2026.03.19 – ROSALIE CUNNINGHAM, ROYBER – Piekary Śląskie, Andaluzja

Podobno Japończycy mają dosyć osobliwy zwyczaj związany z koncertami rockowymi. Otóż wszystkie imprezy muzyczne organizowane w Kraju Kwitnącej Wiśni muszą rozpoczynać się o godzinie 17:00 i kończyć najpóźniej o 21:00. Dotyczy to oczywiście wydarzeń przypadających na środek tygodnia. Powód jest oczywisty. Słynący z pracoholizmu japońscy obywatele muszą mieć zapewnioną szansę wczesnego powrotu do domu. Dzięki temu będą mogli się porządnie wyspać i następnego ranka punktualnie wstać do pracy.

Trudno mi się odnieść do przytoczonego powyżej faktu. Nigdy w Japonii nie byłem i prawdopodobnie już tam nigdy nie pojadę. Wspominam o tym fakcie, gdyż stosowna analogia spłynęła mi do głowy w kontekście czwartkowego koncertu Rosalie Cunningham i poprzedzającego jej występ support-act w postaci poznańskiego zespołu Royber. Rozpoczęcie wydarzenia zaplanowano bowiem na godzinę 18:00, zaś jego finał dopełnił się kilka minut przed 21:00. Jako osoba aktywna zawodowo nie mam nic przeciwko takim pomysłom. Podejrzewam jednakże, iż przeważającej części publiczności przybyłej tego dnia do piekarskiej Andaluzji było to absolutnie obojętne. Zdecydowaną większość słuchaczy stanowili wszak osobnicy płci męskiej w wieku „około-emerytalnym”. Problem porannego budzika raczej ich już nie dotyczy.

Nie wszyscy jednak zadali sobie trud doczytania rozpiski godzinowej. Stąd w chwili wkroczenia na scenę grupy rozgrzewającej widownia wypełniła się ledwie w połowie. Spóźnialscy mają czego żałować. Kwartet Royber okazał się bowiem całkiem sprawnym podmiotem wykonawczym. Tworzy go trójka nienajmłodszych już instrumentalistów – gitarzysta Bartosz Bąk, basista Filip Bielecki i perkusista Maciej Hoffmann. Funkcję frontmana pełni zaś fenomenalny wokalista Mateusz Pleskacz. Cała czwórka hołduje tradycji złotego okresu historii rocka ze szczególnym wskazaniem na Led Zeppelin i Free. Trzy kwadranse przeznaczone na prezentację własnej twórczości upłynęły zatem przy dźwiękach mocno nawiązujących do wspomnianych powyżej brytyjskich klasyków. Zadziorne riffy, melodyjne solówki, dudniący rytmicznie pochód basu i gęste przebitki bębnów wychodzą im świetnie. Mateusz zgrabnie przebija się przez tę ścianę dźwięku. Do tego Poznaniacy postawili na rodzimy przekaz liryczny. Również z całkiem niezłym skutkiem. Jak sami przyznali – są właśnie na etapie przygotowań do realizacji debiutanckiej płyty. Postaram się nie przeoczyć jej premiery.

Po krótkiej przerwie technicznej piekarską sceną zawładnęła wyczekiwana gwiazda wieczoru. O ile się nie mylę, bieżąca trój-etapowa mini trasa koncertowa pani Rosalie Cunningham jest jej pierwszą wizytą w naszym pięknym kraju (aczkolwiek nie mam w tym względzie stuprocentowej pewności). W każdym razie jej przyjazd niewątpliwie traktować należy w kategoriach wydarzenia wysokiej rangi.  I od samego początku tego występu nikt z przybyłych nie miał co do tego wątpliwości. To było coś więcej niż zwykły koncert – to dźwiękowe misterium o dramaturgii porównywalnej do klasycznych rockowych spektakli z dawnych lat.

Twórczość Rosalie Cunningham to wypadkowa wielu składników. Dominuje w niej oczywiście archetypiczny rock lat siedemdziesiątych, bogato aranżowany i atrakcyjnie prezentowany na żywo. Ale słyszalne są też echa nurtu alternatywnego popu lat 80-tych z domieszką szalonej psychodelii a nawet wtręty o charakterze piosenki teatralnej. Doprawdy wybuchowa to mikstura. Stąd też wysokie notowania brytyjskiej gwiazdy retro rocka w gronie brzuchatych fanów brzmień z lat siedemdziesiątych. Siłą młodej – wszak dopiero trzydziestopięcioletniej – artystki jest jej wyjątkowy, dźwięczny głos idący w parze z wirtuozerią w obsłudze gitary. W sumie trochę to niesprawiedliwe, żeby jedna osoba skupiała w sobie aż tyle talentów na raz – dysponując zarazem tak zjawiskową urodą. Cóż, niektórym naprawdę się w życiu poszczęściło.

Ponętna Rosie ma też niezaprzeczalnego farta w doborze współpracowników. Towarzyszący jej zespół to kolektyw nietuzinkowych instrumentalistów. Najstarszy w tym gronie jest błyskotliwy gitarzysta Rosco Wilson. Za bębnami króluje szalony Bo Walsh, duchy mistrzów organów Hammonda wskrzesza Aaron Bolli-Thompson zaś uwagę męskiej części słuchających próbuje odwrócić od szefowej grupy zjawiskowa basistka Claudia Gonzalez-Diaz. Rudowłosa piękność oprócz szarpania czterech strun odpowiada też za wokalne chórki a do tego okazjonalnie ubogaca całość partiami fletu poprzecznego. Zespół nie potrzebuje już żadnych telebimów i innych elektronicznych gadżetów. Scenografia jest ascetyczna – muzyka broni się sama.

Program koncertu brytyjskiej artystki stanowił przekrój jej najważniejszych dotychczasowych dokonań. Przeważały oczywiście kompozycje wywodzące się z promowanej aktualnie trzeciej solowej płyty Rosalie o wdzięcznym tytule „To Shoot Another Day”. Przywitała się utworem tytułowym. W ślad za nim popłynęły „Timothy Martin’s Conditioning School”l i „Heavy Pencil”. Mocno wybrzmiały też „The Smut Peddler” i „Spook Racket” jakkolwiek piszącego te słowa najbardziej ucieszyła nieco starsza w tym gronie piosenka „Donovan Ellington” z wcześniejszego albumu „Two Piece Puzzle”. Wokalistka nie stroni od sentymentalnych powrotów do przeszłości. Kompozycje „Wool” oraz „Tempest and the Tide” przypomniały nam o grupie Purson, w której Rosalie rozwijała swój talent w okresie poprzedzającym budowę kariery pod własnym nazwiskiem. Zwłaszcza ten drugi utwór – zagrany z akompaniamentem gitary akustycznej  w miarę wykonywania coraz bardziej przybierał postać hipnotycznej, psychodelicznej mantry. Okazał się idealnym zwieńczeniem podstawowej części koncertu. Na bis dostaliśmy jeszcze „Return of the Ellington” i to rzeczywiście było już pożegnanie ze śląską publicznością.

Rosalie schodząc ze sceny rzuciła kurtuazyjne „see you next time” i mam nadzieję, że deklaracja ta będzie miała swoje odzwierciedlenie w postaci kolejnej wizyty tejże artystki wraz z zespołem towarzyszącym. W zalewie coraz bardziej miałkich propozycji współczesnych młodych wykonawców artystyczna oferta Rosalie Cunningham jest najlepszą ucieczką do krainy muzyki szczerej, autentycznej, tworzonej prosto z serca. A zatem do zobaczenia!

Michał Kass

Robo Gallery: You didn’t select any Robo Gallery item in editor. Please select one from the list or create new gallery

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *