2026.04.23 – MASTERPLAN – Leiden

Masterplan wyruszył w trasę ponad dwa miesiące przed premierą nowego albumu. Dosłownie dwa dni przed koncertem w Leiden poznaliśmy trzeci singiel z nowej płyty, ale jeśli liczyć Rise Again, utwór który pojawił się już dwa lata temu a który będzie zamykał płytę Metalmorphosis, na tą chwilę fani znali 40% nowego materiału.

Pierwszy raz odwiedziłem klub Noble w uroczym mieście Leiden i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tą miejscówką. Średniej wielkości sala kończy się trzema stopniami, na których niscy mogą w dalszym ciągu dobrze wiedzieć. A w Holandii ma to o tyle znaczenie, że na oko przeciętny obywatel jest wyższy niż w naszej części Europy (* sprawdzone doświadczalnie a nie w naukowych źródłach). Klub wyposażony jest również w balkony, które tego wieczoru nie były używane. Całkiem sporej wielkości scena była wyposażona w wielką płachtę z okładką nadchodzącej płyty zespołu oraz okazałe grafiki po bokach również z tą grafiką. Widać, że hala przygotowana jest na dość duże wydarzenia. Niestety frekwencja tego wieczoru nie należała do rekordowych. Powiem więcej, było nawet dość luźno. może to kwestia wciąż odbudowywanej popularności zespołu, może kwestia tego, że są właśnie przed wydaniem nowego albumu.

Masterplan nie miał tego wieczoru żadnego supportu, więc koncert rozpoczął się o dwudziestej. Zaczęli od nowego kawałka „Chase the light” by po paru chwilach zarzucić nas klasykami. Na początku stałem w pierwszym rzędzie i przez to przytłoczony nieco byłem dudniącym basem. Ale kiedy po trzech utworach przeniosłem się nieco dalej tam nagłośnienie oscylowało od niezłego do doskonałego, w zależności od utworu. Rick Altzi i Roland Grapow podzielili się konferansjerką, wyszło z tego kilka zabawnych sytuacji. Rozmawiali z publicznością po angielsku po niemiecku i po niderlandzku, Ale oczywiście nie angielskojęzyczne zwroty to były zazwyczaj przekleństwa. Ekipa była w wyśmienitym humorze, co ewidentnie udzielało się publiczności. Ta z kolei skora była do wspólnych śpiewów, wykrzykiwania refrenów, czy świecenia latarkami na balladach, (czy raczej piosenkach o miłości). 

Świetnie wypadły kawałki zarówno z ery Jorna, jak i z płyty Mk2. A ja odniosłem wrażenie że Rick doskonale czuł się w czasie „Keep your dream alive” czyli utworze który oryginalnie on sam zaśpiewał na płycie „Novum Initium”. Oprócz otwieracza tego wieczoru usłyszeliśmy jeszcze dwa nowe kawałki z czego jeden nie był wcześniej publikowanym singlem. Mowa o „Shadow Man”, który uznaliśmy gremialnie jako najlepszy z tego zestawu, zresztą muzycy również opowiadali, że to jest właśnie ich ulubiony kawałek z „Metalmorphosis”. 

Podczas bisów i grania „Crawling From Hell” nastąpiło przestawienie wszystkich muzyków i w tych właśnie momentach każdy z nich miał okazję odegrać solówkę. Kawałek był również powiązany ze wspólnymi śpiewami, przez co możliwe że wydłużył się do kwadransa. Ale apogeum tak naprawdę stanowił halloweenowski „The Time of the Oath”. Publiczności przypadło do gustu jego brawurowe wykonanie. To był idealny punkt kulminacyjny na zakończenie tak udanego wieczoru.

Podjarani klimatem postanowiliśmy wydać trochę kasy na merchu ale niestety stoisko wyposażone zaledwie w trzy koszulki i parę naklejek miało przetrzebioną rozmiarówkę.

Piotr Spyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *