RHAPSODY – Luca Turilli (02.07.2012)

LT RHAPSODY - Ascending to Infinity

Podzielenie Rhapsody było szeroko komentowane zarówno przez media, jak i fanów. Spekulacji nie było końca… ten przypadek jednak jest wyjątkowy – bowiem rezultatem jest funkcjonowanie dwóch grup posługujących się nazwą i logo Rhapsody. Pierwsza z nich – formacja dowodzona przez gitarzystę wydaje właśnie album „Ascending to Infinity”
Przyszło mi porozmawiać z Lucą Turilli w dzień europejskiej premiery albumu. Jego entuzjazm, kiedy opowiadał o swoich kolegach z Rhapsody of Fire sprawił, że chyba po raz pierwszy uwierzyłem w „przyjacielski” rozpad zespołu…



Dziś jest premiera twojego nowego albumu…

Po tylu latach poświęconych Rhapsody, Rhapsody of Fire, muzyce, tekstom napisanych na potrzeby sagi. Mamy wreszcie nowy album, nowy temat nowe twarze, nowe emocje, to zawsze jest ważny dzień to w pewien sposób ponowne narodziny.

Czy planujesz jakieś świętowanie dzisiejszego dnia?

Niee (śmiech), nie bardzo bo tak naprawdę, to nie do końca prawdziwa premiera, po prostu dziś album pojawia się w kilku krajach, od przyszłego tygodnia w reszcie Europy. To po prostu początek, a wielu ludzi będzie musiało jeszcze poczekać kilka dni.

Chciałbym przenieść się nieco w przeszłość, do chwili gdy podzieliliście Rhapsody of Fire, czy w tym momencie miałeś gotowy jakiś materiał na nową płytę?

Jeśli masz na myśli czy użyłem czegoś z przeszłości, co było skomponowane da Rhapsody of Fire, to absolutnie nie. Podział był bardzo przyjacielski między mną i Alexem, obiecaliśmy sobie nie używać żadnego starego materiału, zresztą istniały takie motywy, które wylądowały w koszu, ale były one związane z sagą, więc absolutnie nigdy bym ich nie użył.
Proces komponowania materiału na nowy album był bardzo intensywny, ponieważ rozpad grupy miał miejsce w sierpniu zeszłego roku i rozpoczęliśmy pracę nad nowym materiałem naprawdę od zera, we wrześniu. W grudniu byłem gotów wejść do studia, więc to było niesamowite. Pracowałem jakieś 15 godzin dziennie, nawet podczas produkcji albumu czyli od grudnia do końca marca.
Pamiętam, że kiedy z inżynierem dźwięku Sebastianem Roederem kończyliśmy miksy ostatnich kawałków, nie spaliśmy przez 3 dni. To było nieprawdopodobne, ale dla mnie było bardzo ważne dotrzymać terminów uzgodnionych z Nuclear Blast, by móc wydać płytę przed latem.
Chcieliśmy poświęcić czas po wakacjach na trasę, na działalność koncertową

Czy kiedykolwiek rozważałeś zachowanie nazwy Rhapsody of Fire, wówczas Alex i reszta mogliby przyjąć nazwę Alex Staropoli’s Rhapsody na przykład.

Haha, no tak byłaby to jakaś możliwość, ale koniec końców nie było na ten temat wielkiej dyskusji, bo dla mnie Fabio reprezentuje głos Rhapsody of Fire, w jakiś sposób jest związany z nazwą.
W końcu ustaliliśmy szczegóły między mną i Alexem, bo tak jak mówię w czerwcu, lipcu wiedzieliśmy że nastąpi podział, który będziemy musieli ogłosić po sezonie festiwalowym… Także w czerwcu, lipcu nie wiedzieliśmy że będę kontynuował działalność pod szyldem Rhapsody. Były inne możliwości, jak pisanie muzyki dla kina, które jest jedną z moich największych pasji, albo utworzenie projekt w stylu Avantasii, co zaproponowała mi wytwórnia. Więc było wiele możliwości ale w ostatniej chwili takie były ustalenia z Alexem, że będę kontynuował pracę jako Rhapsody.
Wiesz nikt z nas nie mógł zabronić innym korzystania z nazwy, a w szczególności z logo, bowiem w tym przypadku 90% tego biznesu kręci się wokół logo zespołu. Wiesz w przeszłości wraz z Alexem mieliśmy tyle problemów natury prawnej z logo i z nazwą, z wytwórnią płytową, że w pewnym momencie wydawało się, że jesteśmy w punkcie bez wyjścia. Wówczas zarówno ja jak i Alex, nasze rodziny, włożyliśmy sporo prywatnych pieniędzy by móc pracować dalej jako Rhapsody. Więc finał przy przyjacielskim rozstaniu był czymś naturalnym… zdecydowaliśmy, że będę kontynuował pod szyldem Rhapsody, ale musiałem na szczycie logo dodać Luca Turilli’s, z takich samych powodów prawnych, które nękały nas w przeszłości.
Oczywiście Alex i Fabio działają dalej jako Rhapsody of Fire, chcemy mieć takie same możliwości biznesowe, tak to mogę zdefiniować – 50 na 50% na początek tej nowej przygody, kiedy zamknęliśmy ten niesamowity artystyczny krąg.
W czasie kiedy mieliśmy problemy z nazwą, problemy ekonomiczne, przestaliśmy działać przez 3-4 lata, nie zostały nam żadne pieniądze i wówczas myśleliśmy o rozpadzie, ale bardzo ważne było dla nas skupienie ostatniej energii by dotrzeć do końca sagi. To było nasze artystyczne zobowiązanie. To tak jakbyś pisał książkę, po 15 latach docierasz do pewnego rozdziału i przerywasz pracę przez zakończeniem historii – to okropne. Dzięki bogu mieliśmy Nuclear Blast w tym czasie, pokładali w nas zaufanie, zaoferowali nam kontrakt, mimo okropnej sytuacji, więc znaleźliśmy siłę by dotrzeć do końca i wydać album „From Chaos To Eternity”.
Ja i Alex byliśmy po tym spontanicznie gotowi do podzielenia po wydaniu tego ostatniego albumu, wszystko przebiegło naprawdę gładko i w przyjacielskiej atmosferze.

Czy rozważałeś zatrudnienie Olafa Hayera jako wokalistę? Myślę, że wielu fanów byłoby bardzo szczęśliwych z takiego rozwiązania.

Nie, nie. Dla mnie nie byłoby to możliwe artystycznie, bowiem już w Rhapsody zaszczepiłem pomysł śpiewania po włosku. Dla mnie pisanie tekstów w języku włoskim jest zbyt fundamentalne, na nowym albumie używamy języka włoskiego niemal w każdym utworze. Choćby z tego powodu wybranie Olafa nie byłoby możliwe. Drugim powodem dla którego nie mógłbym wybrać Olafa – mimo że kocham go jako człowieka i jako wokalistę, jest fakt że potrzebowałem różnych tembrów głosu, różnych kolorów wokalu. Kiedy wydawałem album solowy było OK, mieć dobrego wokalistę z jedną barwą głosu. Ale kiedy rozpocząłem pracę nad tym albumem i zakończyłem działalność solową, potrzebowałem takich możliwości jak w przypadku moich płyt Rhapsody. Tak jak w przeszłości w Rhapsody pojawiały się utwory operowe („Lamento Eroico”) czy też bardzo agresywne („Reign Of Terror”). Więc potrzebowałem takiego śpiewaka do Rhapsody, jednego wokalistę, który w różny sposób potrafi się wyrazić. Ja czuję się kompozytorem, nie gitarzystą czy pianistą, wystarczy mi posługiwać się tymi instrumentami w sposób który pozwoli mi komponowanie, nie interesują mnie aspekty techniczne. Więc dla mnie jako kompozytora ważne jest mieć takiego wokalistę, aby mógł wyrazić cokolwiek przyjdzie ci do głowy, czy co ci gra w sercu i duszy. Więc jedynym limitem jest twoja fantazja czy kreatywność, więc w Alessandro po Fabio znalazłem kolejnego wokalistę, który daje mi taką możliwość.

Kiedy/jak odkryłeś Alessandro Conti?

Dzięki Fabio Lione. W zeszłym roku tuż przed rozstaniem kiedy jeszcze nie wiedziałem, że będę kontynuował jako Rhapsody, kiedy proponowano mi zajęcia się projektem w stylu Avantasii z wieloma znanymi wokalistami, chciałem zobaczyć czy znajdzie się wokalista który mógłby stymulować moją kreatywność w jakiś sposób. I podczas naszej ostatniej trasy z Alexem i Fabio, Fabio o tym wiedział zaproponował mi bym sprawdził Alessandro Conti., że powinien mi się spodobać, ponieważ kiedy śpiewa wysoko jego wokal jest mocny w stylu Michaela Kiske, ze złotej ery Helloween (z czasów obu Keeperów), więc kiedy mi to powiedział musiałem to sprawdzić, ponieważ jestem fanem obu Keeperów, dzięki którym zainteresowałem się heavy metalem. Więc czym prędzej postanowiłem to sprawdzić i zdumiony byłem jego wysokimi tonami, ale tak jak ci mówiłem to nie było wystarczające, bo w takim wypadku równie dobrze mógłbym zatrudnić Olafa.
Wówczas poprosiłem Alessandro by śpiewał dla mnie wiele, wiele różnych kawałków, w wielu stylach, od opery po pop, Celine Dion, Crimson Glory, Queensryche, cokolwiek przyszło mi do głowy… chyba mnie za to teraz nienawidzi (haha), torturowałem go w ten sposób do końca lata,
by bardziej zrozumieć jego głos. Ale kiedy przesyłał mi te pliki, to było niezwykłe, bo czasem jeśli ktoś jest dobry w wysokich partiach trudno mu wyrazić siebie w niskich rejestrach. Kiedy więc zapytałem go o to, wyjaśnił, że doskonalił technikę w tej samej szkole co Pavarotti. Studiował jako Tenor w Modenie, w szkole która wydała na świat wielu wspaniałych i znanych artystów.
Już wówczas byłem przekonany, że będzie mi się dobrze współpracowało z Alessandro.
Wówczas kiedy podjąłem decyzję o kontynuacji działalności jako Rhapsody i odpuściłem kwestię projektu, oświadczyłem Alessandro, ze został wokalistą Rhapsody a nie projektu – był mile zaskoczony.
Dzięki tym wszystkim plikom, które mi podesłał mogłem doskonale przestudiować jego głos, poświęciłem 3-4 dni by wybrać fragmenty w których wyrażał siebie w najlepszy sposób i materiał, który pisałem mógł być pisany właśnie pod niego i doskonale pasować do jego głosu.
Tak też późniejsza praca w studio była bardzo gładka i płynna, mogliśmy bardziej skoncentrować się na warstwie emocjonalnej niż technicznej.

A co z bębniarzem. Alex Holzwarth zagrał w studio i pojawił się na wideoklipie, ale już w booklecie albumu pojawia się Alex Landenburg.

Na początku jak wspomniałem podział był bardzo spontaniczny, ale i naturalny, ponieważ byłem bardzo blisko z Patrice i Dominiciem, więc podążyli za mną. Natomiast jako że ja i Alex Staropoli jesteśmy przyjaciółmi z Alexem Holzwarthem, postanowiliśmy go zachować w obu zespołach.
Praca z nim nad nowym albumem była świetna, ale kiedy z agencją koncertową zaczęliśmy planować szkielet trasy, chcieliśmy wybrać się na naprawdę długą trasę. Zresztą teraz już możemy ogłosić pierwsze daty koncertów. Ma to być najdłuższa nasza trasa, dwa miesiące w Europie i kolejne dwa miesiące po reszcie świata. Więc szybko okazało się, że Alex nie da rady koncertować 4 miesiące z nami a następnie 4 miesiące z Rhapsody of Fire. Więc skoro jego brat grał już na basie w Rhapsody of Fire naturalnym było, że podąży z nimi, a my poszukamy nowego bębniarza.
A znaleźliśmy go dzięki naszemu nowemu inżynierowi dźwięku, Sebastianowi Roedeowi. Wiesz on był naszym technikiem na ostatniej trasie Rhapsody of Fire, wcześniej pracował z Kreator, jest bardzo doświadczonym producentem zna wielu ludzi w biznesie. Więc kiedy dowiedział się, że szukamy nowego perkusisty szybko zaproponował mi Alexa Landenburga. Przedstawił mi go jako wspaniałą osobę, nie tylko doskonałego bębniarza. Zresztą grał już z zespołami takimi jak Stratovarius czy Annihilator, więc jego umiejętności techniczne nie podlegały dyskusji.
Sebastian wiedział, ze traktuję Rhapsody jako rodzinę szczególnie w perspektywie wielomiesięcznej trasy. Dla mnie oprócz umiejętności technicznych ważne jest aby współpracować ze wspaniałymi ludźmi, pełnymi pozytywnej energii, a obecnie z Alexem i Alessandro – Rhapsody jest jak idealna rodzina.

band

Czy planowałeś już setlistę? Jakich kawałków Rhapsody of Fire, a jakich utworów z twoich solowych albumów, możemy oczekiwać na trasie?

Teraz z Alessandro za mikrofonem, mogę powrócić do pierwszych i bardzo znanych kawałków Rhapsody. Głównie tych dzięki których staliśmy się znani – tych z pierwszych dwóch albumów. Podczas ostatniej trasy, nie graliśmy ich zbyt wiele. Bowiem kiedy je komponowaliśmy ja i Alex pisaliśmy utwory pod bardzo wysoki wokal inspirowanie choćby głosem Kiske. Dlatego też w późniejszych czasach było je dość trudno ponownie prezentować na scenie. Obecnie z głosem Alessandro możemy sobie na to pozwolić.
Teraz to dla mnie największa trudność – wybór utworów przed trasą. Chętnie grałbym wszystkie kawałki przekraczając dwugodzinny koncert, ale oczywiście jest to niemożliwe, bo taka muzyka jest bardzo emocjonalna, jeśli grasz dłużej niż dwie godziny dosłownie wykończysz ludzi.
Mogę jednak zapewnić że będziemy grali sporo hitów Rhapsody, pojawi się kilka niespodzianek z moich solowych albumów, zresztą tak będzie na każdym tournée, bowiem głos Alessandro pasuje do partii Olafa, oczywiście będzie każdorazowo wiele nowych utworów. Tym razem szykujemy też sporo niespodzianek wizualnych. Już nad nimi pracujemy mimo tego że trasa planowana jest na listopad, grudzień. Jestem pewien, ze zagramy też u was, mimo że obecnie w rozpisce nie ma koncertu w Polsce, ale nie moglibyśmy sobie go darować ze względu na to, że w Polsce mamy wielu, wielu fanów, poznaliśmy tam wielu ludzi, mamy świetny fanklub. Myślę, że wypadnie to jakość w drugiej części trasy na przełomie listopada i grudnia – musiałbym to sprawdzić z moją agencją koncertową.
Więc – sporo wizualnych niespodzianek – nie chcemy aby tak jak w zeszłym roku był to jedynie zespół grający na scenie. Zresztą promujemy zespół posługując się motto „Born to sound cinematic”, ponieważ kino znaczy dla nas wiele, dlatego zawrzemy sporo elementów i efektów filmowych w show. Więc fani mogą wyczekiwać specjalnych atrakcji.

Zamierzasz zatrudnić koncertowego klawiszowca?

Tak – oczywiście. Nie zamierzam grać na klawiszach osobiście – mimo, że na początku szykowaliśmy jakieś niespodzianki w tym kierunku. Ale jak wspomniałem, nie czuję się na tyle doskonały technicznie, jako klawiszowiec czy pianista, opanowałem raczej instrument, na tyle abym mógł swobodnie komponować.
Zresztą muszę zadbać o tyle aspektów przedstawienia, że gdybym jeszcze miał grać na obu instrumentach – chyba bym zwariował haha. Zamierzam się skupić na takich aspektach, które będą spektakularne dla ludzi. A moja gra na klawiszach taką na pewno nie jest. Więc na pewno zatrudnimy muzyka sesyjnego i postaramy się odwzorować album tak bardzo jak to możliwe.

Wróćmy do motto zespołu „Born to sound cinematic”. Czy możemy oczekiwać po zespole kolejnych epickich wideoklipów?

Tak nasz pierwszy wideoklip był pierwszym zwiastunem takiego podejścia i współpracą z Dreamday Media. To świetna firma i w osobie Owe Lingvalla znalazłem człowieka, który podziela moją wizję Rhapsody, a jednocześnie jest on kompletnie i szalenie oddany tej wizji. W jakiś sposób to jest wynik synergii wizji dwóch osób… zresztą mogliśmy eksperymentować na przyszłość z wieloma rzeczami pod kontem koncertów. I uwierz mi było to dokładnie to czego oczekiwałem od wielu lat. Szczerze mówiąc nie byłem zbyt szczęśliwy z rezultatu jakimi były wideoklipy Rhapsody.
Oprócz „Unholy Warcry” pozostałe były niskobudżetowe. Kwestia sagi niejako obligowała nas do zrobienia czegoś spektakularnego, innym rozwiązaniem było nie robienie niczego. My staraliśmy zrobić coś niskimi nakładami, a często wyglądało to śmiesznie, biorąc pod uwagę standard jakiego oczekiwaliśmy. Zresztą „Władca Pierścieni” ustalił nowe standardy dla prezentacji świata fantasy, na dużym ekranie.
Teraz kiedy saga jest zakończona mogę pisać o czymkolwiek przyjdzie mi do głowy. Każdy utwór może traktować o innej tematyce, poruszać inne argumenty, więc jest też łatwiejsza kwestia klipów.
Mam więc nadzieję, że będziemy współpracować z Owe przez wiele, wiele lat.

Zauważyłem, ze okładka „Ascending to Infinity” jest bardzo podobna do „The Cold Embrace of Fear”, jaki jest związek między nimi?

Wiesz, nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy. Może to przez postać anioła. To w pewien sposób mój symbol. Po smoku, który pojawiał się na okładkach Rhapsody ważne było dla mnie posiadać coś co może symbolizować wiele rzeczy. Okładka reprezentuje minikoncept związany z czterema kawałkami – „Quantum X”, „Ascending to infinity”, „Dark fate of Atlantis” i „Of Michael The Archangel and Lucifer’s Fall”. To minikoncept o teorii kwantowej, multiwersum, równoległych wymiarach, bramach astralnych, związany w pewien sposób upadkiem Atantydy, upadkiem naszej cywilizacji, spowodowanej naturalną katastrofą lub czymś spowodowanym przez nas samych – co nie jest istotne. Istotny jest symbol. Nie zwracałem uwagi na podobieństwo, ponieważ „The Cold embrace of fear” nie był pełnym albumem i okładkę miałem w pamięci z tydzień czy dwa. Dopiero kilku fanów zwróciło mi uwagę na o podobieństwo. Ale właściwie to nie jest ważne, bo kiedy w końcu postanowiłem to porównać, okazuje się, że nowa okładka jest utrzymana w bardziej nowoczesnych duchu w sensie, że nie zawiera elementów magii i miecza. Po zakończeniu sagi nie jestem zobligowany do posługiwania się tymi elementami, raczej będę skupiał się na nowoczesnych aspektach, mimo, ze w Rhapsody zawsze będą pojawiać się jakieś historyczne i fantastyczne aspekty. Starzy fani nie muszą się obawiać. Być może będzie więcej elementów fantastyki niż fantasy, ale to zawsze było częścią mnie.

Zastanawiałem się czy byłaby możliwość zobaczenia w przyszłości obu Rhapsody na scenie, na przykład na festiwalu?

Nie wiem, nie wydaje mi się, ponieważ promotorzy zazwyczaj wybierają jedno lub drugie. Mimo tego, że z Alexem jesteśmy przyjaciółmi przez ostatnie 2 lata nie cierpieliśmy ze sobą pracować. Chcieliśmy zakończyć sagę i doszło do tego, że przez ostatnie lato nie wychodziłem na więcej niż 2-3 dni. Kiedy pracujesz tak dużo, to kiedy docierasz do końca, to powiedzieliśmy sobie z Alexem, że nie chcę słyszeć nic o Rhapsody, a on o moim Rhapsody. Uzgodniliśmy, że kiedy będzie gotowy album, dam mu płytę i on zrobi to samo. Więc kiedy się widzimy, gadamy o wszystkim, ale nie pada żadne słowo o Rhapsody (śmiech). Ostatni okres był dla nas bardzo intensywny, więc kiedy obraliśmy osobne drogi to było jak dopływ świeżego powietrza. Więc chyba musi minąć parę lat zanim dojdzie do czegoś takiego.
Wiesz – to może być trudne do zrozumienia, musiałbyś być wewnątrz tego wszystkiego, ale kiedy żyjesz w ten sposób, z tymi wszystkimi problemami, które mieliśmy, to było straszne. Wszystko poświęcaliśmy pasji i sztuce. Pod koniec brakowało w tym wszystkim czynnika rozrywki, powiedziałbym, że brakowało nam wszystkim w tym zabawy, jak na początku kiedy wydawaliśmy „Legendary Tales”, czy „Symphony Of Enchanted Lands”. Obecnie odnaleźliśmy ten czynnik pracując osobno.

Zauważyłem nowoczesne dźwięki na twoim nowym albumie. Choćby w intro. Ostatnio w tzw. hollywoodzkich produkcjach pojawia się wiele mainstreemowych zespołów, tak jak Linkin Park w Tramsformers, czy 30 seconds to mars w kilku filmach. Czy lubisz takie nowoczesne dźwięki w soundtrackach?

Tak, zdecydowanie. Na początku kiedy założyliśmy Rhapsody w 1993 roku, rozpoczęliśmy z muzyką klasyczną, inspirowaną Malmsteenem, Helloween, czy mnie jako gitarzyście Jason Becker, pewne podejście neoklasyczne. A kiedy wysłaliśmy pierwsze demo do wytwórni, odkryłem Soundtrack do filmu BATMAT – mówię o filmie Tima Burtona, gdzie muzyka była napisana przez Dannyego Elfmana, dla mnie to było odkrycie ewolucji muzyki klasycznej. Spytałem Alexa, czemu nie spróbować wplatać takich dźwięków? Z takim elementem wizualnym nad tym wszystkim.
Na początku elementy kinowe, którymi się inspirowaliśmy dotyczyły filmów historycznych czy fantasy na przykład Braveheart, Conan Barbarzyńca. Następnie kolejną generacją, wysokobudżetowymi produkcjami jak Władca Pierścieni, którymi inspirowaliśmy pisząc drugą część sagi, mieliśmy możliwość pracy z Christopherem Lee, użyć prawdziwej orkiestry i dysponując dożo większym budżetem wówczas. Wówczas jako artysta solowy odkryłem inne rodzaje soundtracków, bardzo ważnym dla mnie była ścieżka dźwiękowa do trylogii Matrix. Wpłynął on na mój trzeci album i projekt Dremquest. Drugi album „Prophet of the last eclipse” z kolei był inspirowany filmem „Event horizon” Paula Andersona. Nowoczesne brzmienia wpłynęły zatem na moje późniejsze albumy, więc lubię kiedy takie nowoczesne dźwięki o których wspomniałeś, użyte choćby w Avengers, Battleship, Transformers, użyte są w połączeniu z tradycyjnymi orkiestracjami.
Więc takie wpływy możesz wyłapać na nowym albumie choćby w „Dante’s Inferno” czy „Quantum X”.

Powiedz – czy jesteś fanem futbolu?

Taak – oczywiście! Bardzo mi przykro że nie wyszliście z grupy, wiem że cierpicie, ale co zrobić… (śmiech)

Nie szkodzi, mamy bogate tradycje w tym względzie, więc mogliśmy się tego spodziewać (śmiech).
Oglądałeś jakieś mecze oprócz tych z udziałem włoskiego zespołu?


Powiem więcej – od roku 82 kiedy miałem 10 lat (kiedy Italia wygrała turniej) to jest pierwszy raz kiedy byłem w stanie obejrzeć tyle meczy. Przegapiłem może 2-3. Ale w związku z promocją albumu, którą po raz pierwszy robię w czerwcu – i nigdy już nie zdecyduję się na ten termin – stracę w sumie do 7 meczy co jest dla mnie czystym cierpieniem (śmiech).
W takim wypadku ucieka sporo z tej atmosfery. Jestem wielkim fanem soccera, sympatyzuję z wieloma zespołami, a najbardziej z Chorwacją, ponieważ mieszkam w Trieście, który leży na granicy Włoch, Słowenii i Chorwacji. Zresztą mieszkam z 10 minut drogi od granicy, a moja matka pochodzi z Chorwacji. Spędziłem tam większość dzieciństwa i zostawiłem tam część serca, jeśli chodzi o piłkę nożną. Poza tym lubię kraje ze ściany wschodniej, nie wiem dlaczego, ale zawsze kibicowałem Rosji, Polsce… ale nie wszystkie kraje mogą przechodzić dalej

A na kogo byś postawił na turnieju?

Postawiłbym na finał Hiszpania – Niemcy jak 4 lata temu. Kto z nich wygra to już bardzo trudne pytanie. Niby Hiszpania nie jest już tak świeża jak 4 lata temu, ale każdy mecz to osobna historia – zobacz Rosję, którą wszyscy okrzyknęli faworytem grupy po pierwszym meczu, a potem przegrali z Grecją… Portugalia może być niespodzianką, ale nie wydaje mi się aby doszli do finału.
Także w momencie kiedy Holandia została wyeliminowana, wydaje mi się, że w grę wchodzą Niemcy i Hiszpania.

OK, to wszystkie moje pytania. Dzięki za poświęcony czas.

Bardzo dziękuję. Nie mogę się doczekać kiedy ponownie zawitamy do Polski. I naprawdę nie jest to tylko kurtuazja. Kiedy graliśmy ostatnie 2 koncerty u was wydawało nam się jakbyśmy byli w Ameryce Południowej… To było niesamowite. We Włoszech zawsze funkcjonował obraz Polaków jako nieco zimnego wschodniego narodu, a kiedy zagraliśmy u was, spotkaliśmy ludzi krzyczących nasze teksty do ostatniej minuty… a poza tym warto wspomnieć nasz świetny fanklub…
Musiałem o tym wspomnieć na koniec (śmiech).

Pytał: Piotr Spyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *