To jedno z moich odkryć tego roku. Muzyka tworzona przez Kayanisa nie
pozwala się jednoznacznie zaszufladkować, a mnogość aranżacyjno
kompozytorskich smaczków nie pozwala przejść obok tych dźwięków
obojętnie. Są chóry, jest orkiestra, są świetni wokaliści do tego
odpowiednio dawkowane rockowe gitary, co razem tworzy piorunujący efekt.
Zapraszam do wywiadu, którego udzielił nam muzyk, warto poświęcić kilka
chwil na jego lekturę bo Kayanis miał sporo ciekawego do powiedzenia.
Kayanis nie jest szczególnie znany w naszym kraju. Powiedz nam co nieco o sobie? O swoim dorobku artystycznym.
Witam Szanownych Czytelników „Rock Area”, jestem kompozytorem, piszę też
teksty, aranżuję, produkuję. Po szczegóły zapraszam na moją stronę, za
długo bym musiał opowiadać…
„Where Abandoned Pelicans Die” to płyta niesamowita. Wiem, że prace
nad nią trwały kilka lat. Jesteś chyba zadowolony z efektu końcowego?
Dzięki za miłe słowa i świetną recenzję! To był długi i bolesny proces,
głównie dlatego, że koncepcja tej płyty od pierwszych szkiców do tej
formy, w jakiej została wydana, zmieniła się diametralne. Można
powiedzieć, że Pelikany były już w sumie gotowe do wydania ze dwa razy w
ciągu tych kilku lat, jednak w żadnym z tych przypadków nie byłem z
efektu – pod względem kompozycyjnym – jakoś szczególnie zadowolony, było
tak, jakby ten materiał sam mi mówił, czym chce się stać, a moim
zadaniem było jedynie dobrze się w te podpowiedzi wsłuchać.
Nie jest tak, że jestem w stu procentach zadowolony z efektu końcowego,
chyba jedną czy dwie rzeczy można by było zrobić lepiej, ale w pewnym
momencie miałem już naprawdę serdecznie dość tych utworów. To jest zatem
raczej materiał porzucony niż skończony. Na szczęście porzucony dość
późno, stąd nienajgorszy efekt finalny…

Z
jakimi reakcjami na „Where Abandoned Pelicans Die” się do tej pory
spotkałeś? Z tego co zauważyłem recenzje są bardzo pozytywne.
Rzeczywiście, dzieje się sporo fajnych rzeczy, dostaję masę pozytywnych
odzewów z całego świata, jest bardzo miło. Jednak największym moim
zdziwieniem jest to, iż wiele osób twierdzi, iż jest to płyta trudna w
odbiorze. Skoro tak, to dobrze, że nie pozwoliłem sobie rozwinąć kilku
tematów tak, jak na pewnym etapie planowałem, bo wówczas to już nie wiem
co by mówiono… Może kiedyś dopiszę ciąg dalszy tej historii, sporo
zostało jeszcze do dopowiedzenia. Moim zdaniem to dość przystępny
materiał, pod warunkiem jednakże, iż mamy do czynienia ze słuchaczem o
podstawowym choćby otrzaskaniu z tym, co we współczesnej muzyce jest
istotne. Trudną płytę to ja dopiero napiszę…
Chyba nie jest łatwo komponować i nagrywać tego typu muzykę? Zgranie
tych wszystkich osób i rejestracja wymagają niezwykłego talentu
organizacyjnego?
Komponować jest łatwo – przynajmniej mi to łatwo przychodzi, po tylu
latach praktyki i setkach utworów, tysiącach doświadczeń – komponowanie
to najprostsze zadanie, zwłaszcza gdy nie mam żadnych ograniczeń, gdy
jest to mój autorski projekt i mogę robić, co mi się podoba. Inaczej,
rzecz jasna, jest przy pracach zleconych, potrafią dać w kość – i prace,
i zleceniodawcy. Aranżacja jest nieco trudniejsza – staram się unikać
banału, oczywistych rozwiązań, szukam, denerwuję się i zarywam noce, ale
warto. Produkcja kiedyś była dla mnie najtrudniejszym elementem, jednak
z dnia na dzień staje się coraz łatwiejsza, gdyż większość rzeczy robię
już we własnym studio, a gdy już naprawdę nie daję rady czegoś ukręcić,
jakbym sobie marzył – mam przyjaciela, Krzysia Maszotę, wybitnego
realizatora i producenta, który chyba odnajduje pewną przyjemność w
obcowaniu z moją muzyką i który zawsze chętnie mi pomaga, gdy
zrozpaczony przynoszę mu jakiś przedziwny miks do poprawki… 🙂
Natomiast sama realizacja nagrań to już czysta przyjemność – sporo już
nagrywałem, umiem pracować w studio, czy to swoim czy wynajętym, mam
doskonały kontakt z moimi muzykami, świetnie się rozumiemy – pełna
sielanka. Ponadto, niektórzy z moich współpracowników realizują nagrania
swoich partii we własnych studiach projektowych, co daje kapitalne
efekty.
Co jest naprawdę trudne, to uzyskanie możliwości pokazania efektów tej
pracy – dotarcie do słuchaczy przypomina mi jakieś chore zawody, w
których jest wielu uczestników, żadnych reguł, a sędziowie są nieobecni i
nie odbierają telefonów 🙂 Tego elementu mojej pracy nie lubię, jest
niewdzięczny i zniechęcający.

Na
Twojej stronie można obejrzeć kilka fragmentów z Twoich koncertów. Jak
niezależnemu muzykowi udaje się organizować takie ogromne
przedsięwzięcia, z orkiestrą, chórem, ferią świateł? To musi być
niezwykle kosztowne?
Tak, to kolejna trudna sprawa. Lubię koncerty z prawdziwego zdarzenia, z
najlepszą oprawą, jaka tylko w danych realiach jest możliwa, z
krystalicznie czystym brzmieniem itd. To kosztuje. Ponadto, moje dwie
ostatnie płyty napisałem na duży skład, stąd konieczność angażowania
wielu muzyków. Znaleźć budżet na taki koncert nie jest łatwo, jednak
czasami się udaje.
Kayanis do tej pory kojarzył się raczej z muzyką elektroniczną.
Nagrywając „Where Abandoned Pelicans Die” zwróciłeś na siebie uwagę
nieco innej publiczności. W jakim kierunku podąży Kayanis w przyszłości?
Proponuję już od dłuższego czasu „odprzymiotnikowienie” muzyki. Dajmy
spokój tym wszystkim „dookreśleniom”: muzyka elektroniczna, progresywna,
popularna, poważna – przecież te podziały już od dawna są sztuczne i
nieprecyzyjne! Jak nazwiemy „WAPD”? Muzyka
ni-to-poważna-ni-to-popularna-a-może-jednak-jakaś-inna ??? „Klasyków”
mogą oburzyć na niej rockowe wstawki i popowe piosenki, „elektroników”
zraża obecność orkiestry, żywych solistów i chóru, ci, którzy słuchają
popu, zasypiają już przy „Uwerturze”… Muzyka nie potrzebuje szufladek.
Nigdy nie byłem „prawdziwym” elektronikiem, tak jak nigdy nie będę
„prawdziwym” kimkolwiek-tam. To, co lubię i czym się zajmuję nie da się
tak łatwo skategoryzować.
A co dalej? Nie wiem – siedzę w studio, coś tam sobie dłubię, zobaczymy.
Chyba czas odpocząć od dużej formy. Może kilka lekkich piosenek
okraszonych prostymi instrumentalami? Czas pokaże. Do formuły
„pelikanowej” na pewno wrócę, dobrze mi z taką muzyką. Ale może za
chwilę.
Nie myślałeś o tym aby jeden ze swoich występów zarejestrować na potrzeby DVD?
Myślałem. Pełen koncert zrobimy, gdy tylko nadarzą się odpowiednie ku
temu warunki – czytaj: poważny budżet na zaangażowanie poważnych ludzi,
którzy potrafiliby pokazać nasz koncert tak, jakbym sobie życzył..
Natomiast w trakcie realizacji jest plan takiego „małego dvd”, kilka
fragmentów koncertów, jakiś wywiadzik, scenki ze studio… Zobaczymy co z
tego wyjdzie.

Skąd czerpiesz inspiracje? Kto jest Twoim idolem. Czy muzyka klasyczna odgrywa w Twoim życiu istotną rolę?
Muzyka w moim życiu odgrywa rolę determinującą wszystko, od humoru
porannego do planów na przyszłość. Ma na mnie wręcz somatyczny wpływ,
reguluje moje procesy życiowe, określa to, kim jestem i kim chciałbym
się stawać. Żadnego nazwiska jednak nie wymienię, gdyż chyba nie ma
żadnego artysty, którego twórczość przyjmowałbym w całości bez
zastrzeżeń. Podobnie sprawa się ma z owymi, znienawidzonymi przeze mnie,
szufladkami. Pytasz o muzykę poważną – a czymże ona jest?
Arcykiczowatym walcem Straussa czy superawangardowymi popiskiwaniami
Stockhausena? Lubię wiele rzeczy z różnych „gatunków”, znaleźć dla nich
wspólny mianownik byłoby mi jednak niezmiernie trudno. Utwór musi mieć
„to coś”, czego nie umiem nazwać, a czego zawsze w swoich rzeczach
poszukuję… Ta rzecz, to „coś” znajduje się gdzieś pomiędzy kompozycją,
aranżacją, wykonaniem i emocjami, warto jej szukać, znalezienie tego
elementu, czy choćby zbliżenie się do niego, jest największą nagrodą, o
jakiej może marzyć twórca.
Muzyka Kayanisa to w głównej mierze rozbudowane partie
instrumentalne. Pojawiają się jednak dwa utwory w których słyszymy
ciekawych wokalistów, czy w przyszłości planujesz bardziej znaczącą
rolę dla wokalistów (mam na myśli tradycyjny śpiew)
Tych piosenek było i jest więcej, niż pojawiło się na płytach. Jak już
wspomniałem, może właśnie teraz, po „Pelikanach”, jest najlepszy czas na
to, aby je pokazać? Wokalistów mam świetnych, chyba trzeba im dać nieco
więcej do roboty…
Na swojej stronie wspominasz o planach reedycji poprzedniego swojego
wydawnictwa „Synesthesis”. Jest szansa na, że uda Ci się osiągnąć swój
cel?
Najchętniej nagrałbym „Synesthesis” jeszcze raz, zapewne teraz
zabrzmiałby lepiej, ale szkoda mi na to czasu. Zatem tak, z pewnością
zrobię reedycję, gdy tylko znajdę wolną chwilę, aby się zająć związanymi
z tym formalnościami.

Czy
wydawanie płyty „na własną rękę” (Kayanis Music) jest Twoim zdaniem
najlepszym rozwiązaniem dla tego projektu? Nie miałeś ofert wydania
krążka przez którąś z polskich wytwórni?
„Kayanis Music” jest najlepszym rozwiązaniem dla mojej muzyki, bo to
moja firma. 🙂 A na poważnie – trudno spodziewać się poważnych ofert
dla tego typu projektu, bo to rzecz niszowa, dla niewielu, zarobić się
na tym fortuny nie da. Niepoważne oferty owszem, były. Ponadto, w dobie
internetu – kto jeszcze potrzebuje wydawców? Wydanie płyty – w sensie
organizacyjnym – to tydzień pracy, może dwa. Koszta na poziomie jednej
średniej pensji krajowej. Dotarcie do dystrybutorów na całym świecie to
rozesłanie kilkudziesięciu maili. Może zmienię zdanie, gdy ktoś kiedyś
zaproponuje mi coś naprawdę poważnego, na razie nie widzę lepszej opcji,
niż samodzielne wydawanie płyt.
Dziękuję za poświęcony czas a na koniec poproszę Cię o kilka słów do naszych czytelników.
To ja dziękuję Tobie za możliwość zaprezentowania tej muzyki na Rock
Area, a wszystkich czytelników, którzy dotarli aż do tego zdania,
najserdeczniej pozdrawiam i zapraszam do częstych odwiedzin na
kayanis.com!
Piotr Michalski
zdjęcia: www.kayanis.com

















































