2026.03.02 – SMITH/KOTZEN – Warszawa

smith-kotzen-koncert-2026

Generalnie jestem zaskoczony, że ten projekt przetrwał do nagrania drugiego albumu. Wydawałoby się, że to bardzo okazjonalna współpraca. Udana, ale przecież takich przedsięwzięć było na pęczki. I owszem, po tym jak Portnoy wrócił do DT, The Winery Dogs zawieszono na wieszaku w poczekalni i Kotzen pewnie miał sporo wolnego w kalendarzu. Ale grafik Adriana Smitha to już inna para kaloszy. Ale udało się panom nie tylko skomponować i nagrać udany drugi album, ale również wyruszyli w trasę. Dzięki czemu mogliśmy zobaczyć ich w stołecznej Progresji. Z całym szacunkiem dla popularności muzyków, naprawdę miałem poważne wątpliwości, czy aby kubatura klubu nie została przeszacowana dla tego koncertu. Moje obawy okazały się bezpodstawne. Klub był wypełniony na oko w osiemdziesięciu procentach, a audytorium stanowili przeważnie fani ubrani w koszulki i bluzy Iron Maiden. Jednakże ten koncert to nie był teatr jednego aktora.

Zacznijmy jednak od początku. Gdzieś na ostatniej prostej przed koncertem pojawiło się ogłoszenie, że wieczór otworzy nasza rodzima formacja – Tabula Rasa. Powiem bez ogródek, że zespół stylistycznie pasował na support Smitha/Kotzena. Młoda ekipa prezentowała rocknrolla z pazurem, a ich energia była zaraźliwa. Już podczas pierwszego utworu wokalista bez żadnych kompleksów zaprosił publiczność do wspólnego śpiewana, i o dziwo ta odpowiedziała dość gromko. Wokalista zespołu robił większość roboty, jeśli chodzi o prowadzenie koncertu. Ale też utwory kapeli naprawdę mogły się podobać. Podczas pierwszego kawałka pomyślałem – kurcze… mogli by jednak śpiewać po polsku, i jak na życzenie już od drugiego kawałka zespół uraczył nas polskojęzycznymi tekstami. Klawisze gdzieś na początku dzielnie radziły sobie w tłach, robiąc iście purpurowy klimat, ale już w kilku następnych kawałkach, „klawiszówa” zajęła się raczej tamburynem. Także Tabula Rasa zostawili po sobie dobre wrażenie. Podgrzali publiczność i pewnie wielu z obecnych, będzie wypatrywało ich kolejnych występów. Zastanawiam się jednak na ile (lat) wystarczy wokaliście takiej techniki. Daj boże, żeby wyćwiczył gardło, ale wydawało się, że wiele w jego manierze zdzierania głosu. Fajny efekt, i kawał charyzmy, ale trochę się o niego martwię.

Wstęp do zasadniczego koncertu stanowił utwór Bad Company (o tym samym tytule), dopiero po nim na scenie pojawił się kwartet dowodzony przez Smitha i Kotzena. Panowie wiele utworów mają zaaranżowane wg schematu, gdzie jeden śpiewa jedną zwrotkę, drugi drugą, następnie razem refren. Ale ta formuła nie nużyła ani przez moment. Sam się w pewnym momencie dziwiłem. Owszem posiadam oba długograje ekipy i świetnie mi się słucha tego materiału, ale ciekaw byłem konfrontacji z wersjami koncertowymi i to podanymi w takiej pigule. Tymczasem wyśmienicie się bawiłem. I owszem, kilka utworów przyszło mi zaadoptować aparat słuchu do głośności, ale w sumie nagłośnienie okazało się przyzwoite. Panowie mają patent na dobre melodie. Do tego ilość solówek w utworach nie jest przesadzona. Tego się świetnie słucha również na żywo. Nóżka sama tupie, a bioderka pląsają mimowolnie. Tego wieczoru nie uświadczyliśmy żadnej pirotechniki, dymów, wodotrysków, ani scenicznego kombinowania. Ot – rockowy zespół na scenie, prezentujący to, co mają najlepsze. I owszem w tle, na logo grupy pląsały światła w postaci zmieniających się kształtów i fraktali, ale to było wszystko. Ładnie wyglądało, ale było tylko smaczkiem nie odwracającym uwagi od muzyki. Zespół sięgnął nie tylko po materiał z pełnych płyt, ale również zaprezentowali dwa kawałki z EPki. Parokrotnie Adrian zaczepiał publikę intonując maidenowski riff, ale marzenia wielu widzów miały się spełnić dopiero na koniec koncertu.

Apogeum nastąpiło właśnie podczas bisów, podczas których najpierw usłyszeliśmy solowy utwór Richiego Kotzena „You Can’t Save Me”, po czym zespół zagrał Maidenowski klasyk „Wasted Years”. Publiczność szalała, basistka fajnie mogła wyeksponować pertie swojego instrumentu, a wokal Adriana naprawdę pasował do tego utworu. Idealna kulminacja tego wieczoru i suma summarum zabieg, który nie przyćmił muzyki projektu. Wracając do mojej pierwszej tezy, czy Smith/Kotzen jeszcze coś razem nagrają, zaczynam być coraz bardziej spokojny. Z takim odbiorem i niemal wyprzedanymi koncertami, zorientują się, że kontynuacja współpracy ma nie tylko sens muzyczny, ale i uzasadnienie ekonomiczne.

Piotr Spyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *