Eric Clapton to artysta, którego warto zobaczyć na żywo. Gitarzysta, którego uwielbiają fani rocka i bluesa. Osobowość, a przy tym marka. Dość długo przyszło nam czekać na kolejny jego koncert nad Wisłą, a wiadomo latka lecą. Zastanawiałem się jaka będzie frekwencja na występie artysty. Organizator – firma Live Nation podczas promocji wydarzenia, nie podgrzewała atmosfery dramaturgią statystyk sprzedaży. Dlatego wypełniona po sufit Tauron Arena była dla mnie nieco zaskakującym widokiem.
Kiedy po pewnych kłopotach z dotarciem na obiekt zameldowaliśmy się na płycie kilka minut przed koncertem Claptona, nieco rozczarował nas brak bocznych telebimów. Nad sceną za to wisiały trzy gigantyczne pionowe ekrany. Spodziewaliśmy się, że wzorem innych koncertów, będą na nich prezentowane animacje dotyczące konkretnych utworów. I tak po części było, jednakże tworząc tryptyk, na taflach pojawiał się również obraz grających muzyków, z wielu ujęć, w ozdobnych ramach… i generalnie rozwiązanie to okazało się nie tylko wystarczające, ale również dopełniające klimatu.
Jak w zegarku, wg rozpiski, przy wrzawie publiczności na scenę wszedł Eric Clapton ubrany w kremowy garnitur, zarzucił na ramię pas stratocastera, i rozpoczął się magiczny występ, który wyciskał emocje na tysiącach zgromadzonych. W kwestii porządkowej warto wspomnieć, że set podzielony był na trzy części. Elektryczna – akustyczna – elektryczna. Podczas wszystkich usłyszeliśmy zarówno standardy bluesowe, klasyki Cream, jak i solowe kawałki mistrza. Poza tym że nagłośnienie było doskonałe, a aranżacje bardzo konkretne, bardzo fajnie oglądało się ten występ. Urocze chórzystki, robiły klimatyczne tła i dodawały gospelowego, czy soulowego vibu, świetnie brzmiał bas, dwa zestawy klawiszy również miały sporo roboty. I o ile „slowhand” grał raczej na niemal nieprzesterowanych brzmieniach, tak Doyle Bramhall II często raczył nas slidem i brzmiał bardziej elektrycznie. Uwierzcie, że dopiero tego wieczoru zauważyłem, że leworęczny gitarzysta gra na odwróconym układzie strun (czyli właściwie na gitarze dla praworęcznych). Było to dla mnie nieco egzotycznym widokiem, ale co do jego techniki – nie mam uwag. Zresztą jeśli już o muzykach mowa, nie zachowam chronologicznego przebiegu opowieści wspominając, że tuż przed bisami na „Little Queen of Spades” i „Cocaine” muzycy mieli szansę uraczyć nas solówkami. Oczywistym jest że największe hity, jak wspomniany „Cocaine” czy też „I Shot the Sheriff” wywoływały gorące reakcje. Dla mnie perełkami tego wspaniałego występu były: akustyczna „Layla” i odegrany elektrycznie kilka chwil później „Old love”. I właściwie jedyną krytyczną uwagę miałem wobec aranżacji „Tears in Heaven”. Może dlatego ze jest jednym z moich ulubionych kawałków Claptona, a może dlatego ze zawsze wydawał mi się bardzo uduchowiony, „nie leżało” mi jego przedstawienie w nieco reggae-hawajskim stylu. Jeśli już jesteśmy przy akustycznym fragmencie występu. Eric Clapton pojawił się na scenie sam. Usiadł na krześle, zagrał i zaśpiewał sam pierwszy numer – „Kind Hearted Woman Blues” – wyszło wspaniale i byłem przekonany, że w takiej konwencji będzie utrzymany ten fragment występu, tym czasem już na drugim utworze dołączyli do niego Nathan East tym razem na kapitalnie brzmiącym kontrabasie, oraz stopniowo pozostali muzycy. Klawisze momentami były nie do końca akustyczne, ale przymknę na to oko ; ) . Założę się, że każdy z widzów chciałby więcej. W secie na pewno nie pojawił się mój czy wasz ulubiony klasyk. Ja na przykład w akustycznym secie widziałbym chętnie „Wonderful Tonight” a w elektrycznym „Riding with the King”. Ale przy tak bogatym dorobku artysty, i czasie ograniczonym do niespełna dwóch godzin, nie dało się tego zrobić lepiej.
Ten koncert oglądało, słuchało się i przeżywało naprawdę dobrze. Byłem niemal uduchowiony… Tymczasem nie uświadczyliśmy żadnej interakcji z publicznością. Żadnych zachęt do rytmicznego wybijania braw, żadnych fragmentów ze wspólnym śpiewaniem… tu publiczność organizowała się sama… Było inaczej niż zwykle. Ale był to wspaniały koncert. Eric Clapton mimo przekroczonej osiemdziesiątki kontroluje kapitalnie swój głos, a jego gra na gitarze… swoboda, luz klimat. Po prostu wow! Do tego zespół muzyków, który towarzyszy artyście. Klękajcie narody!
Piotr Spyra















































