Piekarska „Andaluzja” trwale zapisała się w sercach miłośników ambitniejszych odmian rocka. I wciąż tworzy nowe rozdziały na kartach swojej historii. W ciągu ostatnich dwóch dekad ten kultowy ośrodek kultury gościł prawdziwą śmietankę osobowości artystycznych, które śmiało zasługują na – częstokroć nadużywany w popkulturze – epitet „legendarne”. Tutejsza scena była wszak świadkiem występów prawdziwych tuzów i protoplastów złotej ery muzyki rockowej z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Nazwy takie jak Ten Years After, The Animals, Iron Butterfly, Atomic Rooster, Cactus czy Wishbone Ash mówią same za siebie. A to tylko pierwsze z brzegu przykłady ściągnięte z imponującej listy wykonawców, którzy zawitali do Piekar Śląskich począwszy od roku 2005.
Wymienione powyżej zespoły oprócz bogatej historii i epokowych nagrań łączy jeszcze jeden wspólny mianownik. Niemal każdy z nich lata świetności – w tym również popularności masowej – ma dawno za sobą. Takie są niestety fakty, nawet jeśli akceptacja tego stanu rzeczy kłóci się z naszymi prywatnymi sympatiami wobec owej śmietanki wybitnych nazwisk ojców-założycieli blues, prog i hard rocka. Zresztą znamienita większość zapraszanych tutaj grup funkcjonuje aktualnie w składach niekoniecznie adekwatnych do obsady, która obowiązywała w chwili największych sukcesów artystycznych i komercyjnych. A mówiąc już zupełnie bez owijania w bawełnę – częstokroć z oryginalnych składów ostaje się ledwie jeden bądź dwójka instrumentalistów posiadających prawa do posługiwania się legendarnym szyldem.
Powyższy schemat całkiem nieźle sprawdza się w przypadku kolejnego zasłużonego gościa piekarskiej sali koncertowej. Mowa tu o formacji Le Orme. Ten włoski zespół rockowy o zacięciu progresywno-symfonicznym swoje największe triumfy święcił na początku lat siedemdziesiątych XX wieku. Wówczas też nagrywał płyty, które obecnie zalicza się do kanonu europejskiego rocka progresywnego – jakkolwiek Le Orme uznaniem cieszy się głównie w gronie koneserów gatunku i wśród współczesnych muzycznych archeologów. Masowy sukces i światowa sława nigdy nie stały się jego udziałem. Jest za to bez wątpienia jednym z najważniejszych przejawów ambitnego rocka jakie pozostawiła dla potomnych słoneczna Italia.
Jako się rzekło – formacja Le Orme w aktualnym wydaniu niewiele ma już wspólnego z zestawem personalnym odpowiadającym za stworzenie swych ikonicznych dzieł. Jedyną osobą w składzie pamiętającą początki działalności grupy jest perkusista Michi Dei Rossi. Drugi pod względem stażu klawiszowiec Michele Bon pojawił się w szeregach formacji znacznie później – u progu lat 90-tych. Średnią wieku znacznie zaniżają dwaj młodzieńcy – wokalista Luca Sparagna (grający też na basie i dwunastostrunowej gitarze akustycznej) oraz drugi klawiszowiec Aligi Pasqualetto. Obu nie było jeszcze na świecie w momencie powstawania zespołu.
Czteroosobowe wcielenie Le Orme skupia się obecnie na przypominaniu na żywo swych klasycznych dokonań. Panowie potraktowali temat bardzo dosłownie. Trasa koncertowa, w ramach której po raz pierwszy w historii dotarli w końcu do Polski odbywa się pod hasłem „Trilogy 1971-1973”. W praktyce oznacza to zawężenie repertuaru do trzech najważniejszych albumów z przepastnej dyskografii Włochów. Mowa o płytach „Collage” (1971 r.), „Uomo di pezza” (1972 r.) i „Felona e Sorona” (1973 r.). Co ciekawe – nie chodzi tu w żadnym wypadku o wybór najciekawszych fragmentów tychże krążków. Żadna tam wiązanka w stylu „the best of”. Podążając śladami trendu wytyczonego w ostatnich latach przez inne znane zespoły progresywne (chociażby Yes) panowie postanowili odegrać owe trzy albumy w całości. Utwór po utworze, nuta po nucie – zgodnie z kolejnością jaką znamy z płyty.
Rozwiązanie takie odbierać można dwojako: zarówno w kategorii zalet jak też wad. Z jednej strony – fani dostają zestaw wypełniony po brzegi najbardziej cenionymi kompozycjami. Z drugiej – wykonywanie programu sztywno odpowiadającego kolejności albumowej całkowicie przekreśla ideę koncertu rockowego jako wydarzenia opartego na spontaniczności. Trudno bowiem mówić o niespodziankach gdy od razu wiadomo jaka piosenka zabrzmi po zakończeniu poprzedniej. W pewnym sensie taka odtwórcza koncepcja stawia znak równości między występem grupy rockowej a wieczorem spędzonym w filharmonii. Tam również słuchacz dostaje do ręki gotowy program koncertu i skupia się na niuansach wykonawczych. Komfortowo, bezpiecznie – ale bez elementu zaskoczenia.
Specyficzna aranżacja utworów, oparta głównie na brzmieniach instrumentów klawiszowych i donośnej perkusji wraz z całkowitym pominięciem gitary elektrycznej upodabnia Le Orme do innego wiodącego pioniera rocka progresywnego z czasów dominacji tej muzyki – brytyjskiego tria Emerson Lake And Palmer. Mamy tu podobny rozmach kompozycyjny z wyraźnymi odniesieniami do rozbudowanych form quasi-symfonicznych. Skojarzenia potęguje jeszcze basowy akompaniament aktualnego frontmana Luci Sparagna, sporadycznie sięgającego po gitarę akustyczną. Słuchaczy zachwyciła z pewnością fenomenalna kondycja lidera, perkusisty Giuseppego „Michi” Dei Rossi. Doprawdy trudno uwierzyć, iż ten długowłosy dżentelmen liczy sobie już siedemdziesiąt siedem lat!
Posmak obcowania z legendą napędził do „Andaluzji” całkiem spory tłumek. Dominowała oczywiście reprezentacja pokolenia pamiętającego pierwsze sukcesy włoskich mistrzów prog-rocka. Wartością dodaną poza wiernym odegraniem swych trzech klasycznych dzieł był dopełniający ów występ utwór „Amico di ieri” z nieco późniejszej płyty „Smogmagica” (1975). Teoretycznie miał to być wielki finał. Niespodziewanie doszło jednak do drugiego bisu. Artyści uskrzydleni gorącymi owacjami dorzucili w podziękowaniu kompozycję cudzego autorstwa – aczkolwiek wciąż w ramach tego samego obszaru geograficznego. Sięgnęli bowiem po piosenkę swoich rodaków z innej legendarnej włoskiej formacji – Premiata Forneria Marconi. Ze sceny wybrzmiał ich przebój „Impressioni di settembre”. Zwyczajowo po koncercie swoje żniwo zebrali zaś łowcy autografów i amatorzy wspólnych fotek. To też nieodłączny element „andaluzyjskiej” tradycji.
Tekst: Michał Kass
Zdjęcia: Marek Toma

















































