Był to wieczór pełen niespodzianek. Przyznać bowiem muszę, iż przekraczając gościnne progi Parku Tradycji absolutnie nie miałem świadomości rangi czekającego mnie wydarzenia. Owszem, obsada z afisza zapowiadającego koncert zachęcała znajomymi nazwiskami. Niemniej jednak mając w pamięci dotychczasowe spotkania z twórczością Patryka Filipowicza spodziewałem się dźwięków osadzonych w nieco innym klimacie. Jak się rychło okazało – nasz gitarowy wirtuoz doskonale odnajduje się w różnych stylach i gatunkach.
Zaskoczenie było więc niemałe. W ubiegłych latach zdarzyło mi się już uczestniczyć w recitalach Patryka – zarówno jako artysty w pełni solowego (uduchowione „Lamenty duszy i gitary”) jak też w duecie z Pawłem Synowcem (mistyczny album „Spotkanie”). Wspólnym mianownikiem obu tych projektów była muzyka o charakterze kontemplacyjnym, mocno wyciszona, relaksacyjna. Taki wymarzony wręcz podkład do intymnej medytacji. Tymczasem repertuar stanowiący podstawę opisywanego tu koncertu nieco odbiegał od powyższej receptury. Było inaczej – ale równie znakomicie!
Ów rozdźwięk między oczekiwaniami a rzeczywistością wynikał z prostego faktu – podobnie jak większość zgromadzonych w Parku Tradycji słuchaczy nie miałem szansy zapoznać się z zawartością nowego albumu Filipowicza przed datą występu. Siemianowicki koncert zbiegł się wszak z oficjalną premierą płyty „Patryk Filipowicz Trio And Guests”. Stąd też płynące ze sceny nuty chłonąłem „na świeżo”, bez przygotowania i niepotrzebnych uprzedzeń. Czasem tak jest lepiej. Wystarczy otworzyć umysł i wyruszyć na wycieczkę po niezbadanych terytoriach artystycznych. Spokojnie czekać na to, co ma się za chwilę wydarzyć. A potem dać się ponieść tej przygodzie bez reszty.
Już od pierwszych taktów zaintonowanego na wstępie motywu „Wolny poniedziałek” czułem, że zapowiada się coś intrygującego. Przy dyskretnym oświetleniu odezwała się sekcja rytmiczna – basista Krystian Michalski i perkusista Ryszard Sierotnik. Po chwili dołączył lider tria ze swą gitarą akustyczną. Zadziwiła mnie dynamika kompozycji, oscylująca na pograniczu jazzu i rocka. Mocny rytm bębnów podkreślony intensywnymi przejściami perkusyjnymi plus gęsta praca basu skierowały tę muzykę w nieoczywiste rejony aranżacyjne. Zupełnie inne, niż mogłem przypuszczać. Działo się wiele. Jazz sąsiadował z bluesem i wysublimowanym rockiem a nawet motywami godnymi rozmachu ilustracyjnej muzyki filmowej. Nawet brzmienie gitary Patryka przepuszczone przez modulujące barwę efekty elektroniczne sprawiły, iż chwilami bliżej było mu do mistrzów gitary elektrycznej w rodzaju Marka Knopflera i Erica Claptona niż klasycznych instrumentalistów akustycznych. Eksplorując swój warsztat „fingerstyle” przywoływał też czasem ducha wczesnych poczynań Petera Greena. Jak to jednak ze skojarzeniami bywa – każdy odbiorca może interpretować dzieło autora w sobie tylko znany sposób.
Z racji premiery płyty artyści zdecydowali się przedstawić na żywo cały materiał wypełniający najnowszy krążek tria – jakkolwiek niekoniecznie w kolejności odpowiadającej wersji albumowej. Szczęśliwie udało się też zaprosić do udziału w imprezie większość grających na płycie gości specjalnych. Stąd już w trzeciej kompozycji do trójki występujących dołączył na scenie Marek McCaron Motyka. I tutaj miała miejsce kolejna tego dnia niespodzianka. A nawet dwie. Nie dość, że pan artysta wkroczył na estradę bez swojego słynnego cylindra, to w dodatku w ogóle nie zbliżył się do mikrofonu. Jego aktywność w numerze „Sumienie” ograniczyła się wyłącznie do gry na gitarze. W przypadku tak charakterystycznego wokalisty może to nieco szokować. Brak śpiewu McCaron zrekompensował nam jednak bardzo udaną solówką przy zastosowaniu techniki „slide”. Oj, pachniało tu bluesem z dawnej epoki.
Do listy niespodzianek dopisać można też zagraną nieco później kompozycję „Bez wysiłku” opartą na rytmie funky oraz mocno jazzowe „Zachwyty i cierpienia”. Podczas prezentacji motywu „Dom Marty” szef zespołu sięgnął po unikalną gitarę harfową, z którą dotychczas kojarzyłem go najbardziej. Trio wsparł zaś na scenie perkusista Paweł Synowiec. Był też jeden gość „wirtualny” – partię trąbki Dawida Wydry otwierającą „Melodię utraty” odtworzono z gotowego podkładu. W finałowych „Kropeczkach” zaistniał z kolei saksofonista Andrzej Krupa, posiłkujący się aż trzema instrumentami dętymi. I jedyne, co mnie podczas tego wydarzenia nie zdziwiło, to w pełni zasłużone brawa na koniec. Oczywistością było także wywołanie artystów na bis. Na pożegnanie usłyszeliśmy ognistą improwizację opartą na schemacie bluesowym.
Doskonały odbiór nowych kompozycji Filipowicza uprzyjemniał fakt profesjonalnie dopieszczonego nagłośnienia, co jako regularny bywalec sali koncertowej w Parku Tradycji zawsze chętnie podkreślam. Jako puentę chciałbym natomiast przytoczyć słowa prowadzącego imprezę gospodarza obiektu, redaktora Marka Omelana: „Muzyka instrumentalna bywa trudniejsza w odbiorze, ale za to broni się sama”. Nic dodać, nic ująć.
Michał Kass






















































