2026.05.31 – MR. PUNCH – Piekary Śl. – OK „Andaluzja”

Zarówno Marillion, jak i Fish od lat cieszą się w naszym kraju wyjątkowym statusem wśród fanów rocka. Okazuje się, że nawet tribute band specjalizujący się w przypominaniu utworów z wczesnych lat działalności zespołu jest w stanie szczelnie wypełnić salę koncertową. Takich tłumów w piekarskiej „Andaluzji” dawno nie widziałem.

Włosi umieją w zespoły oddające hołd rockowym legendom. The Watch świetnie oddający ducha Genesis z Gabrielem i Hackettem w składzie, Pink Floyd History, kilka składów celebrujących muzykę The Doors…

Mr Punch to też wysoka półka w kategorii „tribute bands”. Co istotne: nie próbują na siłę kopiować oryginału. Żadnych peruk, upodabniania do muzyków Marillion… Zresztą w składzie Mr Punch grają aż dwie panie: gitarzystka Marcella Arganese (Steve Rothery mógłby przybić jej „piątkę”) oraz zjawiskowa Licia Missori na instrumentach klawiszowych. Męska część grupy to sekcja rytmiczna Luca Cristofaro – Marco Fabbri oraz ten, na którego barkach (a raczej strunach głosowych) spoczywa największa odpowiedzialność – wokalista Marco Vincini.

Jak się czuł w butach Fisha? Bardzo wygodnie – ma charyzmę, śpiewa pewnie i nie starał się przesadnie nadużywać maniery Szkota. Mówiąc krótko: dowiózł…

Niedzielny koncert rozpoczął się jak dwupłytowy album live „The Thieving Magpie”: od introdukcji „La Gazza Ladra” Rossiniego (w Piekarach zagranej solo na klawiszach), która płynnie przeszła w „Slainte Mhath” z „Clutching At Straws”. Ostatni studyjny album Marillion z Fishem na wokalu miał tego wieczoru liczną reprezentację. Sekwencja „Hotel Hobbies” – „Warm Wet Circles” – „That Time of The Night”, piękne wykonania „White Russian” oraz „Sugar Mice” i potem jeszcze na pierwszy bis „Incommunicado”, który sprawił że publiczność wreszcie odkleiła się od swych siedzeń i ruszyła pod scenę. Ale jak można było usiedzieć parę minut wcześniej przy finale „Fugazi”, który kończył podstawowy set?

Duży plus za dobór repertuaru. Z jednej strony obowiązkowe „usługi dla ludności”, czyli „Kayleigh”, połączony z „Lavender” (publika w pozycji z góry upatrzonej…), ale z drugiej utwory nieoczywiste – jak rozbudowany „The Web” i singlowy „Cinderella Search”. No i miło było usłyszeć „Incubus” (część z klawiszami i wokalem – ciary) oraz przejmujący „Forgotten Sons” (finał Vincini śpiewał przebrany za żołnierza).

Nieoczywisty był również jeden z bisów, bo Włosi sięgnęli po „Easter” z epoki Hogartha. A na finał zapodali ognistą wersję „Market Square Heroes”, czym doprowadzili widownię do temperatury bliskiej wrzenia.

Taka dygresja na zakończenie: w kwietniu w tej samej sali gościła inna włoska formacja – Le Orme. Ikona tamtejszej sceny rockowej. Na widowni sporo krzesełek było wolnych. Podobnie dzieje się niestety na koncertach wielu kapel grających autorską muzykę. Rockowa publiczność coraz bardziej przypomina inżyniera Mamonia z „Rejsu”. Też lubię melodie, które znam, ale warto również wspierać wykonawców, którym wciąż chce się tworzyć, a nie tylko odtwarzać.

Ale cieszę się, że miałem okazję zobaczyć i posłuchać Mr Punch na żywo. Piękny, sentymentalny wieczór…

Robert Dłucik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *