System of a Down przez wiele lat trzymał fanów w niepewności. Niedawno uraczyli nas nowymi singlami, a w zeszłym roku poinformowali, że wracają do koncertowania. Ale kto by pomyślał, że wyprzedadzą Stadion Narodowy dwa dni pod rząd?
Miałem ochotę wybrać się na oba koncerty, ale finał mistrzostw świata w piłce nożnej miał priorytet na tą niedzielę. Zresztą jak się później okazało mój wybór był trafny również ze względów pogodowych.
Chciałbym poświęcić przynajmniej po akapicie zespołom supportującym. Przygotowałem się o tyle, że nie znany mi wcześniej ACID BATH przesłuchałem od ich najbardziej klasycznych albumów z połowy lat 90-tych i byłem pozytywnie zaskoczony. Tym bardziej zawiedziony byłem, że na trybunie zameldowałem się na samą końcówkę ich występu. Taki występ wiele traci w świetle dziennym i z nagłośnieniem… suportu, ale generalnie jestem zaintrygowany na przyszłość.
QUEENS OF THE STONE AGE, to duży gracz na scenie. Kto wie, czy półtorej dekady temu, to oni nie byliby gwiazdą wieczoru. I w ich przypadku sporo klimatu zabrała pora dnia. Jednak psychodeliczne wizualizacje dodawały punkcik do klimatu. Zespół w niemal godzinnym secie zaprezentował bezkompromisową dawkę ciężkiego rocka… ale muszę stwierdzić że wolałbym ich zobaczyć na mniejszej arenie. Trochę kręciłem nosem na skręcenie proporcji wokalu. Właściwie nawet w zapowiedziach głos Josha Homme nie był wyraźnie słyszalny. Faktem jest natomiast, że skondensowana forma ich występu nie pozwoliła na zbędną konferansjerkę.
Nie ukrywam, że tym razem nie wytrzymałem i sprawdziłem setlistę z koncertów poprzedzających występy SYSTEM OF A DOWN w Polsce. Zestaw był imponujący – i gwarantujący niemal dwie godziny zabawy. Nie przypominam sobie, żeby zabrakło któregoś z moich ulubionych utworów. To co działo się na scenie relacjonowane było na telebimach, więc i widzowie na sektorach mieli dobry widok. Co do legendarnej jakości nagłośnienia, po występie Queens of the Stone Age miałem pewne obawy. Ale było naprawdę przyzwoicie – przynajmniej na moim sektorze.
Muszę przyznać, że to był jeden z najbardziej żywiołowych koncertów, jakie widziałem. Ekipa tryskała energią – i było to uczucie, które udzielało się publiczności. Nawet sektory stały i tańczyły. W pewnym momencie odczuwalne było nawet pracowanie konstrukcji trybun. Nasunął mi się wniosek, że SOAD to ekipa, która swoją twórczością łączy pokolenia. I to właśnie ci młodsi adepci ciężkiego grania, sprawili, że obiekt tętnił życiem. W pewnej chwili naliczyłem chyba dziesięć tworzących się moshpitów. Przy okazji mam nową teorię na powstawanie kręgów w zbożu…
Trochę mnie zaskoczyło, że rolę wodzireja tej imprezy przejął raczej gitarzysta Daron Malakian, który zresztą miał tego dnia urodziny. Nie obyło się zatem bez odśpiewania dla niego „happy birthday” i „sto lat”. Gitarzysta z nieco inną niż na początku twórczości aparycją (wyglądał bardziej jak bluesman), okazał się również wyluzowanym muzykiem, grał swoje partie solowe z taką swobodą, której nie wyczuwałem na płytach studyjnych. To naprawdę dodawało występowi dodatkowego smaczku. Serj Tankjan, parokrotnie zagaił publiczność o samopoczucie, ale to dowcip Darona dodawał temu koncertowi przyjacielskiej atmosfery. Widać było że muzycy są tak szczęśliwi jak i sama publika – to było widoczne i to się czuło. Może tylko John Dolmayan wydawał się bardziej skupiony za swoim zestawem perkusyjnym. Ale za to jego gra była tak samo mocna jak precyzyjna. Oczywiście ekipa pozostała zaangażowana politycznie.
Ten koncert miał w sobie wszystko. Niezłą pracę świateł, interakcję, animacje na ciekawie zaprojektowanych telebimach centralnych. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś opuścił tego wieczora Stadion Narodowy będąc niespełnionym.
Piotr Spyra




















































