Jak mawia staropolskie porzekadło – łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Nic nie jest wieczne. Masowa popularność i przychylność mediów to czynniki zmienne, nietrwałe i zależne od kaprysów losu. Jednego dnia jesteś gwiazdą z pierwszych stron gazet, innego walczysz o przetrwanie. W szeroko pojętej popkulturze doświadczyła tego już niejedna rockowa persona. Za dobry przykład niech posłuży bohater niniejszego tekstu.
John Corabi znany jest głównie z tego, iż przed laty miał szczęście załapać się na rolę frontmana grupy Motley Crue. Jego głos rozlega się na opublikowanej w 1994 roku płycie zatytułowanej po prostu „Motley Crue”. Nie był to zresztą szczególnie łaskawy okres dla amerykańskiej ikony glam rocka. W dobie dominacji brzmień grunge większość gwiazd poprzedniej dekady usilnie starała się walczyć o swoją tożsamość. Często z marnym skutkiem. Płyta Motley Crue z Corabim na wokalu artystycznie broni się wprawdzie po latach. Nie da się jednak ukryć, iż zwolennicy formacji przedkładają nad nią wcześniejsze dzieła swoich ulubieńców – te z udziałem Vince’a Neil’a przy mikrofonie. Stąd też po kilku latach eksperymentowania management grupy doprowadził do reaktywacji oryginalnego składu. A biedny John musiał po prostu poszukać sobie innej posady. Realia show businessu są brutalne.
Przygoda z Motley Crue to jednak zaledwie epizod w całkiem obfitej biografii Johna Corabiego. Jeszcze przed dołączeniem do amerykańskiej legendy miał już na koncie udział w zespole The Scream, z którym zdążył zarejestrować całkiem udaną płytę „Let It Scream” (1991 rok). W późniejszych latach zaistniał też jako członek Eric Singer Project i założonej przez Bruce’a Kulick’a grupy Union. Wydał również kilka albumów pod własnym nazwiskiem. W ostatnich latach o Corabim jest znów nieco głośniej za sprawą super-grupy The Dead Daisies skupiającej hard-rockowych muzyków mających za sobą równie burzliwe życiorysy. Aktualnie przemierza zaś Europę w ramach promocji kolejnego krążka solowego. Nosi on tytuł „New Day” i ukazał się zaledwie kilka dni przed rozpoczęciem niniejszego tournee.
Koncert w krakowskim „Zaścianku” był jedynym polskim przystankiem w ramach bieżącej trasy europejskiej. Jak się okazało – imponująca biografia Johna Corabiego to jednak trochę za mało, aby zapełnić ów klub. Być może o niskiej frekwencji przesądziła data wydarzenia (środek tygodnia) a może jednak fanów Motley Crue i The Dead Daisies wcale nie jest wśród nas aż tak wielu? W każdym razie podczas występów obu grup supportujących sala wciąż świeciła pustkami. Nieco bardziej zagęściło się dopiero w trakcie show gwiazdy wieczoru, ale wciąż był to stan daleki od oczekiwań organizatora imprezy. A szkoda, gdyż zdecydowanie warto było się pofatygować i kto zadał sobie ów trud – na pewno nie pożałował decyzji.
Jak wspomniałem powyżej, niewdzięczną rolę rozgrzewaczy przed daniem głównym pełniły tego dnia aż dwie formacje. Jako pierwszy na scenie zainstalował się rodzimy Sick Saints. Kwartet z Krakowa przeznaczył swój krótki set na prezentację materiału z obu wydanych dotychczas płyt – „Out Of The Night” i „Redyk”. Wizualnie uwagę przykuwał zaś szefujący temu przedsięwzięciu barwnie przyodziany gitarzysta Mighty Mike. Drugim suportem okazał się być szwajcarski The Great Alone. Również mają w dorobku dwa albumu długogrające – „Perception” i „Face Me Now„. Tu z kolei zainteresowanie (zwłaszcza męskiej części publiczności) przyciągała żywiołowa wokalistka Murielle. Pod względem prezentowanej twórczości zdecydowanie bardziej do klimatu imprezy pasowały chyba dźwięki generowane przez Sick Saints. Niemniej piszącemu te słowa intensywna dawka szwajcarskiego gothic-rocka z domieszką nu-metalu sprawiła sporo frajdy. Liczy się różnorodność. A tej w Zaścianku nie brakowało.
Punktualnie o 21:00 na scenę wkroczył główny magnes całego zamieszania wraz z towarzyszącą mu ekipą. Program koncertu ułożono tak, aby pogodzić ze sobą promocję najnowszej płyty i retrospekcję ważniejszych etapów kariery Corabiego. Na powitanie zabrzmiał zatem tytułowy „New Day” ale tuż po nim zagrano „I’m Gonna Ride” z repertuaru The Dead Daisies. Kompozycje tej grupy miały jeszcze powrócić w późniejszej części występu. Tymczasem wokalista przystąpił do prezentacji wspierającego go składu a za podkład posłużyła tu rozbudowana wersja „One More Shot”. Było kogo przedstawiać, jako że akompaniująca Johnowi gromadka bez kozery zasługuje na miano „super-grupy”. Za perkusją zasiadł Troy Luccketta (Tesla), gitarę prowadzącą obsługuje Jeremy Asbrock (Ace Frehley Band), na basie bryluje Michael Devin (Whitesnake) a przy klawiaturze (i okazjonalnie drugiej gitarze) miejsce zajął Paul Taylor (Winger). Doprawdy zacne grono!
Po tak udanym wstępie John Corabi przypomniał słuchaczom o czasach bytności w formacji Union. Zabrzmiały kolejno „Love (I Don’t Need It Anymore)” i „Do Your Own Thing” z repertuaru tejże. Chwilę wytchnienia dla reszty grupy zapewniły dwie piosenki zaśpiewane przez Johna samodzielnie przy użyciu gitary akustycznej. Najpierw premierowy „Good To Be Back Here Again” a po nim „Daydream Believer” z dorobku The Monkees. Wokalista zachęcał przy okazji do śpiewania z nim refrenu tego numeru, ale publika nie podchwyciła tematu. Cóż, The Monkees nigdy nie należeli do ulubieńców nadwiślańskich fanów rocka. Wybór coveru nie okazał się w tym przypadku trafny.
O wiele lepiej poszło podczas „Love That’ll Never Be” czyli powrotu do materiału The Dead Daisies. Płynny przeskok do nowości stanowił osadzony w stylistyce wczesnego Roda Stewarta „When I Was Young” oraz skoczny „1969”. W programie wieczoru nie mogło oczywiście zabraknąć nawiązania do najsłynniejszego zespołu, z którym kojarzony jest Corabi. Przy czym nieco swobodniejsza wersja „Hooligan’s Holiday” stanowiła jedyny akcent Motley Crue w całej setliście. I bardzo szanuję takie podejście do sprawy. Wszak wielu byłych wokalistów znanych grup opiera swoje koncerty wyłącznie na numerach z ich dorobku. John Corabi na szczęście nie wpisuje się w ten schemat.
Wielki finał występu składał się z „Midnight Moses” czyli piosenki śpiewanej przez Corabiego w The Dead Daisies (jakkolwiek autorstwa The Sensational Alex Harvey Band). Wokalista dowcipnie ogarnął kwestię zwyczajowego schodzenia do garderoby w oczekiwaniu na bis. Po prostu zapowiedział, że bis będzie od razu. I tak się właśnie stało a idealnym dopełnieniem wtorkowego wieczoru w Krakowie okazał się „Man In The Moon” z dorobku The Scream. John przy okazji nieopatrznie przyznał się do obchodzonych niespełna dwa dni wcześniej urodzin (aż trudno uwierzyć, że już sześćdziesiątych siódmych). Reakcja fanów była natychmiastowa. W stronę sceny popłynęło gromkie „Sto lat”.
W trakcie koncertu John Corabi parokrotnie podkreślał radość z ponownego przybycia do Polski. Owszem, ma on za sobą już kilka wizyt w naszym kraju, w tym mini-trasę akustyczną zagraną w 2019 roku oraz wspólne występy u boku Bruce’a Kulicka wiele lat wcześniej. Mam nadzieję, że zauważalny w Zaścianku kryzys frekwencyjny nie wpłynie na jego dobre wspomnienia związane z Polską. Ufajmy, że jeszcze kiedyś tu przyjedzie.
Michał Kass






















































