Nieźle mi się poszczęściło. Już trzeci rok z rzędu mam przywilej relacjonować na łamach Rock Area wiosenny koncert grupy SBB. I po raz kolejny jest to występ w Siemianowicach Śląskich – rodzinnym mieście założyciela zespołu a także macierzystym grodzie niżej podpisanego. Zawsze podkreślam to z dumą w rozmowach towarzyskich. Wszak zaszczytem jest pochodzić z miejscowości, w której urodził się maestro Józef Skrzek i w której w 1971 roku rozpoczęło działalność trio SBB. Tak – trudno w to uwierzyć, ale od tamtej jakże ważnej dla polskiego rocka chwili upłynęło już 55 lat. Zmieniły się realia rynku muzycznego, zmieniły okoliczności polityczne i styl życia rodaków. Jedno pozostało niezmienne – wysoka jakość artystyczna prezentowanej przez SBB muzyki. Prawdziwa sztuka nie traci daty ważności.
Kolejny raz Siemianowickie Centrum Kultury uwzględnione zostało w rozpisce wiosennego tournee grupy. Już powoli staje się to tradycją. Kwietniowo-majowe mini trasy koncertowe SBB są w ostatnich latach głównym przejawem aktywności zespołu. Funkcjonowanie formacji uzależnione jest oczywiście od dyspozycyjności Jerzego Piotrowskiego. Legendarny perkusista zamieszkuje na co dzień w USA. Ściągnięcie go każdorazowo na koncerty do ojczyzny to oczywiście poważna operacja logistyczna. Szczęśliwie dotychczas zawsze kończyła się sukcesem. Udała się również tym razem. Sympatycy SBB mają ogromny powód do radości. Przy całym szacunku dla pozostałych perkusistów współpracujących z zespołem na przestrzeni lat – niezastępowalność Jerzego Piotrowskiego nie podlega dyskusji.
Dwa lata temu opisując odbywający się w siemianowickim SCK-u koncert SBB pozwoliłem sobie na spostrzeżenie, które wciąż pozostaje aktualne. Zauważyłem wówczas, iż niewiele jest na świecie zespołów, które po pięćdziesięciu latach od chwili powstania mogą wciąż wyjść na scenę w oryginalnym składzie. W naszym kraju jest tylko jeden tak wyjątkowy zespół. Szukający, Burzący i Budujący. Józef Skrzek, Apostolis Anthimos i Jerzy Piotrowski nadal nie mają sobie równych. Informację, iż w przededniu wydarzenia sprzedały się wszystkie bilety potraktowałem bez zdziwienia. Nie mogło być inaczej.
Wyjątkowość śląskiego tria oprócz podkreślanych wielokrotnie walorów artystycznych przejawia się zwykle nieprzewidywalnością repertuarową. Nawet jeśli grupa sporządzi przed koncertem tzw. „setlistę” z proponowanymi do zagrania utworami, to rzadko kiedy trzyma się sztywno tej rozpiski. Wynika to z wielu czynników – samopoczucia muzyków, atmosfery na sali i przede wszystkim wrodzonej skłonności do zachowań spontanicznych. Nieprzypadkowo bogaty dorobek fonograficzny SBB naszpikowany jest płytami „live” z zapisem niesamowitych improwizacji. Każdy koncert jest inny. Również gdyby zawęzić analizę tego zjawiska wyłącznie do trzech występów grupy w SCK w ciągu ostatnich trzech lat – każdy z nich znacząco odbiegał od poprzedniego.
Tym razem artyści zdecydowali się rozpocząć swój występ od razu „z grubej rury”, czyli od kultowej kompozycji „Odlot”. Po nim zabrzmiało „Freedom With Us” a jako trzecie „Walking Around The Stormy Bay”. Zatem sama żelazna klasyka z lat 70-tych, jakkolwiek potraktowana mocno współcześnie. „Going Away” spuentowane zostało długim, podniosłym finałem klawiszowym. Nieco oklepany już patent, czyli dialog dwóch perkusistów (za mniejszym zestawem zasiadł Apostolis) przerodził się w żywiołową improwizację, poprowadzoną przez lidera ciekawym motywem wiodącym syntezatora. Sięgnięto też po „Pieśń stojącego w bramie”, jedyną wizytówkę twórczości SBB z obecnego wieku (reprezentującą nieco zapomniany już album „Nastroje” z 2002 roku). Zaskoczeniem było na nowo odczytane „Toczy się koło historii”. Tym razem z oryginalnej wersji pozostał tylko tekst, za podkład zaś posłużyło uduchowione, nostalgiczne granie o strukturze balladowej. Gorąco przyjęto „Z których krwi krew moja” oraz poprzedzone organową introdukcją „Memento z banalnym tryptykiem”, stanowiące zarazem koniec setu podstawowego. Grupa bisowała dwukrotnie. Najpierw usłyszeliśmy kosmiczną improwizację, której zaskakującym elementem był wpleciony przez Anthimosa gitarowy riff nawiązujący do reggae. Potem Józef Skrzek pojawił się z harmonijką ustną i zaintonował motyw otwierający prastare „Figo Fago”, aczkolwiek zespół nie podjął tematu. Zamiast tego trio zaprezentowało klasycznego bluesowego dwunastotaktowca okraszonego tekstem „Born To Die”.
Mimo, iż sobotni wieczór w Siemianowicach Śląskich stanowił finał tegorocznej trasy wiosennej, artyści ani przez moment na dali poznać po sobie oznak zmęczenia. A przecież dla członków zespołu był to bardzo aktywny dzień. Najpierw w samo południe odsłonili w Galerii Sław Śląskiego Bluesa w Katowicach tablicę pamiątkową poświęconą SBB. Potem zagrali ów niezwykle energetyczny koncert. Mimo to znaleźli jeszcze siły na tradycyjne spotkanie z fanami. Wszak od lat chętnie wychodzą po występie do słuchaczy. Cierpliwie podpisują płyty, pozują do zdjęć, odpowiadają na pytania. Szacunek do odbiorcy jest miarą wielkości artysty. Trio SBB zawsze było blisko swoich fanów. I czuło ich ogromne wsparcie. Wciąż tak jest. Na te dwie godziny czas jakby stanął w miejscu. Cudownie jest spędzić wieczór przy dźwiękach, które intrygują i poruszają. Każde takie wydarzenie to prezent od losu. Mam nadzieję, że za rok o tej porze znów będzie mi dane o tym napisać.
Michał Kass






















































Dla takich chwil warto żyć, na nie czekać, wierzyć że będą wieczne, przynajmniej w naszej pamięci. Dla mnie osobiście to najpiękniejszy wieczór w moim życiu od bardzo już dawna. Oby mogło ich być jeszcze więcej.