrakcji wieczoru.
Uznanie nas w plebiscycie na Najlepszy Nowy Zespół i Największą Nadzieję Brytyjskiej Muzyki oraz pierwsza trasa po USA w roli supportu The Who.
Europejskie tournee The Star Trucking, które przyczyniło się do rozłamu w naszych szeregach. Byliśmy headlinerem w towarzystwie Lou Reeda, Mahavishnu Orchestra oraz Ike i Tiny Turner. Nawiasem mówiąc nie dostaliśmy należnej kasy za tą trasę, co poskutkowało wyrzuceniem Milesa Copelanda.


– Którą sesję, bądź sesje nagraniowe wspominasz jako coś przyjemnego, z drugiej strony – która była drogą przez mękę?

– Bardzo przyjemnie pracowało się nad „Argusem”. Odkryliśmy nasze brzmienie i mieliśmy wówczas świetne relacje z producentem i realizatorem płyty.
Natomiast „Locked In”, nagrany w USA z producentem Tomem Dowdem nigdy nie powinna się ukazać. To było okropne doświadczenie.


– Gdybyś miał przygotować zestawienie Top 10 złożone z utworów Wishbone Ash dla potrzeb programu radiowego lub telewizyjnego, jakie kompozycje byś wybrał?

– „Blowin’ Free”, „The King Will Come”, „Throw Down the Sword”, „Phoenix”, „Sometime World”, „Jailbait”, „Ballad of the Beacon”, „In Crisis”, „Loose Change”.


– Jak scharakteryzowałbyś obecnych muzyków zespołu, stanowicie międzynarodowy skład…

– Znający swój fach, zakorzenieni w tradycji instrumentaliści, absolutni profesjonaliści, którzy grali z najlepszymi. Wszyscy mamy te same muzyczne inspiracje, niezależnie od tego, że jesteśmy z różnych stron.


– Który utwór (tekstowo lub chociażby poprzez tytuł) innego artysty, mógłby posłużyć za portret Twojej osoby?

– „Love the one you’re with” Stevena Stillsa.


– Parę lat temu, Martin Turner powołał do życia inne wcielenie Wishbone Ash i koncertuje z tym zespołem po Europie, wykonując klasyczny repertuar grupy. Twój komentarz do tej sytuacji?

– Twoje stwierdzenie jest błędne. Jest i zawsze był tylko jeden Wishbone Ash – zespół znany na całym świecie, który ciągle nagrywał płyty, wydawał DVD, bez przerwy przez ponad 40 lat. Jak więc mógł zostać założony „inny Wishbone Ash”? Widzę to w ten sposób: on składa hołd muzyce, którą stworzył w okresie tych 15 lat kiedy był członkiem zespołu. Martin robił inne rzeczy przez dwadzieścia lat, inne niż granie, śpiewanie i nagrywanie płyt. Powiem tak: nie mam pojęcia w jaki sposób można dwukrotnie założyć to samo? To tak przy okazji…


– Uścisnęlibyście sobie dłonie, gdyby zdarzyło Wam się spotkać gdzieś w trasie?

– Wydaje mi się, że Martin byłby szczęśliwy, by uścisnąć mi rękę za to, że tak łatwo może znów zabrać się za muzykę, po tak długiej absencji i jeszcze dodatkowy uścisk należałby mi się za to, że utrzymuję zespół, że płyty z dyskografii Wishbone Ash są wciąż dostępne na całym świecie, i jeszcze jeden – że jego historia wciąż pozostaje żywa.


– Wishbone Ash nadal jest bardzo aktywnym zespołem. Co ż daje Ci siłę do grania koncertów, nagrywania albumów po czterech dekadach funkcjonowania w przemyśle muzycznym?

– Żyję teraźniejszością i cieszę się każdym dniem. Kocham bycie w trasie. Kieruję się oryginalnym credo naszego zespołu: „Pozytywne myślenie. Pozytywna energia”.


– Czego polscy fani mogą spodziewać się po Waszych lutowych koncertach?

– Gitar na światowym poziomie. Światowej klasy sekcji rytmicznej. Światowej klasy brzmienia. Tonacji, Harmonii, Melodii – wspaniałych utworów, klasycznych partii gitarowych, wokali na 100 procent mocy. Muzycznego pokarmu i – co najważniejsze – zabawy!!!

Pytał: Robert Dłucik
Zdjęcie: Wikipedia

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *