STEVEN WILSON (17.09.2011)

wilson

Zaczynam się przyzwyczajać do pewnej reguły mojego szalonego żywota. Zupełnie jak gdyby przy narodzinach małego Adasia ktoś krzyknął z niebios: „Jeżeli ten chłopiec postanowi zacząć nowy etap w swoim życiu, zrobi to z impetem godnym Jeźdźca Apokalipsy!”. To też początek każdego nowego etapu ma zawsze ogromną skalę i sprawia mi więcej stresu niż ustna matura z polskiego. Pierwszy koncert, jaki miałem przyjemność zobaczyć na własne oczy, to Radiohead w Poznaniu. Samotna podróż pociągiem ponad sześć godzin i wielki, liczący dziesiątki tysięcy tłum. Szaleństwo. Szok. Radość!
Pierwszy poważny wywiad w swoim życiu (proszę, nie liczmy rozmowy z Bartkiem Wroną i Rudim Schubertem na potrzeby lokalnego radia) przeprowadziłem z moim muzycznym mistrzem, najbardziej zapracowanym człowiekiem w tym biznesie i jedynym gitarzystą na świecie, którego nikt jeszcze nie widział w butach – Stevenem Wilsonem. Stres? Cholerny. Plątanie języka? Bez przerwy. Satysfakcja? Bezcenna.


– Halo?
– Cześć, dobrze mnie słychać?
– Tak, a mnie?
– Również.
– Jak się masz, Steven?
– Dobrze, dobrze, dziękuję.
– W takim razie zacznijmy…

Na początku chciałbym z Tobą porozmawiać, rzecz jasna, o Twoim najnowszym albumie – „Grace for Drowning”. Słucham go od jakiegoś czasu i naprawdę uwielbiam to, co słyszę! Martwiłem się o to wydawnictwo, ponieważ „Insurgentes” stał się moim ulubionym albumem roku 2008 i nie byłem do końca pewien, czy dasz radę przeskoczyć tak wysoko zawieszoną poprzeczkę. Mogłeś wydać ten materiał jako dwa osobne albumy, jednak postanowiłeś stworzyć pojedynczą, epicką podróż. Wiem, że „nie powinno się go traktować jako jednego wydawnictwa, lecz dwa osobne albumy w jednym opakowaniu”, jednak nie potrafiłbym po zakończeniu „Remainder the Black Dog” przerwać tego muzycznego „seansu”. To jak przerywanie filmu w połowie! Czy nie uważasz, że taki ruch był nieco ryzykowny w dzisiejszych czasach?

Myślę, że ciężko jest przekonać dzisiejszego człowieka do słuchania i skupiania się na muzyce, która – przyznajmy – jest całkiem intensywna; to nie coś, czego ludzie mogą słuchać bez odpowiedniego skupienia. To jeden z powodów, dla których podzieliłem album na połowę, dwa muzyczne doświadczenia. Mówisz, że dla ciebie to coś normalnego, słuchanie albumu od początku do końca, ale od wielu fanów nie można tego oczekiwać. Myślę, że podzielenie „Grace for Drowning” było bardzo dobrym pomysłem. Era winyli była okresem, który stworzył ogrom albumów słuchanych do dzisiaj z ogromną pasją. W tamtych latach czas, jaki potrafiliśmy poświęcić na pełne skupienie, prawdziwe słuchanie, nie był zbyt długi. Dzisiaj ten czas, głównie z powodu iPodów i ściągania muzyki w plikach, jest jeszcze krótszy. Ludzie nudzą się o wiele szybciej. Masz rację, oczekiwanie od ludzi, aby posłuchali tak długiego, intensywnego albumu, jest obecnie nieco ryzykowne, ale z drugiej strony – dlaczego miałoby mnie to ograniczać? Staram się tworzyć właśnie takie albumy, zaangażować słuchacza i wciąż są tam ludzie, którym się to podoba. Dla takich właśnie osób tworzę, nie dla tych, którzy słuchają muzyki w trybie shuffle na swoim iPodzie. Nie mogę o nich myśleć, gdy tworzę swoje albumy.

Polscy dziennikarze, z którymi rozmawiałem na temat „Grace for Drowning”, są zachwyceni tym nowym, „karmazynowym” Stevenem Wilsonem. Słychać, że prace nad remiksami albumów King Crimson bardzo na ciebie wpłynęły. To jednorazowy wybryk, czy możemy się tego jeszcze spodziewać w przyszłości?

Racja, praca nad muzyką King Crimson wyjątkowo na mnie wpłynęła i wiele doświadczenia z miksowania tamtych albumów wniosłem do „Grace for Drowning”. Moja głowa była tym przepełniona, naturalnym był fakt, że tego typu muzyka pojawi się na nowym albumie. Czy wpłynie to na przyszłość? Nie potrafię powiedzieć. Gdybyś powiedział mi podczas tworzenia „Insurgentes”, że niebawem nagram taki album, nie uwierzyłbym. Nie staram się nigdy wybiegać myślami w daleką przyszłość, to chyba właśnie powód ciągłej ewolucji mojej muzyki. Nie lubię nagrywać tego samego albumu dwukrotnie, wolę zaskakiwać fanów. Owszem, czasami są niezadowoleni z wyników, ale to część naszej „umowy” – czasami ludzie są zachwyceni, innym razem wieszają na mnie psy. Tak czy inaczej, jestem naprawdę dumny z „Grace for Drowning”. Nie uważam, że to zupełny koniec tego kierunku i zdecydowanie potrafię sobie wyobrazić więcej muzyki w podobnym stylu, więc… Zobaczymy.

Wiadomo, że przy nowym albumie pomogło Ci wielu wyśmienitych muzyków. Czy mógłbyś ich wymienić?

Skorzystałem z usług wielu muzyków jazzowych. To jedna z rzeczy, którą wyniosłem z prac nad starymi albumami King Crimson – brzmią tak dobrze jak brzmią, ponieważ to nie byli muzycy rockowi grający muzykę rockową. To muzycy jazzowi grający muzykę rockową. Michael Giles, Ian McDonald, Keith Tippett – jazzmani, którzy w oryginalny sposób podeszli do świata muzyki rockowej. To oni sprawili, że King Crimson był czymś wyjątkowym. Podchodząc do tworzenia nowego albumu, byłem pewny od samego początku – nie użyję rockowego perkusisty, zaproszę bębniarza jazzowego, dlatego właśnie na „Grace for Drowning” zagrał Nic France, gwiazda sceny jazzowej, poza nią w ogóle nieznany. Pomógł mi też Theo Travis, z którym pracowałem już wielokrotnie i który zagrał na flecie i saksofonie (również muzyk znany głównie na scenie jazzowej). Takich gości, muzyków z innego świata połączyłem z kilkoma szerzej znanymi nazwiskami: Tony Levin (Peter Gabriel), Jordan Rudess (Dream Theater), Steve Hackett (ex Genesis) – taka kombinacja właśnie mnie interesowała.

To Jordan Rudess tak pięknie gra we wstępie do „Deform to Form a Star”?
Gra cały utwór. Nie tylko zresztą, pojawia się też w utworze tytułowym i „Raider II”. Gra naprawdę cudownie, to prawda.

Właśnie, „Raider II”. Czy za tym 24-minutowym gigantem kryje się jakaś większa historia?
Czy zawsze musi być jakaś historia? Gdy zaczynam pisać utwór, nie mam pojęcia, czy wyjdzie z niego krótki, 3-minutowy utwór, czy trwający ponad kwadrans gigant. Pisanie muzyki jest jak opowiadanie komuś historii lub żart. Jeżeli potrzebujesz dwudziestu pięciu minut na dokończenie historii – tyle właśnie będzie trwała. „Raider II” sam ewoluował, cały czas rósł; za każdym razem, gdy napisałem jego część, sugerowała ona kolejną, swoją naturalną kontynuację. Działo się to automatycznie. Nie planowałem tak długiej kompozycji, w pewnym momencie nawet nie zdawałem sobie sprawy, że jest tak wielka. „Raider II” niemal sam wyznaczył swoje czasowe granice. Właśnie tyle czasu było potrzeba na opowiedzenie tej historii. Nie było jakiegoś genialnego planu stworzenia giganta. Jak zapewne wiesz, całkiem dobrze odnajduję się w długich utworach, wychodzą mi zdecydowanie lepiej niż mieszczenie się w krótkich utworach. Nie jest to zatem dla mnie coś nowego, choć fakt – dawno nie stworzyłem czegoś aż tak długiego. „Anesthetize” z „Fear of a Blank Planet” trwało osiemnaście minut, „Raider II” jest od tamtej kompozycji o ponad sześć minut dłuższy, ale jestem z niego naprawdę, naprawdę dumny.

Mówisz, że jesteś lepszy w pisaniu długich utworów. Ale przecież na „Grace for Drowning” jest wiele rewelacyjnych, krótszych kompozycji! Weźmy na przykład „No Part of Me” – piękna rzecz, do tego nie brzmi jak żaden z Twoich wcześniejszych utworów. Ma świetne, jakby orientalne zakończenie z zadziorną solówką na gitarze. To Ty ją grałeś?

Nie, nie (śmiech), to nie gitara. To saksofon, bardzo przesterowane solo na saksofonie, które tylko brzmi jak gitara.

Wilson

Ha, mój błąd! Ale jest naprawdę szalone!
15 września opublikowałeś na swoim koncie Facebook listę własnych utworów, które uważasz za najlepsze. Niespodzianką było zobaczyć wśród nich „Belle de Jour”, 3-minutowy instrumental. Przyznaję, brzmi magicznie, ale nie spodziewałem się, że jest to jedna z Twoich ulubionych kompozycji.


To normalna rzecz, że osoba, która tworzy muzykę, podchodzi do niej w zupełnie inny sposób niż osoba ją odbierająca. Często jest jednak tak, że, pisząc muzykę, masz pewną ideę, wizję utworu, który tworzysz. Ale w rzeczywistości nie zawsze zgadza się to z tym, co słyszałeś wcześniej w swojej głowie. Okazuje się brzmieć gorzej, zaskakująco gorzej od tej wizji. Czasami jednak tworzysz utwór i brzmi po prostu PERFEKCYJNIE. Takie dla mnie jest właśnie „Belle de Jour”: bardzo krótkie, bardzo proste, jednak stało się idealnym odwzorowaniem moich myśli. Wiesz, niektóre utwory wychodzą bardziej zaskakująco, bardziej ambitnie, łatwiej chwytają twoją uwagę, ale nie brzmią do końca tak, jak chciałem. Dla przykładu przywołajmy tutaj bodaj najbardziej popularny z moich wszystkich utworów – „Trains” Porcupine Tree. To nie jest mój ulubieniec, ba!, nie jest nawet blisko bycia jednym z moich ulubieńców i nie potrafię wytłumaczyć, skąd wzięła się jego popularność.

Co do „Trains” – fani w Polsce naprawdę czekają na czasy, gdy ten utwór przestanie wieńczyć każdy koncert.

I tymi słowami, jak myślę, reprezentujesz tylko nieliczną grupę najbardziej oddanych fanów. Ja wiem, że tacy mają serdecznie dość „Trains”, nie chcą słyszeć „Blackest Eyes” i naprawdę, NAPRAWDĘ rozumiem – graliśmy te kawałki już tak wiele razy. Ale wiesz, jeżeli ich nie zagramy, 90% widowni będzie niezadowolone. W latach 90. chodziłem często na występy Pink Floyd i zawsze tak bardzo się nudziłem. Grali „Comfortably Numb”, „Another Brick in the Wall”, a ja myślałem: „Dlaczego nie zagracie „Echoes”? Dlaczego nie zagracie „Dogs”?”, ale rozglądałem się dookoła i 99% publiczności dosłownie dostawało kręćka na sam dźwięk „Money” lub „Comfortably Numb”. I musiałem sobie zawsze powtarzać, że moje zainteresowanie muzyką Pink Floyd wychodzi bardzo daleko poza granice gustu większości osób, które chcą usłyszeć właśnie te ograne kawałki. Z „Trains” jest to samo, oczywiście na dużo mniejszą skalę. Ludzie chcą tego utworu, nawet jeżeli ja i ty wolelibyśmy w jego miejsce coś innego.

Wróćmy na chwilę do „Grace for Drowning”. Burning Shed na dniach zacznie wysyłanie specjalnych edycji albumu. Czekam niecierpliwie na swoją kopię i moment, w którym usłyszę album w formacie Blu-Ray. „Insurgentes” i Porkowe „In Absentia”, obie wydane na DVD-A były dla mnie dotychczas symbolem jakości w muzyce przestrzennej i ciężko mi sobie wyobrazić, że Blu-Ray będzie w tym temacie jeszcze lepsze. Zauważyłem, że bardzo spodobał Ci się ten format…

W ten ciekawy sposób wracamy do samego początku naszej rozmowy. To może być właśnie jeden ze sposobów na przekonanie słuchacza do przygody z długim, wymagającym albumem, coś bardziej ekscytującego i interaktywnego, co do tej pory było niemożliwe. Dla przykładu, podczas słuchania „Grace for Drowning” w tym formacie możesz przeglądać moje odręczne teksty i notatki dotyczące utworów, możesz zobaczyć fotografie lub porównać wersję demo piosenki do tej, której przed chwilą słuchałeś. Możesz włączyć klip do niektórych kompozycji (dokładniej pięciu – przyp. red.). Dzięki temu całe słuchanie staje się interaktywnym doświadczeniem, które było niemożliwe w przypadku DVD i DVD-A. Tam musiałeś zastopować muzykę, aby zobaczyć jakiekolwiek materiały dodatkowe, nawet tekst. No i jakość dźwięku – jest nieporównywalnie lepsza!

Uważasz, że Blu-Ray stanie się najpopularniejszym formatem i czymś oczywistym dla słuchacza czy pozostanie wisienką na cieście dla najbardziej oddanych audiofili?

Formatem, który wygra tę wojnę, będą ściągane z Sieci pliki, właściwie one już wygrały. Jeżeli jednak mówimy o formatach fizycznych, naprawdę mam nadzieję, że będzie to Blu-Ray. Jest to w pewnym sensie zupełne przeciwieństwo plików. Ma wyśmienitą jakość i formę, materię, którą możesz położyć na półce. Pliki są… oprogramowaniem, czymś przeciwstawnym do sztuki w ogóle. Ludzie, którzy pragną muzyki w dobrej jakości, prawdziwego jej doświadczania, na pewno w przyszłości zwrócą się w stronę Blu-Ray.

Polacy będą mieli okazję w październiku zobaczyć cię na żywo ze swoim solowym materiałem dwukrotnie – w poznańskim Eskulapie i krakowskiej Hali Wisły. Zaprosiłeś naprawdę wyśmienitych muzyków – Marco Minnermanna (który próbował zająć pozycję perkusisty Dream Theater – przyp. red.) i Theo Travisa. Wiadomo, że nie będą to normalne występy. Czy mógłbyś uchylić rąbka tajemnicy na ich temat?

Nie chcę zdradzać za wiele, wolę utrzymać tajemnicę. Polskie występy będą pierwszymi dwoma z całej trasy, więc najprawdopodobniej pójdą cholernie źle! (śmiech) Ale nie, mam nadzieję, że nie. Tak czy inaczej, założeniem było stworzyć coś bardziej immersyjnego, multimedialny pokaz, w pewnym sensie. Oczywiście, jeżeli ktoś widział występ Porcupine Tree, może mieć jakiś domysł, bo przecież łączyliśmy tam sferę wizualną z muzyką. Ale tym razem chcemy pójść o krok dalej. Dlatego właśnie nie będzie żadnego supportu, a samo wydarzenie ma zaskakiwać od momentu wejścia do hali, już wtedy ludzi zaatakuje jakiś materiał wideo lub muzyka. Chciałbym, aby wszyscy przeżywali to wszystko jeszcze długo po wyjściu z sali. Jeżeli chodzi o sam koncert, będą wizualizacje, wiadomo, dużo wizualizacji. Nie będzie to też do końca koncert z krwi i kości. Powiedziałbym, że coś o wiele bardziej bliższego przedstawieniu teatralnemu i… to wszystko, co mogę obecnie zdradzić.

Jak to jest z tym Poznaniem? Koncert został ogłoszony później, z powodu wielkiego zainteresowania krakowskim wydarzeniem, dodatkowo mówi się o nim jako o warm-up show. Czy fani, którzy wybiorą się do Poznania, dostaną uboższy koncert?

Nie, to będzie ten sam koncert. Bardzo możliwe, że popełnimy kilka błędów, jestem nawet tego pewien, i w wyniku będzie to nieco gorszy występ, ale z drugiej strony – czasami takie koncerty okazują się naprawdę zabawne, prawda? Założenie jest ogólnie takie, aby wyłapać i pozbyć się podczas tego koncertu wszystkich usterek, które mogą się pojawić i najpewniej się pojawią.

Niemniej dla mnie to znak, aby wybrać się do Krakowa. Oprawą koncertu zajmie się, jak zawsze, Twój stały współpracownik, Lasse Hoile. Skoro mam taką okazję, zawsze chciałem spytać Cię osobiście, jak się poznaliście…

Lasse dołączył do mnie w 2002 roku, kiedy szukałem kogoś, kto zająłby się oprawą albumu „In Absentia”. Zgłosił się osobiście ze swoimi projektami. Czasami tak się dzieje, pamiętam na przykład polskich fanów, którzy tworzyli animacje poklatkowe do naszej muzyki: utworów „Bonnie the Cat” i „Sleep Together”. Lasse był takim właśnie gościem, przyszedł na koncert i zostawił nam DVD ze swoimi filmami. Obejrzeliśmy je później w busie i uznaliśmy, że bardzo dobrze współgra z naszą muzyką. Czasami takie właśnie filmy domowej roboty są bardzo imponujące. Tu właśnie zaczyna się najistotniejsza kwestia. Filmy bywają imponujące, ale nie zawsze zgrywają się idealnie z tym, co o muzyce wyobrażają sobie sami artyści. W moim uznaniu prace Hoile’a idealnie pasują do tekstów, całej wizji muzyki, jaką tworzę. Gdy tworzę nową muzykę, zawsze myślę o niej w sposób wizualny i szukam jakiegoś wizualnego odpowiednika moich utworów. Lasse bez problemu trafia w samo sendo moich wyobrażeń, dlatego nie wyobrażam sobie obecnie współpracy z kimkolwiek innym.

Przez ostatnie kilka lat remiksowałeś stare albumy King Crimson. Wiadomo, że obróbką płyty „Thrak” zajmie się ktoś inny. Czyżbyś nie lubił nowszych dokonań Karmazynowego Króla?

Tak, tym albumem zajmuje się Jakko Jakszyk. Szczerze? Nie kocham ich. A postanowiłem pracować tylko nad płytami, które naprawdę uwielbiam. „Thrak” po prostu lubię, tak jak i całą nową twórczość King Crimson, ale to w moim uznaniu nie wystarczy, aby poświęcić tak wiele czasu na remiksowanie. Zależy mi na tym, by czuć pasję do wszystkiego, czym się zajmuję. Niesamowitym doświadczeniem było stworzenie od nowa „Lizard”, który po prostu kocham. Dla Jakszyka takim właśnie uwielbianym albumem jest „Thrak”, więc jestem pewny, że odwali kawał naprawdę dobrej roboty.

Dlaczego stare albumy King Crimson nie trafiły na Blu-Ray?

To nie moja decyzja. Byłem zatrudniony do tej roboty, wynajęty. Oczywiście, był to dla mnie ogromny zaszczyt i niezmierna przyjemność, móc pracować wraz z Robertem (Frippem – przyp. red.), ale nie ja ustalałem reguły. Gdybym ustalał, jasna rzecz, powiedziałbym: „Wydajmy je na Blu-Ray”. Ale to decyzja Roberta i wytwórni, z którą nie mam nic wspólnego.

W sklepach pojawił się najnowszy album Opeth – „Heritage”, którego słucham już od jakiegoś czasu. Pierwsze odsłuchanie było dla mnie czymś szokującym. Nie wiedziałem, czy do czynienia mam z dziełem geniuszu czy szalonym wypięciem się na wszystkich fanów Opeth z całego świata. Pojawiają się opinie, że to „już nie Opeth”, tylko solowe dzieło Mikaela Åkerfeldta. Pracowałeś przy tym albumie, więc zakładam, że Tobie przypadł do gustu…

Oczywiście! Dla mnie nie był tak szokujący, ponieważ znam Mikaela, to jeden z moich najbliższych przyjaciół. Dokładnie wiedziałem, że zrobi taki krok. Chciał stworzyć coś na miarę „Heritage” przez całe swoje życie. Czy to dzieło geniuszu? Czas pokaże! Dla mnie to piękne nagranie, pełne eksperymentów, kreatywności, mroku i właśnie piękna. Naprawdę je kocham, pomijając już fakt, że sam dołożyłem do niego własne pięć groszy. Co do tych głosów, że to solowe dzieło Mikaela – wszystkie albumy Opeth to jego solowe dzieła, Mikael to Opeth, zawsze tak było, nic się nie zmieniło w tej kwestii przy okazji „Heritage”. To po prostu inna część jego muzycznej osobowości. Znudziła go metalowa muzyka, potrafię go zrozumieć. Wydaje mi się, że to pierwszy krok w kierunku czegoś nowego, świeżego. Na pewno będzie to ciężkie dla fanów. Niektórzy płytę pokochają, inni znienawidzą i to dzieje się właśnie teraz, na naszych oczach. Powstają dwa wrogie obozy. Myśle, że Mikael wiedział, iż tak się stanie. Podziwiam ludzi, którzy są w stanie postawić wszystko, co zdobyli, wszystkich fanów, na jedną kartę – kartę własnej kreatywności. Najgorszą rzeczą, jaką mógł teraz zrobić Mikael, byłoby nagranie kolejnego, typowego albumu Opeth. A on zaryzykował i, choć nie wszystkim się to spodoba, wspieram go w tym wyborze całym sercem. Za mało jest takich zespołów. Za mało prób tworzenia całkowicie nowego „ja”. Wszyscy nagrywają jeden i ten sam album w kółko. Nuda. Potrzeba nam więcej takich ludzi jak Mikael.

Wilson

Czyli „Heritage” jest dla Ciebie jedną z najlepszych płyt tego roku?

Wiesz, pracowałem nad nią, więc moja opinia nie jest do końca obiektywna, ale tak, uważam, że to jedna z najważniejszych rockowych pozycji ostatnich kilkunastu miesięcy. To coś, o czym KAŻDY będzie mówił; nawet jeżeli komuś się całkowicie nie spodoba, i tak będzie o tym mówił.

Czy są jeszcze jakieś albumy z tego roku, które Steven Wilson poleciłby do posłuchania każdemu?

Teraz? Nie za bardzo. Mój album i nowe Opeth! (śmiech) Nie, Boże… Nie wydaje mi się, aby cokolwiek tak bardzo mną wstrząsnęło w tym roku.

A Radiohead?

Tak, podobał mi się nowy album Radiohead. To było w tym roku, rzeczywiście. I EP, które wydali niedawno, „Supercollider”, również było fantastyczne. Czyli jest chociaż jedna pozycja!

Co do Mikaela, wasz wspólny album, zgodnie z tym, co napisałeś na Facebooku, jest już ukończony. Wciąż będzie nazywał się „Storm Corrosion”? Jak będzie brzmiał?

„Storm Corrosion” to wciąż tytuł roboczy, jeszcze nie myśleliśmy nad jego ewentualną zmianą. Jak to brzmi? (chwila milczenia) Jeżeli posłuchasz „Heritage”, „Grace for Drowning” i spróbujesz wyobrazić sobie coś jeszcze bardziej uproszczonego, pięknego i zarazem mrocznego, z muzyką orkiestralną – będziesz blisko. Powiedzmy po prostu, że to taki nasz antymetalowy album. Na następne szczegóły musisz poczekać do przyszłego roku.

W temacie Bass Communion zapanowało dziwne milczenie. Mówiłeś kiedyś, że planujesz kolejne wydawnictwo, miało się nazywać „Cenotaph”.

Jest już skończone, dopiero co potwierdziłem jego oprawę graficzną. Mam nadzieję, że będzie do kupienia podczas nadchodzących koncertów. Zdradzę ci pewien sekret – nowy album Bass Communion będzie częścią tych występów. Podczas wieczoru będzie działo się coś silnie powiązanego z tym projektem. Zobaczysz.

Ostatnie pytanie, które po prostu muszę zadać i bez którego, jak myślę, nasi czytelnicy z pewnością by mnie zabili. Czy myślałeś już o kolejnym albumie Porcupine Tree?

Nie, jeszcze nie. Wiem tylko, że będzie to w pewnym sensie przełomowa rzecz, ponieważ po dziurki w nosie mam już metalowych elementów w naszej muzyce. Już „The Incident” uciekało od tej sprasowanej formuły, więc będzie to po prostu naturalna ewolucja w tym kierunku. Może nie zmiana na miarę Opeth, ale definitywnie czas ruszyć dalej z muzyką Porcupine Tree. W styczniu spotkamy się z chłopakami, aby omówić szczegóły i wymienić się pomysłami. Ja sam czuję się obecnie na szczycie własnej kreatywności: „Grace for Drowning” i wydawnictwo z Mikaelem to dla mnie bodaj dwie najlepsze rzeczy, jakie kiedykolwiek stworzyłem, a może nawet i rzeczywiście najlepsze. Mam nadzieję, że uda się ten stan przenieść na następne dzieło Porcupine Tree.

Rozmawiał: Adam Piechota
Zdjęcia: strona Artysty


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *