Hiszpańska grupa ANGELUS APATRIDA zaplanowała w ramach bieżącej trasy dwa koncerty w naszym kraju. W Krakowie przyszło im grać trzy dni po koncercie TESTAMENT, który zagrał w sąsiednim klubie Studio. Niestety, albo zmęczenie materiału u przeciętnego thrashera, albo po prostu mniejsza popularność Hiszpanów spowodowały, że frekwencji nie można było porównać. Za to publiczność, która pojawiła się w niedzielę w klubie Zaścianek, można było określić, jako zaangażowaną. Zatem tym razem, nie w ilości a jakości siła.
Część audytorium próbowała rozkręcić imprezę od pierwszych dźwięków. Black/thrashowy SZNYT, to raczej młoda ekipa, z niezbyt okazałym repertuarem, ale sięgając również po covery, wypełniła swoje pół godziny i sprawiła, że jeśli jednak niektórzy stali jak świeczki w torcie (obecni wiedzą o co chodzi), to na pewno rytmicznie tupali lub machali głowami. Grupa para się dynamicznym graniem – i tego po prostu się dobrze słucha. Ich koncertowe portfolio wygląda okazale, prawdopodobne jest, że nasze drogi niejednokrotnie się przetną. Na początku blackowy image mógł zbić z tropu, ale chłopaki naprawdę pasowali na otwarcie wieczoru.
Jeszcze bardziej pasowało trio CONSUMER, które poruszając się w thrashowej estetyce zjednało sobie jeszcze większe audytorium. Przyznam, że wybierając się na koncert zaznajomiłem się z muzyką supportów i do „Consumer Society” wrócę jeszcze niejednokrotnie. Ekipa wpasowała się w moje gusta, a na żywo jeszcze bardziej się sprawdzają. Frontman zespołu prowadził ten koncert brawurowo, aż zachciało się skakać nawet najbardziej spokojnym uczestnikom wieczoru. Sam wydarłem się podczas kilku refrenów. Zespół brzmiał nieźle, choć ja wyciągnąłbym gitarę jeszcze bardziej do przodu. W każdym razie, jeśli zobaczę ich logo gdzieś na afiszu, chętnie wybiorę się na koncert.
Kiedyś przegapiłem koncert ANGELUS APATRIDA w Ostrawie. Nie mogłem sobie tego darować. Dlatego tym razem nie było takiej opcji. Wiedziałem, że w krakowskim Klubie Zaścianek ta muzyka może zabrzmieć potężnie. I tak się stało. Ale wcześniej można było uzupełnić braki w dyskografii na merchu zespołu, zebrać autografy oraz zamienić kilka słów z muzykami. Nie mogłem się przy tej okazji powstrzymać, zapytałem więc skąd wzięła się ksywa Guillermo Izquierdo (Polako). David Alvarez wyjaśnił, że wzięło się to z dziecięcych czasów, kiedy chłopaki grali w piłkę na boisku, jedna z dziewczyn reagując na blond włosy Guillermo, zawołała na niego „Polako” (wszyscy pozostali mieli bowiem czarne włosy)… i ta ksywa się przykleiła. Kiedy jednak ekipa pojawiła się na scenie nie miało to nic wspólnego z piłką nożną. Raczej ze sportem bardziej kontaktowym. Ekipa zagrała fantastyczny, energetyczny set. Napakowany solówkami i masą zabawy. Można powiedzieć że otrzymaliśmy przekrojowy zestaw utworów, chyba tylko debiutancki album i „Hidden Evolution” nie doczekały się reprezentanta. Muzycy wznosili toasty wraz z publicznością, a brak barierek spowodował nawet wtargnięcie jednego z fanów na scenę. Wśród publiczności nie zabrakło licznej reprezentacji sympatyków w koszulkach z logo zespołu, a nawet flagi Polski w namalowanym logo grupy. Muzycy zachęcali publiczność to tworzenia mosh pitu, a w pewnym momencie do jego centrum zszedł gitarzysta – David Alvarez – i tam zagrał cały kawałek, niepomny przepisów BHP ( 🙂 ). Zespół zupełnie nie zrażony nieokazałą frekwencją, podziękował publiczności serwując dodatkowy utwór. Po godzinnym koncercie regularnym dane nam było usłyszeć cover Pantery – „Domination”!
Wracałem do domu w wyśmienitym nastroju, może nawet lepszym (a na pewno mniej sponiewierany) niż w czwartek. Jeśli jeszcze wahacie się, czy wybrać się we wtorek na ich koncert do klubu Voodoo – przestańcie. Jeśli odpuścicie, będziecie żałowali jak ja tego koncertu w Ostrawie.
Piotr Spyra



















































