Dla mnie to było idealne zakończenie koncertowego roku. A czekałem na ten koncert z niecierpliwością i prawdę mówiąc spodziewałem się muzycznej kulminacji w wielkim stylu. Pozytywne nastawienie nie było przecież bezpodstawne, poprzedni thrashowy festiwal w Spodku był nie tylko sukcesem artystycznym, ale i frekwencyjnym. Półtorej roku po koncercie Sacred Reich / Kreator / Megadeth, przyszło nam gościć w Katowicach nieco zmieniony skład. Swobodnie jednak można stwierdzić, że jeśli chodzi o jakość czy popularność, a tym samym wartość (choćby sentymentalną), tegoroczny skład wyrównał poziom. Wiadomo, że była to część europejskiej trasy i kapele grały w tej konfiguracji wiele koncertów, jednak ja bym zmienił nieco kolejność, a co za tym idzie czas trwania. OK, różnice nie były aż tak istotne (Testament bodaj 10 minut krócej od pozostałych), a gdzieś zasłyszałem, że grające równe sety Kreator i Anthrax, w ciągu trasy zamieniali się kolejnością grania.
Do rzeczy. Uwielbiam każdy z trzech zespołów, które miały wystąpić tego wieczoru w Katowicach. Natomiast jak sięgnę pamięcią był to mój piąty koncert Testament. I z czterech poprzednich, tylko raz byli naprawdę dobrze nagłośnieni. I niby tym razem, było powyżej średniej, jednak to przy kolejnych występach stwierdziłem że wypadli jakościowo nieco bardziej blado. Kiedy ekipa pojawiła się na scenie, publiczność oszalała, od razu zaczął formować się młyn, a od buchających ogni, w pierwszych rzędach, dosłownie zrobiło się gorąco. Może trochę zaskoczeniem było skupienie się na nowożytnej twórczości zespołu, albo też na najcięższych płytach, jeśli rozpatrywać to od tej strony. Po klasyki chłopaki sięgnęli chyba tylko dla przyzwoitości, ale jak się okazało tego wieczoru – nie tylko oni. Zespół pokazał się jak zawsze z dobrej strony, ewidentnie czerpiąc z tego koncertu tyle radochy, co zgromadzeni fani. Wszystko było na fajnym poziomie. Ustawienie sceny, gigantyczne tło, które fajnie prezentowało się przy zmiennym świetle i wspomniana pirotechnika. Nie mogliśmy wiedzieć, że to tylko przyczynek do tego co czeka nas tego wieczoru, a każdy kolejny zespół podnosił poprzeczkę jeszcze wyżej.
Anthrax świętuje 40-lecie i dali temu wyraz wyświetlając jako intro swoistą laurkę, którą wystawili im celebryci z metalowej branży (i nie tylko, bo zapamiętałem choćby i Stephena Kinga). Filmik na początku uznałem za przesadzony… ale po paru chwilach stwierdziłem, że – właściwie im się należy. Dopiero kiedy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki i gitar i bębnów a na ich froncie Joey Beladonna zaczął śpiewać wyraźnie słyszalny uznałem, że Testament wypadł dźwiękowo o klasę niżej. Druga amerykańska ekipa, zgodnie z przewidywaniami skupiła się z kolei na klasycznym wycinku twórczości, w końcu w przypadku jubileuszu warto wrócić do korzeni. Jeśli chodzi o oprawę, mieli jej nieco więcej i bardziej urozmaiconej, czyli i w tym aspekcie wypadli lepiej. Całość wydawała się jeszcze bardziej energetyczna, a panowie zamieniali się miejscami na scenie, żeby każdy z fanów mógł choć przez chwilę być jak najbliżej swoich idoli. Ja byłem zachwycony. Miłym akcentem było, że przy koncentracji na klasyki, zagrali kawałek z przedostatniej płyty („Fight 'Em Til You Can’t”) być może akcentując ówczesny powrót wokalisty na łono zespołu. Dla mnie mogło by być tych kawałków nawet więcej bo cenię również bardziej heavymetalowe oblicze zespołu. Tym razem z kolei muszę przyznać, że z trzech koncertów Anthrax, które widziałem – ten był najlepszy.
Chyba nie będę do końca obiektywny bo uwielbiam Kreator zarówno z początku twórczości, jak i opiewam ich najnowsze produkcje (tylko do tej cholernej „Endoramy” cały czas ciężko mi się przyzwyczaić). Już poprzedni ich występ w Spodku postawił poprzeczkę wysoko i po koncercie wieńczącym ten wieczór oczekiwałem wiele. I przyznać muszę, że jeśli chodzi o show – Niemcy pozamiatali poprzedników. Owszem, były elementy, które już znamy, ale w dalszym ciągu robią wrażenie. Dmuchane gigantyczne diobły, kukły wisielców, czy ponabijane na pal, a później i podpalone. Więcej ognia, więcej dymu – więcej czadu. Kreator z jednej strony zaprezentował po dwa kawałki z dwóch najnowszych produkcji, ale jeśli chodzi o starszy repertuar zaserwowali nam istną przekrojówkę. Było kapitalnie! Dźwięk był krystaliczny, Mille w doskonałej formie. A publiczność namówiona a to do formowania moshpitu, a to do klasycznego bodysurfingu, reagowała błyskawicznie. Może i będą tacy, którzy będą narzekać na dobór repertuaru, ale spodziewam się, że i na jubileuszowe trasy przyjdzie czas dla Kreator.
Ja byłem spełniony. W tym roku nie muszę już iść na żaden koncert… chyba że…
Piotr Spyra




















































