Spotkania ze znanymi artystami w chorzowskiej Grubie Bluesa na terenie Kompleksu Sztygarka mają już długoletnią tradycję. To specyficzny obiekt o unikalnym klimacie. Bywałem tam parokrotnie i mile wspominam. Tym razem wydarzenie zorganizowano jednak w wersji zamiejscowej. Spowodowały to przeróżne względy pozamuzyczne. Nie wnikam w powody, aczkolwiek nie narzekam. Na lokalizację „spotkania wyjazdowego” wybrano bowiem znacznie korzystniejszą z mojego punktu widzenia miejscówkę. Okazał się nią siemianowicki Park Tradycji, a dokładniej wchodząca w jego skład Mała Scena. Tam też w pochmurny poniedziałek – zaledwie dwa dni po fenomenalnym koncercie zespołu SBB w Siemianowickim Centrum Kultury – zaplanowano wizytę Jerzego Piotrowskiego, perkusisty legendarnej grupy.
Program imprezy przewidywał rozmowę z panem Jerzym poprowadzoną przez redaktora Jacka Kurka, po jej zakończeniu natomiast miał się odbyć mini koncert naszego bohatera z gościnnym udziałem dwójki równie wybitnych instrumentalistów – gitarzysty Grzegorza Kapołki i basisty Mirosława Rzepy. O tym, że Jerzy Piotrowski jest przemiłym gawędziarzem, miałem okazję przekonać się już w kwietniu ubiegłego roku. Spotkanie o zbliżonym charakterze odbyło się wówczas w gościnnych progach Kato Blues Faces. Podobnie jak teraźniejsze – zwieńczone zostało występem spontanicznego trio w identycznym zresztą składzie. Tym razem do rozmowy zaproszona została jednakże cała trójka występujących. Dzięki temu dowiedziałem się, że zarówno Grzegorz Kapołka jak i Mirek Rzepa to również przesympatyczni interlokutorzy. Chętnie dzielili się wspomnieniami i wzajemnie komplementowali współtowarzyszy.
A mieli co wspominać. Jerzy Piotrowski oprócz wieloletniej gry w SBB ma wszak na koncie współpracę z przeróżnymi inicjatywami, że wspomnę chociażby o grupach Dżem, Kombi, Young Power czy wielu projektach Ireneusza Dudka. Dwa ostatnie podmioty stanowią łącznik z artystyczną biografią Grzegorza Kapołki. Wirtuoz gitary również zaistniał w składzie Young Power i orkiestrze Irka Dudka, równolegle prowadząc od lat udaną karierę autorską. Mirosław Rzepa to z kolei jeden z filarów śląskiego brzmienia. Grał z grupą Krzak, Janem Kyksem Skrzekiem i wieloma przedsięwzięciami pod kierunkiem Leszka Windera. Od wielu lat jest basistą Śląskiej Grupy Bluesowej. Reasumując – iście mistrzowska konstelacja trafiła się nam tego wieczoru.
Jakkolwiek ogromnie miłe było przysłuchiwanie się wspólnej rozmowie artystów, najbardziej wyczekiwałem oczywiście części właściwiej spotkania – czyli wspólnego występu całej trójki. W zamierzeniu miał to być incydentalny koncert składu pod nazwą Jerzy Piotrowski Trio. Życie przynosi nam jednak czasem bardzo miłe niespodzianki. Wspomniane Trio rychło przerodziło się więc w Quartet. Po zaledwie dwóch improwizowanych motywach na scenę wkroczył bowiem czwarty, nieplanowany wcześniej wykonawca. Okazał się nim Jerzy Styczyński we własnej osobie! Wyśmienity gitarzysta znany głównie jako fundament formacji Dżem przybył wprawdzie do Siemianowic incognito, mimo to postanowił spontanicznie dołączyć do trójki muzykujących przyjaciół, z którymi niejeden raz dzielił przecież scenę w przeszłości. Samodzielnie wtaszczył na scenę swego Marshalla w jednej ręce i lśniącego czerwonego Gibsona w drugiej. Sam też podłączył wszystkie przewody i po chwili błogie dźwięki jego gitary splotły się z riffami Grzegorza Kapołki.
Tego typu eventy charakteryzują się luźną formą muzyczną. Zamiast przygotowanych wcześniej zaaranżowanych kompozycji słuchacze otrzymują przywilej wysłuchania jednorazowego, unikalnego jam session. Tworzone na bieżąco improwizacje to dla artysty najlepszy sprawdzian umiejętności warsztatowych. W przypadku tak wyjątkowych wykonawców nie miałem żadnych obaw o jakość przebiegu występu. Muzycy cały czas przerzucali się nowymi pomysłami. Wartością dodaną były zaś regularne dialogi solówek gitarowych, chociaż kilkuminutowego popisu perkusyjnego też oczywiście nie zabrakło. Wszak to maestro Jerzy Piotrowski był głównym magnesem tego wydarzenia i zarazem powodem, dla którego na jednej scenie spotkali się ci wszyscy niezwykli instrumentaliści.
Bez wątpienia dobrze się panom wspólnie muzykowało. Niemal godzina spontanicznej podróży do krainy niezapisanych nut minęła nie wiadomo kiedy. I nawet nie trzeba było artystów przesadnie długo namawiać na bis. W prezencie otrzymaliśmy jeszcze jedną, blisko dziesięciominutową improwizację opartą na klasycznym dwunastotaktowym bluesie. Był to niejako symboliczny powrót do korzeni. Wszak od bluesa wszystko się zaczęło – zarówno dla całej czwórki występujących, jak też dla historii muzyki w ogólnym ujęciu. Jakże piękna to klamra. Tego dnia na Małej Scenie wydarzyły się Wielkie Rzeczy.
Michał Kass






















































