Vincent, zaczynamy wysokim C – nie mogę przestać słuchać „Weather
Systems”, wychwaliłem ten album pod same niebiosa w swojej recenzji,
jest po prostu rewelacyjny. Kiedy pierwszy raz przejrzałem listę
utworów, rzucił mi się w oczy nieco „atmosferyczny” koncept całości. Czy
za nazwaniem w ten sposób większości utworów kryje się jakaś większa
idea, czy też po prostu „tak się zgrało”?
To metafora, przenośnia dla naszych „wewnętrznych krajobrazów”
(„Internal Landscapes”), wszystkich burz emocjonalnych i innych
„warunków”, z którymi człowiek musi się zmierzyć w życiu. Wszystko jest
bardzo głęboko powiązane z tobą, twoimi uczuciami i przeszkodami do
przeskoczenia. Cztery utwory, „The Gathering of Clouds”, „Lightning
Song”, „Sunlight” i „The Storm Before the Calm”, na samym początku były
ze sobą powiązane, tworzyliśmy je jeszcze za czasów „We’re Here Because
We’re Here”. Nazywaliśmy je wtedy „Piosenkami systemów pogodowych”. Nie
potrafiliśmy ich rozdzielić, dlatego ostatecznie na tamten krążek nie
trafiły. Pomyśleliśmy: „OK, żaden problem, te utwory będą fundamentem
następnego albumu”. Potem weszliśmy z nimi do studia, a uwierz mi na
słowo – z nowym producentem, Christerem Cederbergiem, pracowało nam się
BARDZO dobrze, dlatego postanowiliśmy na ich podstawie zrobić coś
więcej, stworzyć cały pełnoprawny album. Wyszło samo z siebie, pomysł
przerósł swoje założenia. Wydaje mi się, że następnym utworem, który
nagraliśmy po tej czwórce, był „Internal Landscapes”. W tym momencie
byliśmy pewni, że nie ma mowy o żadnym EP. Daliśmy sobie kilka miesięcy,
aby dokończyć „Falling Deeper”, zagrać kilka koncertów, po czym
wróciliśmy do studia naszego producenta w Olso i zarejestrowaliśmy drugą
połowę „Weather Systems”: dwie części „Untouchable”, „The Beginning And
the End” i „Lost Child”. Mieliśmy 55 minut świeżego materiału.
Stworzenie tego albumu nie sprawiło nam żadnych problemów, utwory
płynęły niemal automatycznie. Pracowaliśmy szybko, ale wyjątkowo
intensywnie. Gdy teraz słucham całości, wydaje mi się, że to najbardziej
spójna rzecz, jaką kiedykolwiek nagraliśmy. Jeżeli poznajesz ją od
początku do końca, przy jednym posiedzeniu, te 55 minut zlatuje o wiele
szybciej, utwory zmieniają się niemal niezauważenie, a jednak wiele z
nich posiada własne crescendo, własną „trajektorię lotu”. Mimo wszystko,
są to autonomiczne podróże.
Wspomniałeś o rzeczy, o którą chciałem właśnie zapytać. Te utwory miały trafić na EP.
Po prostu mieliśmy zabukowane tylko kilka dni w studiu. Nie myśleliśmy,
co stanie się z tymi czterema kawałkami, chceliśmy je nagrać i mieć pod
ręką. Wydaje mi się, że to Christer wpłynął na naszą kreatywność.
Pomiędzy mną, Dannym (Cavanagh) i Johnem (Douglasem) a nim zaistniała
ogromna chemia.
Trwa 55 minut, a jednak mija równie szybko jak EP, więc udało się stworzyć… coś pomiędzy?
Dokładnie.
Wiesz, w Sieci pojawiła się plotka, że już macie materiał na kolejny
album. Mam nawettytułyutworów: „No One Is Free”, „Vodoo”, „Message to
the Fear”, “Bricks”, „Are You There Part 2”, “Forgivness”, „The Storm
Before the Calm Part 2”, „You’re Not Alone” i „Helicopters”…
(przerywając:) Nie! Nie, nie, nie. Nie myśl o tym, to tylko spekulacje.
Myślę, że Danny udziela się gdzieś na forum i wymienił te utwory, żeby
wywołać trochę poruszenia. Ile z podanych przez ciebie tytułów mogłoby
trafić na następny album? W tym momencie ciężko stwierdzić, ale raczej
niewiele. A nawet jeżeli trafią, zmienią się nie do poznania. Aczkolwiek
powinienem potwierdzić, że owszem, już teraz myślimy o kolejnej płycie.
Mamy dużo pomysłów, z których większości pewnie nie wykorzystamy.
Mieliśmy dziesiątki rzeczy, które rzuciliśmy najzwyczajniej w świecie w
kąt. Następny album… Obecnie znam tak jakby jego połowę, cała reszta
pewnie dopiero powstanie. Więc taak… to nic pewnego.
Dobrze, wróćmy zatem do „Weather Systems”. Pod względem emocji nie
ucieka tak daleko od swojego poprzednika, wciąż sprawia wrażenie dzieła
ludzi zadowolonych ze swojego życia.
Czuję zadowolenie, tak ogólnie, do pewnego stopnia, z dalszej
perspektywy. Staram się chwytać w życiu dobrych ludzi i dobrych
wydarzeń. To dla mnie najważniejsze. Dają mi pewne poczucie
bezpieczeństwa. Ale szczęśliwy? Nie, niezupełnie. „Szczęśliwy” to w
ogóle dziwny termin, bardzo nieobiektywny, dla mnie nieco płytki. „O,
patrzcie, jestem szczęśliwy, wszystko zajebiście!” (śmiech) To nie takie
proste. Refleksja tego, co słyszysz w muzyce jest szczera, to część
życia, ale nie całe życie. Jest w tym na pewno nadzieja. Jestem głębokim
człowiekiem, jak – zakładam – i ty, i wszyscy słuchający naszej
twórczości. Dobrze wiemy, że w życiu jest dużo więcej niż tylko
„szczęście” lub tylko „depresja”. I zdecydowanie jestem szczęśliwy, że
nie mam depresji. Ale w życiu można osiągnąć cholernie dużo, a ja mam
nadzieję wyciągnąć z tego jak najwięcej, zanim umrę. Z całą pewnością
nie ukrywam siebie w muzyce, Anathema jest szczera.
Następnym ważnym elementem „Weather Systems” jest Lee (Douglas),
która od jakiegoś czasu stała się pełnoprawnym członkiem zespołu. Dużo
tutaj damsko-męskich harmonii, świetnie uzupełnia twój głos.
Lee ma w sobie coś. Jakąś łatwość. Często wydaje mi się, że śpiewa tak,
jak śpiewa, ze względu na to, jaką osobą jest. Brak w niej fałszu,
zawsze stara się być szczerą, prawdziwą. Dodaje nam pozytywnej energii,
rozbraja swoim humorem.
Tak, pamiętam występ na Ino-Rock Festivalu w 2010 roku, po którym upiła się winem i rzucała bez przerwy żartami.
(śmiech) Ona, kurwa, całkowicie wymiata, zupełny rock ‘n’ roll. Uwierz
mi, stary, nigdy nie przestaje, pije więcej niż my wszyscy razem wzięci!
(śmiech) Kiedyś było trochę inaczej, ja już nie mogę tyle pić w trasie.
Staram się skupiać na śpiewaniu, robić to jak najlepiej, ale Lee… ona
chyba ma to gdzieś. (śmiech) Wciąż mamy z nią ubaw.
Co do twojego śpiewu, robisz wielkie postępy. Wystarczy posłuchać
takiego „Untouchable Part 1” lub „Internal Landscapes”, przechodzisz tam
samego siebie.
Przede wszystkim, powinienem podziękować Christerowi Cederbergowi za to
wszystko, co dzięki niemu osiągnąłem. Śpiewanie w studiu na własną rękę
może być bardzo samotne, do tego przynosić nieobiektywne rezultaty.
Zakładasz słuchawki na uszy i próbujesz jakoś wpasować się w utwór.
Jeżeli masz nieszczęście pracować z producentem, który nie jest
kreatywny i nie do końca rozumie, co próbujesz zrobić, za dużo
odpowiedzialności spoczywa na twoich barkach. Tym razem było dużo
łatwiej, miałem Christera, swojego sprzymierzeńca, przy sobie. Nie widzę
go, to prawda, ale zawsze podpowiada mi przez słuchawki, dodaje
motywacji. „Nie było źle, ale spróbuj jeszcze raz, spróbuj w ten sposób”
i tak dalej. A ja miałem do niego pełne zaufanie. Pod koniec zawsze
pokazywał mi braki, wskazywał miejsca, w których należy coś ulepszyć.
Takich rezulatatów nie mógłbym osiągnąć z jakimkolwiek innym
producentem, popychał mnie dalej i dalej. Nie tylko zresztą mnie, Lee
również nieźle wymęczył. Osobiście chciałbym nagrywać każdą następną
muzykę z nim, był dla nas prawdziwym błogosławieństwem.
Niczym Nigel Godrich dla Radiohead? Nieoficjalny członek zespołu?
Właśnie tak pomyśleliśmy po pierwszym tygodniu współpracy. Zaczęliśmy
myśleć o nim jak o nowym członku rodziny. Przedziwna rzecz, zwłaszcza
dla nas, przecież trzymamy się razem od tylu lat. Christer stał się
bardzo istotną częścią tego zespołu.
Spora różnica od współpracy, choćby częściowej, ze Stevenem Wilsonem?
Jak wiesz, Steven zajmował się tylko miksem „We’re Here Because We’re
Here”, ale odwalił wtedy wspaniałą robotę. Wiele produkcji następuje w
tych pierwszych etapach nagrywania. Miks jest jednak równie istotny dla
przebiegu całego procesu. Wilson miał fantastyczne wyczucie co do naszej
muzyki, a stał przed naprawdę niełatwym zadaniem, ponieważ nagraliśmy
cały ogrom tego wszystkiego. On znalazł dla każdego dźwięku przestrzeń,
idealnie umieścił je pomiędzy resztą. Praca z Christerem różniła się pod
tym względem, iż od samego początku dobrze wiedzieliśmy, co chcemy
zrobić ze wszystkimi dźwiękami. Do tego mieliśmy go cały czas blisko,
pomagał nam w komponowaniu partii z perspektywy całości, całego utworu,
jego finalnej, nieistniejącej jeszcze wersji. Całe to budowanie napięcia
na „Weather Systems” wszystkie crescenda były od początku zaplanowane,
Christer przywiązywał wagę do dynamiki dźwięku, tego, w jaki sposób
będzie on ewoluował. „Kiedy wrzucimy ten dźwiek na prawo”, „Kiedy
walniemy tym dźwiękiem nieco mocniej”, „Jak go zakończymy”, „Jakie
elementy wypełnią build-up”. Skupienie – to słowo-klucz opisujące
nagrania z Christerem.

Jedna rzecz, która pozostała po współpracy ze Stevenem Wilsonem, to
miks 5.1, w którym także usłyszymy „Weather Systems”. Być może wychodzę z
pytaniem za daleko w przyszłość, ale myśleliście może o nagraniu
wielokanałowych wersji starszych albumów Anathemy?
Tak, bardzo chciałbym to zrobić. Ale to niełatwe zadanie, nawet nie
wiemy, gdzie znajdują się taśmy z oryginalnymi ścieżkami kilku
pierwszych płyt. A ciężko byłoby nagrać tę muzykę na nowo – jaki jest
sens w nagrywaniu dzisiaj „Alternative 4”, jak to by brzmiało? Niemniej
naprawdę chciałbym i jeżeli pojawi się taka możliwość – zrobimy to.
Wszystko zależy od tego, gdzie znajdują się nagrania, kto je ma, czy
możemy je pozyskać.
Już niebawem ruszacie w trasę, na której, rzecz jasna, zawitacie także do Polski. Jestem pewny, że lubicie do nas wracać.
O mój Boże, jak najbardziej. Graliśmy u was bardzo, bardzo wcześnie,
jeszcze na początku lat 90. Nasze pierwsze-pierwsze DVD nagraliśmy w
Krakowie. Zdecydowanie uwielbiam do was wracać. Wiesz, pamiętam, jak w
okolicach wydania „Judgment” zrobiliśmy mini-trasę po Polsce, zagraliśmy
wtedy dziesięć czy dwanaście występów u was. Była zima. To była
prawdziwa jazda!
Wódka?
(śmiech) Jakoś musisz utrzymywać ciepło, prawda? Zawsze wychodziliśmy z
fanami po koncertach, wszędzie szwędaliśmy się ze studentami. Byłem
porażony ich inteligencją, poziom języka angielskiego również mnie
zaskakiwał. Byli dla nas bardzo serdeczni. Dlatego nie ma nic lepszego,
niż zacząć nową trasę właśnie od Polski. Będziecie pierwszymi ludźmi,
którzy usłyszą te kawałki na żywo, i to jest właśnie spoko.
Jakieś zaskoczenia w zestawie utworów?
Premiera albumu zlewa się z koncertami, więc chyba lepiej będzie zagrać
jeden wielki miks wszystkich płyt, niż skupiać się wyłącznie na
nowościach. Ale i tych nie zabraknie! Ważna sprawa – będzie druga trasa
po Europie, wrócimy też i do was, wtedy, jak myślę, większy sens miałoby
odegranie „Weather Systems” w całości, gdy ludzie już się z nim
zaznajomią na dobre. Ale to na jesień. Teraz chciałbym zagrać pewne
utwory, które pojawiały się rzadko lub wcale na naszych trasach. Na
przykład z „Judgment” – nigdy nie graliśmy „Emotional Winter”? I
dlaczego, kurwa, tego nie zrobiliśmy do tej pory?! Przecież to świetny
kawałek. „A Fine Day to Exit”, rzadko kiedy gramy z tej płyty cokolwiek,
a przecież jest tam kilka świetnych utworów na koncert. Czegoś takiego
właśnie chcę.
Szybka piłka! Najlepszy utwór na „Weather Systems”?
„The Storm Before the Calm”. Z wielu, naprawdę wielu powodów. (śmiech)
Minęły dwa lata od premiery „We’re Here Because We’re Here”, opadł
cały kurz, ludzie oswoili się z faktem, że Anathema wróciła. Ty też masz
już na pewno bardziej obiektywne spojrzenie na ten album. Co teraz o
nim sądzisz?
No cóż, na pewno byłem z niego zadowolony. Ale nigdy nie czuję
stuprocentowej satysfakcji z dzieł, które tworzę. Jeżeli ktoś by mnie
zapytał, czy istnieje coś takiego, jak idealny album, nie wiem, co
mógłbym odpowiedzieć. Nawet gdybym dokładnie przejrzał swoje ulubione
albumu z ostatnich kilku lub kilkunastu lat, nie jestem pewny, czy
znalazłbym tam chociaż jeden taki okaz. „Perfekcja” to również jakiś
nierealny termin, możesz do niej dążyć, ale szczerze – wątpię, abyś
kiedykolwiek do niej doszedł. „We’re Here…”? Jasne, jestem z niego
zadowolony. Jestem też zadowolony z nowego albumu. Ale zawsze pozostaje
jakieś poczucie, i wcale nie mówię, iż to coś złego, że następnym razem
chciałbyś nagrać jeszcze lepszą rzecz.
„Anathema are an English band from Liverpool primarily known for
their ever evolving sound”. Czy to prawda? Myślicie już o następnym
albumie. Czy on także będzie różnił się od “Weather Systems”, czy jednak
na jakiś czas pozostaniecie w tym postrockowym światku?
Nie mogę się doczekać kierunku, w którym pójdziemy. Zawsze pozostawiamy
ludzi w niepewności, nie pozwalamy spać spokojnie. To zawsze rodzi się
samo z siebie, wyrasta z zasianego ziarenka. To pewna część szczerości
naszej muzyki – w miarę jak idziesz przez życie, zmieniasz się. Nigdy
nie przestajesz. Twoje horyzonty wiecznie się poszerzają. Nie ma czegoś,
czego nie mógłbyś wyrazić w muzyce, dlatego powinieneś szczerze wyrażać
siebie przez nią. Zawsze wkładamy wszystko, co obecnie mamy w sobie, w
nasze utwory. I kiedy coś z tych starań powstaje – masz obraz, którego
najpewniej już nigdy nie powtórzysz. Pójdziesz dalej.
Amen.
…Gdyby tak więcej zespołów rozumiało to, zamiast powtarzać na okrągło tę
samą śpiewkę, tylko i wyłącznie w celu posmyrania wygodnych od
karmienia ręką fanów.
Rozmawiał: Adam Piechota
Zdjęcie: Marta Tłuszcz


















































