Muzyka zespołu Iluzjon bardzo mnie interesowała od kilku lat.
Niestety nie dane mi było zobaczyć zespołu na żywo. Zawsze natomiast
mnie korciło, aby zadać chłopakom z Iluzjon kilka pytań. Bodźcem stała
się recenzja „No phantoms in”, którą postanowiłem napisać. Później, idąc
za ciosem przygotowałem kilka pytań związanych głównie z ostatnim
albumem. Przy okazji nie mogliśmy ominąć tematu przyszłych planów grupy i
porozmawiać nieco o historii…
Zawsze zastanawiało mnie dlaczego zdecydowaliście się nazwać zespół
ILUZJON. Nie obawialiście się skojarzeń z zespołem Tomka Lipnickiego,
który niegdyś był popularny w Polsce?
Michał: Kiedy w 2000 roku powiedziałem Mateuszowi Książkowi „Ty, a może
nazwiemy zespół Iluzjon”. On powiedział „OK” i uśmiechnął się szeroko i
na tym skończyły się wszelkie dyskusje 🙂 Podobieństwo tych nazw jest
przecież, mimo wszystko, dość odległe. Przede wszystkim znaczeniowość
się nie zgadza, bo nam chodziło o dawne określenie kina, a nazwa zespołu
pana Tomka Lipnickiego oznaczał „iluzję”. Illusion to była super
kapela, ale stanowiła element zupełnie innej rzeczywistości i jakoś nikt
nigdy o to nie pytał. Dopiero parę lat później dziennikarze w wywiadach
zaczęli poruszać ten temat, ale już trudno:) A powiedz tak szczerze:
podchodząc do tematu fenomenologicznie…czy Twoim zdaniem „Iluzjon” to
nie jest super nazwa dla kapeli?:)
W sumie – to trudno sie nie zgodzić 😉
Co działo się w zespołem przez ostatni rok, po wydaniu „No phantoms in”?
Grzesiek: Pracowaliśmy, graliśmy, tworzyliśmy, lecz przede wszystkim,
patrząc z perspektywy czasu i co jest naistotniejsze w naszej
działalności, każdy z nas dążył do oczyszczenia myśli, orzeźwiającego
przewiania zmęczonych nagrywaniem i tworzeniem płyty, szarych, białych i
jeszcze na pewno jakichś komórek. Wymęczone kopiowanie siebie samego i
powielanie nie jest w naszej naturze, a żeby tego uniknąć trzeba
powrócić z kosmicznego stanu po nagraniu płyty, do bardziej
przyziemnego, może mniej podniecającego, ale pozwalającego na nowo
wchłaniać rzeczywistość.
Czy uważacie , że albumem „No phantoms in” zdobyliście większą ilość fanów? Słowem, czy uważacie, że odniósł sukces?
Grzesiek: Jeżeli odniósł, to my w bezpośredni sposób tego nie
odczuliśmy. Zakładając oczywiście, że mówiąc „odnieść sukces” mamy na
mysli sytuację, w której przeciętny słuchacz będzie rozpoznawał dany
tytuł i kojarzył go bezpośrednio z zespołem, znał kilka numerów na
płycie, itp. Oczywiście w otoczeniu Prog-Rockowym, nie możemy narzekać
na brak odbiorców, ale mimo względnego wzrostu popularności tego typu
muzyki, grupa słuchaczy naprawdę poszukujących nie zwiększyła się
znacznie. Większość osób jest przyzwyczajona do garstki dyżurnych
zespołów, resztę traktując jako „dodatek”.
Nie będę owijał w bawełnę. Najmniej z waszego ostatniego albumu
podoba mi się utwór „Mature Man”. Co więcej czytałem też kilka recenzji,
w których wskazywano go jako najsłabszy element płyty. Natomiast na
waszym profilu na Mysapce znalazł się w plajerze… Czy tak Wam się ten
utwór podoba, czy może znalazł się tam z przekory?
Michał: Bill Cosby powiedział: „Nie wiem co jest receptą na sukces, ale
receptą na klęskę jest próbować zadowolić wszystkich. Wielu osobom
„Mature Man” się podoba. I mówiąc nieskromnie: nie dziwię się, bo to
dobry kawałek;) Na przykład ostatnio jakiś gość z Australii napisał do
nas, że piosenka posiada bardzo dobry tekst. Ciekawe czy te osoby, które
krytykują „Mature Man” choć raz się weń wsłuchały. No, ale już tak mamy
dziwnie u nas w Polsce. Gdyby nagrał go Peter Gabriel, pewnie wszyscy
by się podniecali, bo jemu wolno tworzyć kawałki do radia, a powszechnie
nieznanemu, niezależnemu zespołowi już nie:) To stary numer, który
kiedyś brzmiał inaczej. Teraz faktycznie wyszedł trochę radiowo.
Czepianie się go jest więc czymś naturalnym dla słuchacza ortodoksyjnie
art rockowego. Dla nas jednak liczy się przede wszystkim czy muzyka jest
dobra. Nie jest ważne o jakim gatunku rozmawiamy. Choć wiadomo, że
niektóre nurty są nam bliższe, inne dalsze.
Dlaczego zdecydowaliście się na albumie „No phantoms in” zamieścić aż 3 instrumentale?
Michał : A dlaczego nie? Powiedz, czy jest jakiś tajemny regulamin,
który tego zakazuje?:) Z jednej strony mamy kawałki instrumentalne, jako
odbicie muzyki powiedzmy „ambitnej”, spokojnej, zrównoważonej,
wymagającej cierpliwości i zaangażowania, z drugiej mamy „Mature Man”,
który (no dobra) powiedzmy, że jest strawny dla słuchacza przypadkowego.
Tak źle i tak niedobrze. Co powinniśmy grać, by było ok? Jest jakaś
recepta?:) Gramy więc to, co czujemy. Ambienty, soundscape’y, czy też
jak wolisz „muzyka filmowa” to część naszej drogi. Moim zdaniem bardzo
ważny kierunek we współczesnej muzyce, nawiązujący do impresjonizmu w
sposób czytelny dla dzisiejszego słuchacza. Nauczył mnie tego Brian Eno,
Robert Fripp, czy David Sylvian. A jazz-rockowy „Mystery Y”, to po
prostu fajny kawałek. Nie widziałem tam miejsca na wokal. Wiesz…my
myślimy trochę przekornie. Z reguły jest tak, że wokaliści nie umieją
śpiewać, ale wszędzie się wpieprzają. Ja umiem śpiewać, ale jestem z tym
oszczędny, bo dobra muzyka, to przecież nie tylko „kawałki ze
śpiewem”:)
Okładka „No phantoms in” przypomina obraz Picassa. Skąd wziął się pomysł na okładkę i jakie ma ona znaczenie?
Michał: To jest parafraza obrazu Picassa „Stary człowiek z gitarą”.
Pomysł wziął się z głowy. Lubię Picassa, a koledzy z zespołu
stwierdzili, że „ok”. Okładka znaczenie ma dość wyraźne: „Dajcie nam
szansę, bo jesteśmy jeszcze młodzi, ale gotowi zastygnąć w tej pozie do
starczego wieku”;)
Jaki przekaz kryje w sobie album „No phantoms in”? Czy teksty wraz z okładką tworzą jakiś koncept?
Michał: Teksty same w sobie tak, okładka sama w sobie też. Ale nie jest
to koncept album. Żeby zrobić koncept album trzeba mieć dobry koncept:) A
jedną z podstawowych zasad jakie nami kierują jest uciekanie od
pretensjonalności, teatralnych póz i działania na siłę. Niestety nie
wszyscy wykonawcy to rozumieją i często narażają słuchaczy na jakieś
wtórne intelektualnie koszmarki. To nie nasz świat.
Jak powstał teledysk do „Empty Fall”? Kto był pomysłodawcą
scenariusza? Przy okazji zauważyłem, ze niektóre efekty przypominają
okładkę City Zen. Czy to było zamierzone?
Grzesiek: Scenariusz, był to owoc kilku letnio – jesiennych spotkań
Michała ze mną. Mieliśmy wtedy obaj dość czasu na wyszukiwanie ciekawych
miejsc i ich wyobrażeniowej konfrontacji z muzyką. Nie ukrywam, że
bardzo w tym wszystkim pomógł pewien „dar” Michała, który polega na
nieustannej potrzebie poszerzania granic znanego wszechświata –
odkrywania tego co jest za rogiem. Często nie mamy pojęcia co znajduje
się wokół nas, jednocześnie będąc „specjalistami” od odległych krain.
Jeżeli natomiast chodzi o techniczne wykonanie teledysku, to mieliśmy
wsparcie ze strony chłopaków z „Strange Silhouettes Studio”. Jest to
młoda ekipa, niezwiązana z żadnym komercyjnym studiem, ale mająca w
sobie na tyle dużo kreatywności, świeżości i pomysłowości, że mimo
pewnych ograniczeń, potrafili sobie poradzić bez problemu z każdym
aspektem tworzenia. Od nagrania ujęć, po montaż i produkcję, mając przy
tym kilka ciekawych sugestii co do samego scenariusza i sposobów
przedstawienia rzeczywistości. To dzięki nim udało się osiągnąć
specyficzny senny klimat.
Ewentualne skojarzenia z grafiką z City Zen są raczej przypadkowe. Nie
planowaliśmy tu żadnego konceptu, choć jak tak teraz pytasz, to może coś
się wymyśli 😉
Dlaczego kolejny klip zdecydowaliście się zrobić do utworu instrumentalnego?
Michał: Mówisz pewnie o „Forgotten Phantoms”…Dlatego, że ambient, to
bardzo ważna część naszego muzycznego ego. Tak samo ważna jak melodyjny i
popowy „Mature Man”. Także dowód na to, że jesteśmy otwarci na wszystko
co dobre i ciekawe w muzyce. Poza tym chcieliśmy zwrócić uwagę na ten
utwór. Niektórzy wyrażają się o nim „tylko muzyka tła”, „za długi”, „za
nudny”, „nieciekawy”. Tymczasem kosztował on tyle samo pracy co
najbardziej pokręcone rytmicznie numery. Można mówić „ten gatunek mi nie
podchodzi”, ale żeby o NASZYCH;) kawałkach wyrażać się jako o
„niepełnowartościowych” tylko dlatego, że nie jadą klasycznym rockowym
składem?:) Nie no…to już przesada ….i dlatego zrobiliśmy do tego
utworu ilustracje:)
Jaka była różnica w promowaniu „No phantoms in” a „City Zen”?
Grzesiek: Główna różnica była taka, że „No phantoms in” od razu, z
biegu, trafiła na półki sklepowe, natomiast „City Zen”, która nie miała
poważnej dystrybucji, zalegała przez dłuższy czas na strychach i w
piwnicach domostw członków zespołu. Sam fakt bycia w oficjalnej
sprzedaży pozwolił nam na nieco bliższy kontakt z publicznością, gdyż
dla wielu osób muzyka, która nie świeci okładkami na półkach salonów
muzycznych, nie jest muzyką wartą zainteresowania. Co do konkretnych
akcji, to nie były to spektakularne działania typu „bilboard nad
Rotundą”, tylko raczej reklamy w gazetach i pojedyncze bannery.
Co jest dla Was w muzyce najważniejsze? Melodia, klimat czy teksty.
Odnoszę bowiem wrażenie, że wszystkie te elementy są mocna stroną
IIuzjon.
Grzesiek: Dziękujemy za taką opinię. W rzeczy samej bez harmoni i
umiejętnego balansu między tymi trzema, nazwijmy to żywiołami
muzycznymi, nie może być mowy o dobrej kompozycji. O ile sam wokal jako
medium do przekazywania tekstów zazwyczaj nie wnosi nowej jakości do
muzyki, o tyle melodyjny śpiew połączony z niebanalnym tekstem, potrafi
dodać wiele blasku do utworu. Staramy się by blasków u nas było jak
najwięcej, budując klimat w oparciu raczej o dynamikę ciszy i spokoju
niż o monotonnie galopad.
Chciałbym abyście parę słów powiedzieli o swoich poprzednich
wydawnictwach. City Zen jest w ofercie Mystic – i w zasadzie nie ma
problemu ze zdobyciem tej pozycji. A co możecie powiedzieć o swoich
poprzednich nagraniach?
Michał: Nasze nagrania sprzed 2005 roku to dema. Kiedy będziemy już
bardzo znanym zespołem 😉 zrobimy dla naszych fanów prezent i nagramy te
wszystkie kawałki w nowych wersjach, albo w najgorszym wypadku
zremasterujemy te stare. Nie nastąpi to jednak w przeciągu najbliższych
trzech lat. Na razie ta część naszej twórczości jest niedostępna.
Jakie są plany odnośnie kolejnego albumu? Czy rozpoczęliście już
prace nad nim? Czego możemy się spodziewać po kolejnej waszej płycie i
kiedy możemy się jej spodziewać?
Michał: Prace nad naszym trzecim albumem rozpoczęliśmy we wrześniu 2007.
Materiał był gotowy na długo przed premierą „No phantoms in”, bo
zacząłem komponować te kawałki jeszcze zimą. Możecie się spodziewać
jeszcze lepszej muzyki niż na poprzedniej płycie. To nasze podstawowe
założenie – nie stać w miejscu. Oczywiście dla niektórych dźwięki te
będą rażące, ciężkie i nie do przyjęcia. Ale miłośnicy prawdziwego rocka
progresywnego, gdzie słowo „progres” ma największe znaczenie raczej
będą zadowoleni.
Czy zamierzacie uszczknąć kawałek tortu którym wydaje się być
renesans muzyki progresywnej w Polsce?. Czy podchodzicie do tematu
strategicznie, czy po prostu gracie swoje, a resztę pozostawiacie w
rękach fanów?
Michał: Bardzo ważne pytanie i mam nadzieję, że moją odpowiedzią raz na
zawsze coś wyjaśnię. Iluzjon powstał w czasach, kiedy umarł już Collage,
Annalist wydawał swoją ostatnią płytę…z Quidam miała zaraz odejść
Emilia. Podkreślam z całych sił, że nie istniało jeszcze Riverside, ani
prawie żaden z obecnie działających zespołów. Generalnie było wrażenie,
że bierzemy się za coś, czego czas już przeminął. Nikt tutaj nic nie
kalkulował, nie planował itd. W 2000 roku nie obchodziło mnie
specjalnie, czy rock progresywny jeszcze żyje, czy już wypada grać coś
innego. Po prostu założyłem zespół, którego idea była zawsze częścią
mnie. Teraz niby od paru lat mamy „renesans” tej muzyki u nas. Wszyscy
lubimy takie szufladkowanie, ale moim zdaniem to kompletna bzdura. W
Polakach zawsze siedziała romantyczna nuta, bardzo charakterystyczna dla
art rocka. Rzewność melodii, głębia, nostalgia, przestrzeń, to część
naszej słowiańskiej natury. Zakładając Iluzjon czułem się jak dziedzic
nie tylko Collage, czy Exodus, ale też jako spadkobierca romantycznych
dóbr kulturowych z XIX wieku. I w ogóle nie obchodziło mnie, czy coś
jest modne, czy nie.
Jak wygląda kwestia Waszych koncertów? Czy przy okazji kolejnego albumu zamierzacie częściej koncertować?
Michał: Jeśli tylko nas ktoś sensowny zaprosi – zgodzimy się z
wdzięcznością. Nie zamierzamy jednak zarzynać się za wszelką cenę.
Zdarzyło się nam już jechać 500 km za zwrot kosztów. Wiał tęgi huragan,
samochody znosiło na drugi pas, nasz gitarzysta, Sławek, prawie zginął,
bo nie działały światła, a jakiś debil wyjechał z podporządkowanej na
pełnym gazie. Podróż była koszmarna, impreza słabo
wypromowana…stanęliśmy na scenie zmordowani daleką drogą, ale
szczęśliwi, że żyjemy. Daliśmy po prostu poprawny koncert. Bez
rewelacji, bo trochę trudno by było w takich warunkach dać się ponieść.
A potem jakiś dzieciak, co bawi się w dziennikarstwo, trzepnął nam taką
recenzję na swojej stronce, że gdybyśmy nie byli przyzwyczajeni do
chamstwa, pewnie byśmy bardzo się przejęli. Jako polonista wstawiłbym
mu „co najwyżej dwóję” za egzaltowany, licealny styl i brak minimalnego
polotu, ale publicznie nie miałem szansy na ripostę, a parę osób te
wypociny przeczytało i pewnie poszła w świat plotka, że Iluzjon kiepsko
wypada na koncertach. Warto było się poświęcać?
Jesteśmy bardzo otwarci na dobrze zorganizowane koncerty. Nasz czas
poświęcamy jednak na doskonalenie muzyki i nie bardzo mamy sposobność
jeździć, dzwonić, prosić się, tłumaczyć itd.
Dlatego gramy raz na kwartał, a nie co tydzień. Niestety.
Przy okazji zapytam o koncert w DK Stokłosy? Jak przebiegł? Jakie są Wasze wrażenia?
I czy organizując go wiedzieliście, że równolegle odbędzie się progresywna impreza w klubie Progresja?
Michał: Przebiegł fajnie. Był świetnie zorganizowany. Dobre
nagłośnienie, dobre światła. O imprezie w klubie Progresja
dowiedzieliśmy się dzień przed. Nie miało to jednak większego znaczenia,
gdyż nasz koncert w DK Stokłosy zaplanowany był już pół roku wcześniej.
Najwierniejsza publiczność i tak wybrała Iluzjon.
Czy przykładacie dużą wagę do swoich tekstów? Czy są to jakieś historie czy moralitety? Skąd czerpiecie inspiracje?
Michał: Przykładamy bardzo dużą wagę do naszych tekstów. Żadna ze sfer
tworzących to, co zespół Iluzjon ukazuje światu nie jest traktowana
„przy okazji”. Przykro nam tylko, że tak mało ktokolwiek z nami chce o
warstwie lirycznej rozmawiać. Każda z opowiedzianych przez nas historii
ma bowiem swoje konkretne miejsce we wszechświecie.
Inspiracje czerpane są z życia, książek, filmów.
Jak Waszymi oczami wygląda polska scena progresywna? Czy ożywienie uważacie za dłuższy trend, czy chwilowy zryw?
Michał: Mnie osobiście nie obchodzi to, jak wygląda tzw „scena
progresywna”. Słucham tej muzyki od prawie dwudziestu lat, gram ją od
prawie dziesięciu, będę ją grał pewnie jeszcze ze dwadzieścia i byłem
świadkiem tworzenia się i umierania różnych trendów. Śmieszy mnie to,
jak mówi się o Iluzjonie „początkujący”, „nadzieja” itd. Większość
ludzi, którzy piszą takie rzeczy biegała w pieluchach, kiedy ja już
wycierałem portki na koncertach Marillion. Nie jest więc istotna
„bieżąca moda”. Najważniejsze jest to, co znajduje się w nas samych jako
słuchaczach, twórcach itd.
Jakie zespoły możecie wskazać jak swoich idoli. Czy możecie wymienić kogoś na kim się wzorujecie?
Grzesiek: To byłaby zdecydowanie najdłuższa odpowiedź w całym wywiadzie, więc pozwół, że odpowiem jedynie: jest ich wielu 😉
Michał: Muzyka musi być dobra. Technika powinna być jedynie punktem
wyjścia do prób osiągnięcia „tego czegoś”. W ten sposób myśli niewiele
osób. W ten sposób myśli Brian Eno, David Sylvian, Bohren und der Gore
Club, Robert Fripp…i może jeszcze stu artystów na świecie. Cała reszta
to w niewielkiej części rzeczy „w miarę fajne” a w większości shit lub
totalny shit.
Co chcielibyście na koniec przekazać czytelnikom Rock Area?
Michał: Przede wszystkim z tak wnikliwymi pytaniami spotykamy się rzadko. Czytelnikom Rock Area gratulujemy wyboru.
Rozmawiał Piotr Spyra


















































