2026.07.25-26 – OSTRÓW ROCK FESTIVAL

Ostrów Rock Festiwal na stałe wpisał się w moje wakacyjne plany. Co ciekawe organizatorzy nie zamknęli się w ścisłych ramach stylistycznych i rok w rok potrafią zaskoczyć. Pod okazałym namiotem nad zalewem Piaski-Szczygliczka, gościły już poważne gwiazdy progresywnego grania, mocniejszych dźwięków, jak i bardziej radosnych w wymowie form. Skład jest w stanie zadowolić również jeśli chodzi o dobór wykonawców polskich i zagranicznych. W tym roku mieliśmy do czynienia z dwoma gwiazdami, których apogeum popularności przypada na przełom lat 90-tych i dwutysięcznych. Ogłoszenie TIAMAT i MY DYING BRIDE jako headlinerów tegorocznej edycji spowodowało aprobatę fanów, co zaowocowało rekordową frekwencją.

Dzień 1

SCARDUST (duża scena)

Ja nawet nie wiem ile osób było na koncercie SCARDUST. Od pierwszych do ostatnich dźwięków przyklejony byłem do barierki. Dla mnie to był jeden z jasnych punktów imprezy. Charyzmatyczna wokalistka poprowadziła ten show brawurowo – i wśród znajomych, którzy nie znali zespołu po tym koncercie pojawiło się wielu przekonanych do ich twórczości. Prog metal z etnicznymi wstawkami, sporą dawką symfoniki i wszelakimi wokalnymi popisami to znak rozpoznawczy grupy – i doskonale sprawdził się na imprezie. Warto wspomnieć o utworze z ostatniej płyty, który oryginalnie zaśpiewany przez Rossa Jenningsa (z Haken), tutaj został wykonany w duecie z technicznym grupy. Bardzo udane zastępstwo. Kolejna rzecz, którą wspomnę to popowy cover „Symphony” (w oryginale Clean Bandit feat Zara Larsson) – normalnie miałem ciarki! Genialny wykon!

MERDU (mała scena)

Na temat otwarcia na małej scenie również należy wypowiedzieć się w superlatywach. MERDU i ich przestrzenna muzyka wypadła naprawdę okazale. To był pierwszy zwiastun tego, że na tej imprezie możemy spodziewać się naprawdę kapitalnego nagłośnienia. Liczna publiczność, jak na tę porę dnia tylko dowiodła, że również mniej popularne zespoły są w gronie zainteresowań bywalców festiwalu. Ekipa miała dobre przyjęcie. Myślę, że wielu zapisało sobie ich markę na socjalach.

ESTHESIS (duża scena)

Prog rock w wykonaniu Francuzów z ESTHESIS wpasował się w konwencję festiwalu jak ulał. W końcu korzenie imprezy związane są właśnie z tym gatunkiem. A stali bywalcy to niejednokrotnie właśnie stare progresywne wygi. Nawet w naszej ekipie doszło do poważnych dyskusji nad wyższością ESTHESIS nad AVKRVST (lub na odwrót). Szkoda tylko ze wokalistka nie była słyszalna przez ładnych kilka minut. Na szczęście nie była to sytuacja permanentna. Być może pora obiadowa, albo pierwsze zmęczenie publiczności sprawiły, że tłum się nieco przerzedził. Ale i tym razem nie było źle. Zespół zaprezentował się z dobrej strony i parę osób popędziło po ich występie czym prędzej do stoiska z merchem.

HAASTA (mała scena)

Młodzież tworząca grupę Haasta pozostawiła w naszej pamięci sporo instrumentalnych motywów. Tego się bardzo dobrze słuchało, a luz który prezentował się również w ich ubiorach pokazywał, że można bawić się dobrą muzyką bez spiny. Odniosłem wrażenie że więcej ludzi w tym namiocie było jedynie podczas koncertu headlinera. Po koncercie nazwa Haasta przewijała się kilka trzy kiedy znajomi wymieniali swoich faworytów. To rzeczywiście muzyka, która mogła podobać się publiczności gustującej w ambitnych formach.

AVKRVST (duża scena)

To był jeden z zespołów, w których muzykę wgryzłem się zaraz po pojawieniu się ich logo na plakatach festiwalowych. Od razu spodobało mi się ich podejście do progresywnego grania i występ na żywo nie zawiódł pokładanych nadziei. To kapela którą po obejrzeniu na festiwalu chce się zobaczyć koniecznie w okolicznościach klubowych. Na co mam szczerą nadzieję. W podsumowaniach i rozmowach kuluarowych również często wymieniani jako faworyci tego dnia. Na scenie działo się wiele… głównie muzycznie. Na show przyszło nam jeszcze poczekać.

AION (mała scena)

Powrót jednego z najciekawszych polskich zespołów metalowych jakiś czas temu stał się faktem, a na tegorocznym Ostrów Rock Festival byli headlinerem małej sceny. Jak się okazało chętnych do zobaczenia zespołu było tak dużo, że cześć osób stała na dworze. Zespół zaprezentował gotycko metalowe klimaty lat 90-ych i pewnie w niejednym oku zakręciła się łezka… wspomnienia powróciły ze zdwojoną siłą. AION pracuje nad nowym albumem i zaprezentował utwór z niego pochodzący – uwierzcie jest na co czekać!

JOHN PORTER (duża scena)

Gwiazda przez duże G! JOHN PORTER zaprezentował materiał z kultowego „Helicopters” i zrobił to w mistrzowskim stylu! Wsparty znakomitymi instrumentalistami porwał publikę, która rzuciła się do znakomitej zabawy! JOHN jest grubo po siedemdziesiątce, ale wigoru mogą mu pozazdrościć młodsi! Znakomity występ, jeden z najlepszych na tegorocznym festiwalu!

MY DYING BRIDE (duża scena)

MY DYING BRIDE wzbudzili kontrowersje już przed samym występem. Mikko Kotamäki (Swallow the Sun) zastąpił za mikrofonem Aarona Stainthorpe’a i wielu fanów zespołu nie może się z tym pogodzić (na naszym fanpage’u FB rozpętała się iście międzynarodowa dyskusja). Jak więc wypadł występ zespołu? Mikko to znakomity wokalista choć brakuje mu tej teatralności Aarona. Ze swojego zadania wywiązał się dobrze, ale trzeba przyznać, ze zadanie miłą niełatwe. Sam koncert to było znakomicie brzmiące doom metalowe misterium z wieloma klasykami zespołu z „Cry of Mankind” na czele.

Dzień 2

LET SEE THIN (duża scena)

Neoprogresywny rock w pełnej krasie! LET SEE THIN zaprezentowali się bardzo dobrze i należy im tylko pogratulować wytrwałości gdyż w trakcie ich występu (po 14:30) w festiwalowym miejsce miała kulminacja ukropu. Zespół dzielnie to zniósł i w nagrodę otrzymał zasłużone brawa!

KONSTELACJE (mała scena)

Drugiego dnia publiczność wiedziała, że bywają chwile kiedy mała scena nie ustępuje dużej. Nawet jeśli miałby być to twój pierwszy kontakt z artystą, tego po prostu nie wypadalo przegapić. Konstelacje zaskoczyły mnie pomysłem na konwencję sceniczną. Muzycy ubrani w kombinezony niczym kosmonauci, dodali plusik do ogólnego wrażenia. Muzyką też nie brali jeńców. Ich podejście do dociążonego progresywnego a przestrzennego grania spowodowało że chętnie wgryzę się w ich studyjny repertuar. Tego się dobrze słuchało i dobrze oglądało. Chłopaki prezentowali kawał energii i potrafili ją przekazać. Do tego brzmieli jak należy. Więc kolejna jaskółka która zwiastowała dobrze brzmienie na małej scenie.

IHLO (duża scena)

Chłopaków z IHLO przyszło mi poznać jeszcze w hotelu, natomiast kiedy pojawiłem się w namiocie podczas ich występu – nie znałem jeszcze ich muzyki. Tym bardziej zaskoczenie było pozytywne. Zagrali z werwą i bez spiny. To właśnie luźna konferansjerka sprawiła że atmosfera udzielała się linie zgromadzonej publiczności. Kilku znajomych, którzy przyznali się do pobieżnej znajomości ich repertuaru, zauważyłem później w ciągu dnia (oraz dnia następnego), przechadzających się w koszulkach IHLO. Więc nie tylko mnie się spodobało.

DAMIAN SZEWCZYK (mała scena)

To było dla mnie chyba największe zaskoczenie całego festiwalu. Wiedziałem że Damian Szewczyk para się grą na basie, ale nie miałem pojedzie jakie środki wyrazu potrafi wykrzesać z tego instrumentu. Owszem korzystał ze wszelkich dobrodziejstw techniki jak loopery, czy przestery, ale grał na 4-strunowym basie, w towarzystwie perkusisty. Artysta również śpiewał, a jego głos był także zaskoczeniem z kategorii tych pozytywnych. W krótkim secie artysta zagrał kilka swoich starszych numerów, ale uraczył nas mega świeżynką – kawałkiem skończonym tego ranka. Wisienka na torcie był cover „Jest taki samotny dom” gdzie wspieramy przez wokalistkę spowodował opad szczęk i ciarki na plecach.

LEE ABRAHAM (duża scena)

LEE ABRAHAM to kolejny wygrany tegorocznej edycji festiwalu. Z wielu ust słyszałem, ze był to jeden z najciekawszych występów, a niektórzy wręcz przyjechali aby LEE zobaczyć na żywo. Uwielbiam jego styl gry na gitarze. Pomimo swoich słusznych gabarytów ma w sobie jakąś lekkość. Dźwięki wręcz płyną kojąc duszę solówkami w stylu mistrzów pokroju Gilmoura czy Latimera. Dodajmy do togo, że melodie jego utworów to miód na duszę osób lubujących się w takim graniu. Znakomity występ!

IMAGINATURE (mała scena)

Fani symfonicznego metalu dostali swoje kilkadziesiąt minut. IMAGINATURE zaprezentowali materiał, który był pełen rozmachu i aranżacyjnego przepychu. Operowy, kobiecy wokal połączony z męskim heavy metalowym głosem wsparte fantastycznymi partiami gitar i motoryczną sekcją rytmiczną zgromadził dość liczną publikę i tak jak gwiazda małej sceny pierwszego dnia (Aion) tak i IMAGINATURE zapowiedzieli nowy album.

SWALLOW THE SUN (duża scena)

Mikko Kotamäki powrócił na deski festiwalu po raz drugi, tym razem ze swoją macierzystą formacją. SWALLOW THE SUN znam dość słabo (o zgrozo) i ten występ udowodnił mi, że trzeba to nadrobić. Znakomity klimat, miażdżące ciężkie riffy i mnóstwo emocji. To był znakomity, mocny występ, a takiego nagromadzenia growli chyba jeszcze w historii Ostrów Rock Festival jeszcze nie było. Publika przyjęła zespół z ogromnym entuzjazmem, choć muzyka zespołu momentami była wręcz brutalna i nie dla każdego (jak ktoś przyjechał np. dla Johna Portera to mógł mieć z tym kłopot ale, moim zdaniem, ten eklektyzm to ogromna zaleto ostrowieckiej imprezy)!

TIAMAT (duża scena)

TIAMAT na Ostrów Rock Festival zapamiętam na długo. Wiele kontrowersji narosło wokół ich występów scenicznych (chodzi głównie o formę Johana Edlunda), ale klimat i emocje jakie towarzyszyły w tą niedzielną noc przerosły wszystko co widziałem wcześniej. Wystarczy wspomnieć, że lały się autentyczne łzy wzruszenia. Klasyki z „Clouds” czy „Wildhoney” był spełnieniem wielu marzeń. Zgromadzona publiczność chłonęła te dźwięki wyśpiewując z zespołem kolejne teksty i przeżywając każdy dźwięk. Występ gwiazdy minął jakby to była tylko chwila. Sam Johan dał z siebie wszystko. Ubrany w strój przypominający pensjonariusza szpitala odgrywał swoją rolę i choć wokalnie nie było wybitnie to jednak jako całość występ zespołu był bardzo dobry i znakomicie ukoronował tegoroczny festiwal.

Pochwalić należy tegoroczną organizację. Kolejne występy odbywały się zgodnie z harmonogramem, a jakość nagłośnienia, była wyśmienita. Warto zauważyć, że mała scena wyrasta na miejsce, którego nie wypada traktować po macoszemu. Dorobiła się już nawet headlinerów, a w czasie wielu koncertów po prostu wypełniona była po brzegi.
W tym roku dopisała również pogoda. Nie trzeba było chować się przed deszczem, co właściwie było miłą odmianą. Kwestia której nie trzeba poruszać, bo sprawdza się corocznie, to doskonałe zaplecze i to zarówno jeśli mowa o gastronomii, jak i toaletach.

Podsumowując tegoroczna edycję, zapewne wielu wskaże jako najlepszą w historii imprezy. Ja zaliczę ją do czołówki, jeśli chodzi o skład, natomiast towarzysko – było niemal rodzinnie!

Podczas drugiego dnia koncertu ogłoszono już datę i cztery zespoły (!) przyszłorocznej edycji. Możemy mieć pewność, że The69Eyes jako przedstawiciele gotyckiego rocka, ściągną na festiwal osoby, których nie skłoniły do przybycia poprzednie lineupy. Lazuli i Sólstafir z kolei zapewne już przekonały progresywnych wyjadaczy.

Jeśli o mnie chodzi. Hotel już zarezerwowany, żona poinformowana. Widzimy się za rok.

Piotr Spyra,

Piotr Michalski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *