2026.04.24  – GUITAR TOP – Siemianowice Śląskie, SCK

Odbywający się już po raz czwarty Festiwal Improwizacji im Krystiana Hadasza zorganizowano w tym roku z rozmachem przewyższającym poprzednie edycje. Oprócz trzydniowego cyklu spotkań z muzyką, poezją i malarstwem w Muzeum Miejskim w Siemianowicach Śląskich wydarzenie rozrosło się o kilka imprez towarzyszących. Podsumowaniem i zarazem wielkim finałem festiwalu był przygotowany w Siemianowickim Centrum Kultury specjalny koncert ochrzczony mianem „Guitar Top”. Nazwa jak najbardziej na miejscu, gdyż do udziału w wydarzeniu zaproszono trzech wybitnych gitarzystów – reprezentantów absolutnego „topu” w zakresie wirtuozerii gry na swych sześciostrunowych instrumentach. W dodatku każdy z nich oprócz komponowania zwartych struktur muzycznych słynie też z ogromnego upodobania do improwizacji właśnie. Leszek Winder, Grzegorz Kapołka i Adam Bul – bo o nich oczywiście mowa – regularnie występują na terenie całego kraju. Niemniej okazja do posłuchania całej trójki wspólnie na jednej scenie przytrafia się nader rzadko.

Imponujący dorobek artystyczny każdego z panów spokojnie wypełniłby resztę tekstu przeznaczonego na niniejszą relację. W telegraficznym skrócie wystarczy zatem wspomnieć, że Adam Bul to zasłużony pedagog, założyciel Siemianowickiej Szkoły Gitary, kompozytor i autor kilku płyt wydanych pod własnym nazwiskiem, w tym wysoko cenionej gitarowej interpretacji słynnego „Blade RunneraVangelisa. Grzegorz Kapołka to z kolei postać związania głównie ze sceną jazzową, aczkolwiek jego twórczość solowa balansuje gdzieś na granicy jazzu i bluesa. Lideruje własnemu trio, współtworzy kwartet KaZiuGra, od wielu lat występuje jako muzyk towarzyszący Ireneuszowi Dudkowi w licznych jego projektach, zwłaszcza zaś słynnym Shakin’ Dudi. No a Leszek Wider to już absolutny filar śląskiej sceny bluesowej, współtwórca grup Krzak, Bezdomne Psy, Śląska Grupa Bluesowa i Kwartet Spontaniczny.

Trójce wspaniałych gitarzystów towarzyszyła tego dnia na scenie równie unikatowa sekcja rytmiczna. Basista Dominik Sławiński to uznany muzyk sesyjny kojarzony głównie z uczestnictwa w wielu projektach jazzowych, udzielający się też w przeróżnych inicjatywach o charakterze sakralnym oraz członek zespołu La Pallotina. Z kolei Przemysław Borowiecki to rozchwytywany perkusista, którego rytmikę podziwiać możemy w tak rożnych składach jak 100nka, Moon Hoax, Oscilate czy Roboty Na Wysokości, natomiast wyliczenie wszystkich krajowych artystów, z którymi zdarzyło mu się już współpracować zdaje się być zadaniem niewykonalnym.  

Ostatni piątek kwietnia zgromadził w SCK zaskakująco liczny tłum słuchaczy spragnionych obcowania z niełatwą przecież w odbiorze formą muzyczną, jaką jest improwizacja. Przy czym nadmienić należy, że mieliśmy tu do czynienia z muzykowaniem kreowanym spontanicznie, chociaż osadzonym w określonych ramach aranżacyjnych. A więc graniem w miarę uporządkowanym, wykluczającym zbędny chaos instrumentalny. Brzmi skomplikowanie, więc na swój użytek będę się trzymał określenia „improwizacja kontrolowana”. Cóż to takiego? Rzecz w tym, że punktem wyjściowym stanowiącym pole dla wirtuozerskich popisów trójki gitarzystów były zaplanowane wcześniej motywy zapożyczone z gotowych kompozycji autorskich. Stąd w tle oprócz wymyślonych naprędce przypadkowych struktur akordowych dało się też usłyszeć kilka rozpoznawalnych melodii z repertuaru Adama Bula i Grzegorza Kapołki. Dominowały tu kompozycje tego drugiego, że przywołam chociażby dedykowany swym dzieciom „She and He”,  nostalgiczny „My Silesia” a zwłaszcza urokliwy motyw „Friendship”, napisany z myślą o płycie „WolnośćMichała Giercuszkiewicza. Jedynie Leszek Winder twardo trzymał się swych przyzwyczajeń „grania bez próby”, jakkolwiek pod koniec zaintonowanego spontanicznie klasycznego bluesowego dwunastotaktowca zdarzyło mu się przemycić pamiętny riff stanowiący podstawę utworu „Dżemowa maszynka” grupy Krzak.

Atrakcyjny sposób prezentacji tego jednorazowego programu sprawił, iż ponad półtoragodzinny koncert (wliczając w to bis) pozostawił po sobie uczucie lekkiego niedosytu. Artyści udowodnili przy okazji, że dobrym konferansjerom mikrofon nie jest do niczego potrzebny. W graniu zaś górę brała intuicja. Jazz mieszał się z bluesem, muzyka ilustracyjna przeplatała z surowym rockiem. Muszę koniecznie podkreślić, iż trójka gitarowych wirtuozów pięknie uzupełniała się nawzajem – bez jakiegokolwiek elementu rywalizacji, popisywania się i zbytecznej ekwilibrystyki po gryfie. Każdy dźwięk miał swoje miejsce, każda nuta swoje znaczenie. Braliśmy więc udział w prawdziwym święcie sztuki. A przecież Krystian Hadasz – patron imprezy – był wielkim orędownikiem dobrej muzyki. Dedykowany mu festiwal to najlepsza forma upamiętnienia tej nietuzinkowej postaci. Myślę, że byłby tym koncertem zachwycony.

Michał Kass

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *