To już na papierze wyglądało dobrze. TAKI skład! Właściwie w ramach jednego wieczoru, fani ciężkich brzmień mieli okazję zaliczyć koncerty trzech klasyków. Przecież niemal każdy z obecnych tego wieczoru w Torwarze, wybrałby się na gwiazdy tego wieczoru z osobna. Dzięki KnockOut otrzymaliśmy thrash deathową pigułkę za jednym razem. Zarówno KREATOR, jak i EXODUS wydali w tym roku nowe płyty. I są to płyty docenione przez fanów. To już był gwarant wysokiej frekwencji, CARCASS to z kolei grupa, którą warto zobaczyć, bo nie pojawia się w naszym kraju aż tak często. Za to otwierający koncert NAILS, to istna bomba wrzucona w tłum. Zaznajomiony z ich ostatnim albumem, twierdziłem nawet, że są jak na rozgrzewacza prezentują muzykę zbyt ciężką i za mało melodyjną. Jak się później okazało taka mieszanka doskonale się sprawdziła.
Tego wieczoru wszystko działało jak w zegarku. Chwilę przed 18:20 z głośników usłyszeliśmy wstępniak do koncertu NAILS, mianowicie Motorheadowski „Hammer”. A to co się działo przez następne pół godziny to istne tornado! NAILS wykonali w tym czasie kilkanaście kawałków, a blisko połowa pochodziła z nowej płyty. Przyzwoicie brzmieli, choć z mojej strony trochę pogłośniłbym gitarę. Za to element, który w moim odczuciu wybijał się na pierwszy plan to rytmika. Perkusista miał do zaprezentowania, ciekawe zmiany rytmiczne, a przejścia brzmiały porządnie ze względu na dobre zestrojone bębny – i owszem miał momenty kiedy napierdalał byle do przodu, ale suma summarum perka trzymała te kompozycje w ciekawych ramach. Warto wspomnieć, że zespół miał już dość sporą widownię i udało im się nakłonić ją do wspólnej zabawy.
Mnie wieczór zrobił EXODUS. Zaprezentowali swój trzykwadransowy set z taką energią i entuzjazmem, że siłą rzeczy udzielało się to tłumowi. Mosh pit osiągał już wówczas konkretne rozmiary, ludzie noszeni na rękach kompanów co chwila wpadali do fosy, a do wykrzykiwania fraz z refrenów wcale nie trzeba było nas zachęcać. Co ciekawe Rob Dukes pobawił się we wspólne śpiewanie w stylu Freddiego Mercurego. Nie wiedziałem nawet że potrafi robić to tak melodyjnie… To właśnie Dukes był dla mnie elementem robiącym różnicę. Poprzednie koncerty EXODUS, które widziałem były przecież pod dowodzeniem Souzy. Ale Rob bez kompleksów sprawdzał się również w tych kompozycjach, w których tworzeniu nie brał udziału. Tak po prawdzie usłyszeliśmy bodaj trzy „jego” kawałki (w tym dwa z nowej płyty). Resztę setu stanowiły klasyki. Garry Holt pojawiał się co chwila po obu stronach sceny, a w pewnym momencie dla zmyłki uraczył nas kilkusekundowym slayerowskim wstępniakiem. Zespół prezentował się na tle okazałych grafik z nowej płyty – i trzeba powiedzieć że wyglądało to kapitalnie. Dla mnie powinni w harmonogramie być ustawieni wyżej i mieć więcej czasu. To był świetny występ!
CARCASS, miał w miejscu klasycznych scenicznych wzmacniaczy, pionowo ustawione ekrany, a na nich zestawy świateł. Także ich scenografia była o oczko na wyższym poziomie niż u poprzedników. Ja jestem raczej fanem okresu ich twórczości „Heartwork”-„Swansong”, ale kiedy nie kojarzyłem jakiegoś kawałka, po animacjach na ekranach można było się domyśleć z której płyty pochodzi. A właśnie utwory z „Heartwork” były najliczniej prezentowane (z tytułowym kawałkiem na finał koncertu). Pierwszy raz widziałem Walkera z krótkimi włosami – i do spółki ze Steerem ubranym w dzwony i zwykłą koszulkę, stanowili ciekawy widok, grając tak intensywną muzykę. Jeff miał poupychane w spodniach chyba kilkadziesiąt kostek, bo rzucał nimi w tłum co chwilę (ku naszej uciesze). Bardzo fajnie się ich oglądało i słuchało, mimo tego, że Walkerowi zajęło dobre pół utworu rozgrzanie wokalu. Już zaczynałem się martwić, kiedy w pewnym momencie wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Jak wspomniałem tylko oni w tym towarzystwie nie promowali nowego materiału… więc pozostaje nam czekać na ich następny krok.
Przerwa przed KREATORem była nieco dłuższa, a scenę zasłonięto wielką płachtą. Nie od dziś wiadomo, że ich produkcja sceniczna jest okazała, ale jak się okazało tym razem przebiła nawet to co widywałem na ostatnich koncertach w Spodku. Światła, dymy, pirotechnika, serpentyny! Scena wyposażona była w rekwizyty i wielkie figury Violent Mind po bokach i w centrum. Oprócz tego, część show stanowiły odegrane scenki (stali bywalcy koncertów zespołu nie byli zaskoczeni). To za co lubię ich koncerty, to zawsze mimo promocji nowych nagrań mamy zawsze zestaw klasyków… ale i nowożytnych killerów. Tak było i tym razem. Z albumu „Krushers of the World” zagrali cztery utwory. I paradoksalnie wzbudzały niemal taki entuzjazm, jak choćby „Endless Pain” czy „People of the Lie”. To był bardzo intensywny koncert. Bardzo dobrze nagłośniony i fajnie poprowadzony. Mille Petrozza nie musiał przekonywać publiczności do pomysłów, czy to zrobienia wall of death, czy wspólnego wyśpiewywania. Szkoda tylko, że ich zawodowe podejście do tematu sprawia, że koncerty zespołu zamykają się w 90 minutach i nie przewidują bisów.
Tak czy inaczej, to był świetnie spędzony wieczór. Myślę, że tylko kwestia koncertu Machine Head w Progresji zadecydowała, że Torwar nie był tego dnia wyprzedany. Nie znam statystyk, ale na oko organizatorzy powinni być zadowoleni. Fani na pewno byli. Ja byłem zachwycony!
Piotr Spyra



















































