„(…) chcemy grać na światowym poziomie, zupełnie poza
trendami, stylami, kumoterstwem, szołbiznesem i innymi tematami, które
muzykę – istotę sprawy – odsuwają na plan dalszy. Wokół pełno jest tego
typu dziadowskich przykładów, które mniej lub więcej skoncentrowane są
co do przyczyny na dążeniu do celowego wypaczenia muzyki na rzecz np.
trendu i zarabianiu jakiś tam pieniędzy” – loTH to jedno z odkryć
muzycznych ostatnich miesiący na polskiej scenie. Konceptualną płytą
„Between Terminal Gods” zespół w wyśminity sposób składa hołd najlepszym
czasom światowego rocka. Zapraszamy do rozmowy loTHem, czyli Maciejem
Sołtysem – twórcą formacji.
Jak wygląda historia projektu LoTH? Skąd wziął się pomysł na ten zespół, jego nazwa i co jest Waszą główną ambicją?
Nie nazwałbym loTH projektem. Staramy się być żywym zespołem, choć z
racji kilometrów jakie nas dzielą jest to trudne niezmiernie.
Realizujemy dodatkowe prace zawodowe, żeby w konsekwencji wpakować
wszystkie pieniądze w muzykę. Jest to bardzo fajne! loTH to po prostu
słowo lot z literą „h”. Kiedy gramy nie chcemy stąpać po ziemi. Grając
razem, możemy tego doświadczyć wspólnie i to nas łączy. Oderwanie od
zwykłych spraw które zajmują nam całe dnie jest niezłą zabawą. loTH jest
muzycznie skoncentrowany na realizacji i publikacji utworów, które
pisałem do szuflady od 2006 roku, taki jest tez cel, żeby one koniec
końców ujrzały światło dzienne. Zmienia się skład osobowy, ale cel się
nie zmienia: w dalszym ciągu krok po kroku realizujemy i ulepszamy te
stare kompozycj,e pisząc jednocześnie nowe. Obecny skład, to Staszek
Bitka (ex Bongostan, No Moon Lake) gitary, Marcin Pośpiech Perkusja (ex
Bongostan), Paweł Dracz gitary basowe oraz loTH czyli ja – wokale,
gitary i inne cuda. Sporadycznie i po przyjacielsku współpracujemy
jeszcze z Marcinem Karelem (Fruhstuck, Kasia Kowalska, Endy Yeden) oraz
Bartkiem Blumczyńskim odpowiedzialnym za instrumenty klawiszowe (ex
Spacey, Freak Of Nature).
A Wasze ambicje?
Ambicja to złe słowo, chcemy grać na światowym poziomie, zupełnie poza
trendami, stylami, kumoterstwem, szołbiznesem i innymi tematami, które
muzykę – istotę sprawy – odsuwają na plan dalszy. Wokół pełno jest tego
typu dziadowskich przykładów, które mniej lub więcej skoncentrowane są
co do przyczyny na dążeniu do celowego wypaczenia muzyki na rzecz np.
trendu i zarabianiu jakiś tam pieniędzy. Dlatego od samego początku
finansujemy się i będziemy to robić sami, gromadząc nasze autonomiczne
zaplecze fanów, którzy chcą tej muzyki i nie mają żadnych kompleksów, że
z są z Polski. Niezależność i zero tolerancji dla pozerstwa to musi być
teraz jedyna nasza postawa i tak to z loTHem właśnie jest.
„Between Terminal Gods”, czyli najnowszy album LoTH jest w mojej
opinii jednym z najciekawszych wydawnictw na polskim rynku w ostatnim
czasie. Jak długo powstawał materiał na tę płytę? Co Cię inspirowało
przy jego tworzeniu?
Dziękujemy bardzo! Nam też się podoba. Utwory zostały napisane pomiędzy
2007 a 2011 rokiem. Album miał być koncepcyjny i o uczuciach. Ze stu
utworów wybraliśmy te, które odzwierciedlał wzloty i upadki człowieka,
który kocha. Tą amplitudę da się wyczuć kiedy posłuchamy całego albumu,
bo tak trzeba to robić. To nie jest zbiór singli i the best of..
Chciałem, żeby płyta oddawała napięcie towarzyszące uczuciom człowieka.
Żeby utwory były harmoniczne, pozbawione wszechobecnej teraz w muzyce
introwertywności wręcz fizjologii artykulacji dźwięków. Kiedy w 2013
roku Natalia Grosiak z Micromusik wraz z kolegami z Jury przyznało nam I
miejsce na Festiwalu we Wrocławiu dostaliśmy mega wsparcie finansowe,
żeby ruszyć z nagrywaniem tego materiału. Płyta powstawała nie tylko w
Polsce ale i na świecie przez kolejne 3 lata. Powstawała zupełnie bez
pośpiechu a pracowało nad nią aż do finalnego efektu wielu znanych i
mniej znanych ludzi. Ukoronowaniem całego wysiłku było wytłocznie w
Hiszpanii czarnego winylowego krążka a później ogromne wyróżnienie ze
strony Katarzyny Nosowskiej i Pawła Krawczyka z Hey na Festiwalu Młodych
Talentów w Szczecinie w końcówce 2016 roku, gdzie pierwszy raz
publicznie zagraliśmy przed publicznością na żywo część materiału z
płyty… Reakcje były naprawdę niesamowite, upewniło mnie to w
przekonaniu , że cała praca nie poszła na marne i zawsze trzeba wierzyć w
to, co się robi, nawet jeśli otoczenie ma odmienne zdanie…
Opowiedz o tym, gdzie był nagrywany i kto stał za produkcją tego krążka?
Właściwie od początku chodziło o to, żeby nie było żadnej produkcji,
jedynie analogowe brzmienie i dużo beatles’owsko-queen’ owych wokali.
Były założenia, że chcę wrócić do początków rocka i nie oszukiwać że coś
jest analogowe a tak naprawdę cyfrowe… Nie udało się w 100 % (nie
zawsze stać nas było na użycie lub wypożyczenie danego sprzętu, ale w
efekcie płyta brzmi prawie tak jak chciałem. Wszystko wyszło z
instrumentów i nie jest przetworzone. Można wyjść na scenę i zgrać to
bez ściemniania niemal dokładnie tak jak brzmi na płycie… a nawet
lepiej. To jest siła loTH, fala ciepła i mocy ze sceny na koncercie +
taniec wokalisty! hehe. A nazwiska? Grzesiek Czachor, największy mi
znany analogowiec w Polsce, purytanin w tym zakresie… on mi pokazał
drogę i obnażył wszystkie moje niedoskonałości. Yoad Nevo człowiek
światowy, który mi pokazał, gdzie moje miejsce w szołbiznesie i dał
prawidłową perspektywę, choć i tak niektórzy dziennikarze zarzucają mi
pompę i akcenty patetyczne. Ale jak to właściwie jest w miłości? Nie
przeżywamy czegoś bardziej, mocniej, silniej. Nie jest ona dla nas
katedrą życia? Stąd ta podniosłość i dążenie do harmonii w wokalach,
chęć pokazania tego całemu światu i niedbałość o to, co mówią inni…
Miejsce nagrywania to stary młyn w Lubrzy, Yoad Nevo studios w Londynie i
oczywiście Kraków i Wrocław. W tym mieprwszym mieście znalazłem
człowieka bez którego BTG by nie powstało. Bartek Magdoń skończył
właśnie pracę nad mixem Patric The Pan a ja zakochałem się w tym, jak on
zmiksował mu część płyty i wokale. Zgodził się na szczęście popracować
nad ostatecznym szlifem BTG, włączając mordęgę z sześcioma chórami
niektórych piosenkach. Zrobił tę pracę za symboliczne pieniądze.
Docieraliśmy te ścieżki na odległość i wiem, że bez niego nie skończył
bym tego wcale. I taki facet marnuje się nam w Polsce. Wstyd!
Jak oceniasz efekt końcowy pracy nad tą płytą? Komu mógłbyś ją z czystym sumieniem polecić?
Album jest koncepcyjny i bez niedomówień. Wszystko jest opisane. Jest na
ile to było możliwe jak najbardziej analogowy. Jest też przesłodzony i
harmoniczny do szpiku kości. Wydany na winylu. Jest taki jak chciałem,
żeby właśnie był. Wierzę że są ludzie, którzy poświęcają swój czas
muzyce na wyłączność. Nie dzielą go pomiędzy sprzątanie i pracę,
potrafią się wyciszyć i wyłączyć. To dla nich właśnie jest utwór „Let me
die”. Jeśl ktoś szuka prawdy w miejsce placementu to na loTH BTW ją
znajdzie. Jestem pewien. Jeśli ktoś szuka łatwej miłości może być
rozczarowany. Tak jak w związku – pełnia doznań przychodzi z czasem.
Czy skrystalizowanie i ogranie się składu oznacza nowe koncerty?
Koncertów planujemy bardzo dużo. Jednak w dalszym ciągu pozostajemy bez
wytwórni i bookingów. loTH nie ma zasobów by się tym zajmować, dlatego
ilość i miejsca koncertów są na tę chwilę głownie dziełem przypadków
wszelakich w dużej mierze zaproszeń od fanów i ludzi życzliwych tej
muzyce.
Jak wyglądają Wasze plany na drugą połowę bieżącego roku?
Trwają pracę nad kolejnym albumem. Bez przerwy gramy szykując formę na koncertowanie po wakacjach 2017.
Gdzie chciałbyś zobaczyć LoTH za 10 lat? Myślisz o tym czasami?
Wcale o tym nie myślę. Chciałbym dalej się rozwijać i dopracować w końcu
solidnego brzmienia zespołu co się już zadziało – ale to jest chyba
marzenie wielu składów
Gdzie możemy śledzić aktywność LoTH?
Loth jest w dwóch miejscach w sieci poza koncertami na żywo Pierwsze to typowa tablica informacyjna i newsy: https://www.facebook.com/publishing.ue/ a drugie to sklep z muzyką gdzie zbieramy datki od dobrych ludzi: https://lothmusic.bandcamp.com/
Zapraszamy tu i tu.













































