2026.07.28 – JUDAS PRIEST, PHIL CAMPBELL’S BASTARD SONS – Warszawa

Kiedy w zeszłym roku byłem na świetnym koncercie JUDAS PRIEST, byłem zbudowany kondycją Roba Halforda, jego charyzmą i formą sceniczną. Przeszła mi przez głowę myśl, że ten stan nie może trwać wiecznie, trzeba korzystać z okazji i nie odpuszczać kolejnych koncertów zespołu. Już rok później grupa zawitała ponownie do naszego kraju. Tym razem mieliśmy okazję obejrzeć ich na COS Torwar w Warszawie i okazał się to idealny obiekt dla tego zespołu i jego fanów.

Owszem nieco mniejsza scena niż w Łódzkiej Arenie (czy bliźniaczych obiektach) powodowała, że boczne telebimy nie były tak okazałe. Natomiast wszystko inne, co mogło zmieścić się na scenie – czyli obecne wszędzie powierzchnie do wyświetlania animacji zmieściły się bez uszczerbku dla show. A mieliśmy co oglądać.

Sięgnę jednak jeszcze na chwilę myślą kilkadziesiąt minut wstecz i koncertu Phil Campbell’s Bastard Sons. Widziałem ich jeszcze z Philem i muszę przyznać że ich nie doceniłem. Wtedy i teraz. Kiedy kilka lat temu wybierałem się na koncert gdzie gitarzysta Motorhead miał zaprezentować głównie materiał właśnie tego zespołu, byłem nieco sceptyczny. Odbierałem to jako odcinanie kuponów – i generalnie podchodziłem do tematu z rezerwą. Okazało się że ekipa zmiotła mnie z powierzchni ziemi. Phil – kultowa postać, w świetnej wówczas formie, dał do pieca, a i jego zapowiedzi dodawały sporo do dobrego samopoczucia odbiorców. Ale ekipa złożona po części z jego potomków, okazała się kapitalną maszyną koncertową. Kiedy po jego śmierci dowiedziałem się, że chłopaki kontynuują działalność… znowu zareagowałem z rezerwą. I znowu się myliłem. Chłopaki dali we wtorek taki popis energii, że Torwar odleciał. Towarzystwo bawiło się wyśmienicie, a kapela brzmiała zaskakująco klarownie. Oprócz garści klasyków Motorhead usłyszeliśmy ich kawałek „We, the Bastards”, który otworzył występ, a wartym wspomnienia jest cover Dawida Bowiego „Heroes”, wykonany (a jakże) brawurowo. Występ charakteryzował się luzem, interakcją z publicznością… i sporą ilością przekleństw. Ale to właśnie rock n roll moi mili. Nogi same rwały się do pogo! Zagrali jakieś pięćdziesiąt minut, ale podgrzali atmosferę do czerwoności!

Wróćmy do gwiazdy wieczoru, po szybkiej instalacji potrzebnego sprzętu, scenę zasłoniła kotara z okazałą grafiką obecnej trasy i wkomponowanymi okładkami płyt Judas Priest. Koncert poprzedziło wprowadzenie dźwiękami Sabbathowskiego „War Pigs” odśpiewanego gromko przez publikę i na scene wpadli ONI! Kurtyna została zerwana, a publiczność oszalała. Od razu utworzył się mosh pit, który podczas tego wieczoru uspokajał się tylko na kilka chwil. Zespół zaprezentował się wyśmienicie. Przygotowali dla nas iście przekrojowy set, ku mojej uciesze z godną reprezentacją „Screaming for Vengeance” i „British Steel”. Zeszłoroczny koncert skupiał się na kultowym „Painkillerze”, dlatego tym razem nie można było mieć za złe, że usłyszeliśmy tylko kawałek tytułowy z tej płyty – ale jakiż to był wykon! Młodsi stażem gitarzyści dwoili się i troili i ani na chwilę podczas koncertu nie pozwoliłem sobie na biadolenie na temat tematów personalnych w Judasach. Show był przygotowany pod względem graficznym i oświetleniowym, ale jeśli stało się w pierwszych rzędach, raczej wypadało raczyć się występem i kondycją gwiazd tego wieczoru. Rob Halford ma po prostu dar od boga (czy kogo tam uważacie) i jego głos nadal kruszy szkło. Odniosłem nawet wrażenie, że wśród kilku koncertów na których widziałem Priest, tym razem był nawet w lepszej fizycznej formie. Być może z powodu temperatury na scenie, zrezygnował z charakterystycznego dłuższego płaszcza, nabijanego ćwiekami, ale w dalszym ciągu wyglądał, tak że jego zdjęcie mogłoby pojawić się w encyklopedii pod hasłem „Heavy Metal”. Wycisnął z siebie siódme poty, ale publiczność odpłacała to cały wieczór entuzjazmem. Zastanawiałem się czy mniejsza scena nie spowoduje rezygnacji wjechania motocyklem na ”Hell bent for leather”… nic z tych rzeczy. Otrzymaliśmy tą kultową scenę po raz kolejny. Generalnie zespół odpuścił dłuższą przerwę między regularną częścią setu i bisami i trzy kawałki na nie przewidziane popłynęły z głośników zaledwie po kilkunastu może kilkudziesięciu sekundach skandowania nazwy zespołu. Ze sceny zdołali się chyba tylko zawinąć gitarzyści.

Matko! Jaki to był genialny koncert. Świetnie nagłośniony, należycie dobrane utwory, świetne przyjęcie i reakcje publiczności. Czego chcieć więcej. Rob niewiele czasu poświecił na zapowiedzi, ale nie zabrakło podziękowan dla nas- rodziny Priest. Podkreślał, że bez publiczności nie byłoby zespołu i czuliśmy, że to stwierdzenie jest szczere. A uczucie obopólne.

Grajcie tak panowie jak najdłużej! Do zobaczenia w przyszłym roku – miejmy nadzieję!

Long live the Priest!

Piotr Spyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *