2026.08.11 – SAVATAGE, NEVERMORE, ARMORED SAINT – Warszawa

Na plakacie reklamującym koncert, widniało: SAVATAGE + goście specjalni. I faktycznie ani ARMORED SAINT, ani tym bardziej NEVERMORE nie powinniśmy traktować jako suportów. Obie te kapele są równie kultowe co gwiazda wieczoru, a wśród fanów pojawiających się przed klubem widać było pełen przegląd koszulek tematycznych.

Oczywistym jest że reaktywowany w zeszłym roku SAVATAGE otrzymał najwięcej czasu, ale nie byłbym do końca przekonany czy NEVERMORE, z burzliwą najnowszą historią, nie przyciągnął co najmniej tylu fanów co gwiazda wieczoru. A już na pewno wydatnie pomógł w wyprzedaniu wydarzenia. Fani ARMORED SAINT z kolei na pewno podzielili się, na obecnych, oraz tych którzy odpuścili warszawski koncert, wiedząc że dwa dni później zobaczą zespół w Krakowie. Faktem jest że w kolejce do bramek przeważały peany na temat drugiej i trzeciej kapeli, które miały wystąpić tego wieczoru.

Powiedzmy sobie szczerze. Nikt z nas nie żyje pod kamieniem, myślę że na palcach jednej dłoni można by policzyć tych, którzy nie czytali relacji z poprzednich koncertów, albo nie widzieli filmików. Dlatego tym bardziej napięcie rosło wtorkowego popołudnia pod warszawskim klubem. Wiedzieliśmy bowiem, że wszystkie zespoły są w wyśmienitej formie. Ale do rzeczy.

Na wyprowadzenie ARMORED SAINT wybrali sobie kawałek JUDAS PRIEST, a jako że Priest niedawno grał w stolicy, na pewno wzbudziło to same dobre skojarzenia. Grupa miała najmniej miejsca na scenie, bo musiały się wówczas mieścić trzy zestawy perkusyjne. Nie miało to znaczenia dla Johna Busha który biegał i skakał cały koncert i ewidentnie klawo bawił się przez cały występ. Zlał scenę hektolitrami potu i pewnie wybiegał jakiś półmaraton. Przyszło mi na myśl, że zabawne byłyby tu statystyki piłkarskie… kto ile przebiegł. Zespół za sceną wyświetlał swoje logo, a co zabawne mieliśmy je jeszcze zobaczyć tego wieczoru w innych okolicznościach. Set zaczął się wprawdzie od otwieracza nowej płyty, ale zaraz potem otrzymaliśmy cały pakiet klasyków. Trudno powiedzieć które kawałki zrobiły największą furorę. Mnie największą radochę przyniosły „March of the Saint”, Can U Deliver” i „Reign of Fire”. Rozgrzałem gardło jak się patrzy! Zresztą pod koniec występu pomógł mi w tym sam frontman kapeli, który zeskoczył do fosy i razem z publicznością z pierwszych rzędów śpiewał gromko. Powiem tak – nie spodziewałem się, że będę się tak dobrze bawił! Już się cieszę na czwartkowy koncert!

Kiedy na scenie nieco się przerzedziło (zniknął jeden zestaw perkusyjny, a drugi został zasłonięty kurtyną z logo NM), napięcie sięgało zenitu. Właściwie to chyba była dla wielu największa niewiadoma. Filmiki to jedno, ale czy na żywo Berzan Önen wkupi się w łaski publiczności? Prawda jest taka, że „jedliśmy mu z ręki”. Facet oprócz tego że ma wokal bardzo zbliżony do zmarłego Warrela Dane’a, to jeszcze dysponuje nieprawdopodobną charyzmą. Jego pewność siebie i dobry humor były zaraźliwe. Zresztą stojąc tuż naprzeciw Jeffa Loomisa, miałem cały koncert możliwość, a to obserwować jego rewelacyjną grę, a to reagować na to co prezentował frontman grupy. Set różnił się kolejnością utworów nie tylko od poprzednich koncertów w ramach trasy (jeśli ktoś śledził to w necie), ale też nie do końca zgadzał się z setlistami przyklejonymi do podłogi. Myślę, że wszyscy będą wspominali brawurowe wykonanie „The Heart Collector”, utworu dedykowanego Warrelowi. Kiedy publiczność odpaliła światełka w telefonach, w oczach wokalisty pojawiły się łzy wzruszenia. Zresztą jak sięgnę pamięcią „Dead Heart in a Dead World” miała tego wieczoru najliczniejszą reprezentację w setliście. Na mnie mega wrażenie zrobił jeden z moich ulubionych – nieco nowszych kawałków „Born”! Brzmieniowo zwrotka zlała się trochę w ścianę, ale za to efekt? Szatan do kwadratu! Siarka i co tylko! Najczęstsze obserwowane reakcje to potakujące głowy zwrócone w stronę wokalisty. Jeśli ktoś wypowiadał się sceptycznie wobec reaktywacji grupy, teraz musi to odszczekać!

Co ciekawe wszystko odbywało się tego wieczoru zgodnie z grafikiem. Tuż przed występem SAVATAGE technicy mieli najwięcej roboty, a niewiele czasu – mimo to, ze sceny dość szybko zniknęła druga perka, a pojawiły się dwa zestawy klawiszy. Tradycyjnie na podłodze naklejono setlisty, ale jak później się okazało, trochę wprowadzały w błąd bo nie wszystkie kawałki pojawiły się w całości (oj żal mi tego „Morphine Child”). Savatage posługiwał się podczas koncertu animacjami do utworów, ale szczerze mówiąc prawie ich nie oglądałem, chłonąc to co działo się na scenie. Tutaj wszystko było w punkt! W pewnym momencie zrozumiałem nawet zasadność zatrudnienia dwóch klawiszowców. Trzeba oddać, że Criss Caffery był cichym bohaterem wieczoru, bo nie dość że gitarowo szył aż miło, radził sobie dzielnie w chórkach (wykon w „Wake of Magellan” – czapki z głów), to jeszcze podczas utworu „Warriors”, pojawił się za mikrofonem w roli głównej. Ja znam jego solowe płyty, ale byłem zszokowany klimatem, jaki udało się mu uzyskać. Barwą głosu bardzo przypominał Jona. Zresztą kolejny motyw, o którym będziemy opowiadali swoim wnukom, to wykonanie „Believe”. Przygasły światła a na telebimie pojawił się Jon Oliva śpiewając i grając na pianie, by po pewnym czasie dołączył do niego cały zespół i utwór zyskał pazura. Widziałem to wcześniej w sieci – ale autentycznie miałem gulę w gardle, szczególnie kiedy pod koniec pojawiły się zdjęcia Jona i Crissa Olivy. Na to na pewno czekali wszyscy fani. Jeśli chodzi z kolei o nowożytny Savatage, na pewno wrażenie zrobiło wykonanie „Chance” czy „This is the Time”. Zespół przeleciał po dyskografii w taki sposób, że fan każdego okresu grupy znalazł tu coś dla siebie. Nawet ten który uważa, że Metallica skończyła się po „Kill ‘em All”, a Helloween po „Walls…”. Kątem oka wyłapałem w pewnym momencie na telebimie logo Armored Saint. Generalnie wszyscy odebrali to pobłażliwie. Zresztą luz zespołu udzielał się publiczności i nabożna cześć z jaką rozpoczęliśmy ten koncert przerodziła się w serdeczną atmosferę. Publiczność śpiewała refreny, chórki i zwrotki, a muzycy ewidentnie łapali tą chemię. Było GENIALNIE!

Przyznam się, że SAVATAGE to był jeden z moich ulubionych zespołów ze sztubackich czasów. I to jeden z tych niewielu, których nie widziałem wcześniej na żywo (Rock’n’Rolf – no nie bądź taki!). Mam nadzieję, że zespół zachęcony odbiorem i wynikami sprzedaży powróci faktycznie z zapowiadaną płytą studyjną i na kolejną trasę po Europie. Tym razem zjawię się na pewno!

Piotr Spyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *