ANATHEMA – Vincent Cavanagh (20.04.2012)

ANATHEMA - Weather Systems

Vincent, zaczynamy wysokim C – nie mogę przestać słuchać „Weather Systems”, wychwaliłem ten album pod same niebiosa w swojej recenzji, jest po prostu rewelacyjny. Kiedy pierwszy raz przejrzałem listę utworów, rzucił mi się w oczy nieco „atmosferyczny” koncept całości. Czy za nazwaniem w ten sposób większości utworów kryje się jakaś większa idea, czy też po prostu „tak się zgrało”?

To metafora, przenośnia dla naszych „wewnętrznych krajobrazów” („Internal Landscapes”), wszystkich burz emocjonalnych i innych „warunków”, z którymi człowiek musi się zmierzyć w życiu. Wszystko jest bardzo głęboko powiązane z tobą, twoimi uczuciami i przeszkodami do przeskoczenia. Cztery utwory, „The Gathering of Clouds”, „Lightning Song”, „Sunlight” i „The Storm Before the Calm”, na samym początku były ze sobą powiązane, tworzyliśmy je jeszcze za czasów „We’re Here Because We’re Here”. Nazywaliśmy je wtedy „Piosenkami systemów pogodowych”. Nie potrafiliśmy ich rozdzielić, dlatego ostatecznie na tamten krążek nie trafiły. Pomyśleliśmy: „OK, żaden problem, te utwory będą fundamentem następnego albumu”. Potem weszliśmy z nimi do studia, a uwierz mi na słowo – z nowym producentem, Christerem Cederbergiem, pracowało nam się BARDZO dobrze, dlatego postanowiliśmy na ich podstawie zrobić coś więcej, stworzyć cały pełnoprawny album. Wyszło samo z siebie, pomysł przerósł swoje założenia. Wydaje mi się, że następnym utworem, który nagraliśmy po tej czwórce, był „Internal Landscapes”. W tym momencie byliśmy pewni, że nie ma mowy o żadnym EP. Daliśmy sobie kilka miesięcy, aby dokończyć „Falling Deeper”, zagrać kilka koncertów, po czym wróciliśmy do studia naszego producenta w Olso i zarejestrowaliśmy drugą połowę „Weather Systems”: dwie części „Untouchable”, „The Beginning And the End” i „Lost Child”. Mieliśmy 55 minut świeżego materiału. Stworzenie tego albumu nie sprawiło nam żadnych problemów, utwory płynęły niemal automatycznie. Pracowaliśmy szybko, ale wyjątkowo intensywnie. Gdy teraz słucham całości, wydaje mi się, że to najbardziej spójna rzecz, jaką kiedykolwiek nagraliśmy. Jeżeli poznajesz ją od początku do końca, przy jednym posiedzeniu, te 55 minut zlatuje o wiele szybciej, utwory zmieniają się niemal niezauważenie, a jednak wiele z nich posiada własne crescendo, własną „trajektorię lotu”. Mimo wszystko, są to autonomiczne podróże.


Wspomniałeś o rzeczy, o którą chciałem właśnie zapytać. Te utwory miały trafić na EP.

Po prostu mieliśmy zabukowane tylko kilka dni w studiu. Nie myśleliśmy, co stanie się z tymi czterema kawałkami, chceliśmy je nagrać i mieć pod ręką. Wydaje mi się, że to Christer wpłynął na naszą kreatywność. Pomiędzy mną, Dannym (Cavanagh) i Johnem (Douglasem) a nim zaistniała ogromna chemia.


Trwa 55 minut, a jednak mija równie szybko jak EP, więc udało się stworzyć… coś pomiędzy?

Dokładnie.


Wiesz, w Sieci pojawiła się plotka, że już macie materiał na kolejny album. Mam nawettytułyutworów: „No One Is Free”, „Vodoo”, „Message to the Fear”, “Bricks”, „Are You There Part 2”, “Forgivness”, „The Storm Before the Calm Part 2”, „You’re Not Alone” i „Helicopters”…

(przerywając:) Nie! Nie, nie, nie. Nie myśl o tym, to tylko spekulacje. Myślę, że Danny udziela się gdzieś na forum i wymienił te utwory, żeby wywołać trochę poruszenia. Ile z podanych przez ciebie tytułów mogłoby trafić na następny album? W tym momencie ciężko stwierdzić, ale raczej niewiele. A nawet jeżeli trafią, zmienią się nie do poznania. Aczkolwiek powinienem potwierdzić, że owszem, już teraz myślimy o kolejnej płycie. Mamy dużo pomysłów, z których większości pewnie nie wykorzystamy. Mieliśmy dziesiątki rzeczy, które rzuciliśmy najzwyczajniej w świecie w kąt. Następny album… Obecnie znam tak jakby jego połowę, cała reszta pewnie dopiero powstanie. Więc taak… to nic pewnego.


Dobrze, wróćmy zatem do „Weather Systems”. Pod względem emocji nie ucieka tak daleko od swojego poprzednika, wciąż sprawia wrażenie dzieła ludzi zadowolonych ze swojego życia.

Czuję zadowolenie, tak ogólnie, do pewnego stopnia, z dalszej perspektywy. Staram się chwytać w życiu dobrych ludzi i dobrych wydarzeń. To dla mnie najważniejsze. Dają mi pewne poczucie bezpieczeństwa. Ale szczęśliwy? Nie, niezupełnie. „Szczęśliwy” to w ogóle dziwny termin, bardzo nieobiektywny, dla mnie nieco płytki. „O, patrzcie, jestem szczęśliwy, wszystko zajebiście!” (śmiech) To nie takie proste. Refleksja tego, co słyszysz w muzyce jest szczera, to część życia, ale nie całe życie. Jest w tym na pewno nadzieja. Jestem głębokim człowiekiem, jak – zakładam – i ty, i wszyscy słuchający naszej twórczości. Dobrze wiemy, że w życiu jest dużo więcej niż tylko „szczęście” lub tylko „depresja”. I zdecydowanie jestem szczęśliwy, że nie mam depresji. Ale w życiu można osiągnąć cholernie dużo, a ja mam nadzieję wyciągnąć z tego jak najwięcej, zanim umrę. Z całą pewnością nie ukrywam siebie w muzyce, Anathema jest szczera.


Następnym ważnym elementem „Weather Systems” jest Lee (Douglas), która od jakiegoś czasu stała się pełnoprawnym członkiem zespołu. Dużo tutaj damsko-męskich harmonii, świetnie uzupełnia twój głos.

Lee ma w sobie coś. Jakąś łatwość. Często wydaje mi się, że śpiewa tak, jak śpiewa, ze względu na to, jaką osobą jest. Brak w niej fałszu, zawsze stara się być szczerą, prawdziwą. Dodaje nam pozytywnej energii, rozbraja swoim humorem.


Tak, pamiętam występ na Ino-Rock Festivalu w 2010 roku, po którym upiła się winem i rzucała bez przerwy żartami.

(śmiech) Ona, kurwa, całkowicie wymiata, zupełny rock ‘n’ roll. Uwierz mi, stary, nigdy nie przestaje, pije więcej niż my wszyscy razem wzięci! (śmiech) Kiedyś było trochę inaczej, ja już nie mogę tyle pić w trasie. Staram się skupiać na śpiewaniu, robić to jak najlepiej, ale Lee… ona chyba ma to gdzieś. (śmiech) Wciąż mamy z nią ubaw.


Co do twojego śpiewu, robisz wielkie postępy. Wystarczy posłuchać takiego „Untouchable Part 1” lub „Internal Landscapes”, przechodzisz tam samego siebie.

Przede wszystkim, powinienem podziękować Christerowi Cederbergowi za to wszystko, co dzięki niemu osiągnąłem. Śpiewanie w studiu na własną rękę może być bardzo samotne, do tego przynosić nieobiektywne rezultaty. Zakładasz słuchawki na uszy i próbujesz jakoś wpasować się w utwór. Jeżeli masz nieszczęście pracować z producentem, który nie jest kreatywny i nie do końca rozumie, co próbujesz zrobić, za dużo odpowiedzialności spoczywa na twoich barkach. Tym razem było dużo łatwiej, miałem Christera, swojego sprzymierzeńca, przy sobie. Nie widzę go, to prawda, ale zawsze podpowiada mi przez słuchawki, dodaje motywacji. „Nie było źle, ale spróbuj jeszcze raz, spróbuj w ten sposób” i tak dalej. A ja miałem do niego pełne zaufanie. Pod koniec zawsze pokazywał mi braki, wskazywał miejsca, w których należy coś ulepszyć. Takich rezulatatów nie mógłbym osiągnąć z jakimkolwiek innym producentem, popychał mnie dalej i dalej. Nie tylko zresztą mnie, Lee również nieźle wymęczył. Osobiście chciałbym nagrywać każdą następną muzykę z nim, był dla nas prawdziwym błogosławieństwem.


Niczym Nigel Godrich dla Radiohead? Nieoficjalny członek zespołu?

Właśnie tak pomyśleliśmy po pierwszym tygodniu współpracy. Zaczęliśmy myśleć o nim jak o nowym członku rodziny. Przedziwna rzecz, zwłaszcza dla nas, przecież trzymamy się razem od tylu lat. Christer stał się bardzo istotną częścią tego zespołu.


Spora różnica od współpracy, choćby częściowej, ze Stevenem Wilsonem?

Jak wiesz, Steven zajmował się tylko miksem „We’re Here Because We’re Here”, ale odwalił wtedy wspaniałą robotę. Wiele produkcji następuje w tych pierwszych etapach nagrywania. Miks jest jednak równie istotny dla przebiegu całego procesu. Wilson miał fantastyczne wyczucie co do naszej muzyki, a stał przed naprawdę niełatwym zadaniem, ponieważ nagraliśmy cały ogrom tego wszystkiego. On znalazł dla każdego dźwięku przestrzeń, idealnie umieścił je pomiędzy resztą. Praca z Christerem różniła się pod tym względem, iż od samego początku dobrze wiedzieliśmy, co chcemy zrobić ze wszystkimi dźwiękami. Do tego mieliśmy go cały czas blisko, pomagał nam w komponowaniu partii z perspektywy całości, całego utworu, jego finalnej, nieistniejącej jeszcze wersji. Całe to budowanie napięcia na „Weather Systems” wszystkie crescenda były od początku zaplanowane, Christer przywiązywał wagę do dynamiki dźwięku, tego, w jaki sposób będzie on ewoluował. „Kiedy wrzucimy ten dźwiek na prawo”, „Kiedy walniemy tym dźwiękiem nieco mocniej”, „Jak go zakończymy”, „Jakie elementy wypełnią build-up”. Skupienie – to słowo-klucz opisujące nagrania z Christerem.

Anathema

Jedna rzecz, która pozostała po współpracy ze Stevenem Wilsonem, to miks 5.1, w którym także usłyszymy „Weather Systems”. Być może wychodzę z pytaniem za daleko w przyszłość, ale myśleliście może o nagraniu wielokanałowych wersji starszych albumów Anathemy?

Tak, bardzo chciałbym to zrobić. Ale to niełatwe zadanie, nawet nie wiemy, gdzie znajdują się taśmy z oryginalnymi ścieżkami kilku pierwszych płyt. A ciężko byłoby nagrać tę muzykę na nowo – jaki jest sens w nagrywaniu dzisiaj „Alternative 4”, jak to by brzmiało? Niemniej naprawdę chciałbym i jeżeli pojawi się taka możliwość – zrobimy to. Wszystko zależy od tego, gdzie znajdują się nagrania, kto je ma, czy możemy je pozyskać.


Już niebawem ruszacie w trasę, na której, rzecz jasna, zawitacie także do Polski. Jestem pewny, że lubicie do nas wracać.

O mój Boże, jak najbardziej. Graliśmy u was bardzo, bardzo wcześnie, jeszcze na początku lat 90. Nasze pierwsze-pierwsze DVD nagraliśmy w Krakowie. Zdecydowanie uwielbiam do was wracać. Wiesz, pamiętam, jak w okolicach wydania „Judgment” zrobiliśmy mini-trasę po Polsce, zagraliśmy wtedy dziesięć czy dwanaście występów u was. Była zima. To była prawdziwa jazda!


Wódka?

(śmiech) Jakoś musisz utrzymywać ciepło, prawda? Zawsze wychodziliśmy z fanami po koncertach, wszędzie szwędaliśmy się ze studentami. Byłem porażony ich inteligencją, poziom języka angielskiego również mnie zaskakiwał. Byli dla nas bardzo serdeczni. Dlatego nie ma nic lepszego, niż zacząć nową trasę właśnie od Polski. Będziecie pierwszymi ludźmi, którzy usłyszą te kawałki na żywo, i to jest właśnie spoko.


Jakieś zaskoczenia w zestawie utworów?

Premiera albumu zlewa się z koncertami, więc chyba lepiej będzie zagrać jeden wielki miks wszystkich płyt, niż skupiać się wyłącznie na nowościach. Ale i tych nie zabraknie! Ważna sprawa – będzie druga trasa po Europie, wrócimy też i do was, wtedy, jak myślę, większy sens miałoby odegranie „Weather Systems” w całości, gdy ludzie już się z nim zaznajomią na dobre. Ale to na jesień. Teraz chciałbym zagrać pewne utwory, które pojawiały się rzadko lub wcale na naszych trasach. Na przykład z „Judgment” – nigdy nie graliśmy „Emotional Winter”? I dlaczego, kurwa, tego nie zrobiliśmy do tej pory?! Przecież to świetny kawałek. „A Fine Day to Exit”, rzadko kiedy gramy z tej płyty cokolwiek, a przecież jest tam kilka świetnych utworów na koncert. Czegoś takiego właśnie chcę.


Szybka piłka! Najlepszy utwór na „Weather Systems”?

„The Storm Before the Calm”. Z wielu, naprawdę wielu powodów. (śmiech)


Minęły dwa lata od premiery „We’re Here Because We’re Here”, opadł cały kurz, ludzie oswoili się z faktem, że Anathema wróciła. Ty też masz już na pewno bardziej obiektywne spojrzenie na ten album. Co teraz o nim sądzisz?

No cóż, na pewno byłem z niego zadowolony. Ale nigdy nie czuję stuprocentowej satysfakcji z dzieł, które tworzę. Jeżeli ktoś by mnie zapytał, czy istnieje coś takiego, jak idealny album, nie wiem, co mógłbym odpowiedzieć. Nawet gdybym dokładnie przejrzał swoje ulubione albumu z ostatnich kilku lub kilkunastu lat, nie jestem pewny, czy znalazłbym tam chociaż jeden taki okaz. „Perfekcja” to również jakiś nierealny termin, możesz do niej dążyć, ale szczerze – wątpię, abyś kiedykolwiek do niej doszedł. „We’re Here…”? Jasne, jestem z niego zadowolony. Jestem też zadowolony z nowego albumu. Ale zawsze pozostaje jakieś poczucie, i wcale nie mówię, iż to coś złego, że następnym razem chciałbyś nagrać jeszcze lepszą rzecz.


„Anathema are an English band from Liverpool primarily known for their ever evolving sound”. Czy to prawda? Myślicie już o następnym albumie. Czy on także będzie różnił się od “Weather Systems”, czy jednak na jakiś czas pozostaniecie w tym postrockowym światku?

Nie mogę się doczekać kierunku, w którym pójdziemy. Zawsze pozostawiamy ludzi w niepewności, nie pozwalamy spać spokojnie. To zawsze rodzi się samo z siebie, wyrasta z zasianego ziarenka. To pewna część szczerości naszej muzyki – w miarę jak idziesz przez życie, zmieniasz się. Nigdy nie przestajesz. Twoje horyzonty wiecznie się poszerzają. Nie ma czegoś, czego nie mógłbyś wyrazić w muzyce, dlatego powinieneś szczerze wyrażać siebie przez nią. Zawsze wkładamy wszystko, co obecnie mamy w sobie, w nasze utwory. I kiedy coś z tych starań powstaje – masz obraz, którego najpewniej już nigdy nie powtórzysz. Pójdziesz dalej.


Amen.

…Gdyby tak więcej zespołów rozumiało to, zamiast powtarzać na okrągło tę samą śpiewkę, tylko i wyłącznie w celu posmyrania wygodnych od karmienia ręką fanów.

Rozmawiał: Adam Piechota
Zdjęcie: Marta Tłuszcz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *