Grupa TURBO zapowiadała specjalny set, chcąc uświetnić jubileusz wydania „Kawalerii Szatana”, podkreślając jednak wyjątkowość nowej płyty. Zatem mieli zacząć od zagrania w całości nowego albumu „Blizny”. Obiecywali również zaprezentować zestaw „Best of”. Już w założeniach brzmiało to ambitnie, żeby nie powiedzieć karkołomnie. Ale to, co było dane obejrzeć publiczności w wyprzedanym klubie Studio, zaskoczyło nawet optymistów. Wielokrotnie bywałem na koncertach jubileuszowych, więc i moje oczekiwania były dość wygórowane. Organizacja miejscówki od razu powodowała uśmiechy na twarzach publiczności. Ze sceny bowiem wypuszczona była dodatkowa konstrukcja w publiczność, przez co scena miała kształt litery T. Domyślać się można było, że będziemy mogli obcować z wokalistami w sporej bliskości. Instalacje oklejone napisami „piro” również nie mogły pozostać niezauważone.
Do rzeczy. Set był faktycznie podzielony na trzy akty. Najpierw zespół odegrał w całości „Blizny”, przy okazji ogłaszając, że album został płytą roku w Antyradiu. I tutaj bardzo pozytywnie prezentowały się animacje oparte na wkładce albumu, z grafikami i tekstami, które wspomagały publiczność w aktywnym uczestnictwie. Podczas tego setu zespół powitał na scenie brata wokalisty. Bartek Struszczyk udźwignął duety i świetnie zaprezentował się w chórkach. Byłem zdumiony jak jego głos pasuje do zespołu. Podczas tej części koncertu na scenie pojawiała się Anja Orthodox, która dodała utworom dodatkowego klimatu. Było naprawdę kapitalnie, ogień! I to dosłownie, bowiem wspomniana pirotechnika objawiła się za sprawą miotaczy.
Jak się okazało pomiędzy setami zaplanowano kwadransowe przerwy… i może wydało się to nieco zbyt długim czasem, jednak bar w tym czasie był oblegany, a sympatycy fajek tłumnie wylegli przed klub. Podczas przerwy zacząłem zastanawiać się w ilu koncertach Turbo już uczestniczyłem. Co rusz do głowy przychodził mi koncert czy festiwal. Wyszło mi kilkanaście, z proporcjami poł-na-pół – z Kupczykiem i Struszczykiem – i ten wieczór zachował balans w tych statystykach.
Sam nie wiem czy na koniec jako swój ulubiony fragment tego wieczoru wymieniać odegranie mojej ulubionej „Kawalerii”, czy może to co się dobyło podczas drugiej części koncertu. Zespół zaskoczył wszystkich, sięgając w okres twórczości, który wielu już zapomniało. Bo to, że grywają kawałki z „Ostatniego wojownika”, to nie pierwszyzna. Ale- tym razem pokusili się zagrać jeszcze bardziej zapomniane kawałki. Otóż swoją reprezentację tego wieczoru miały również płyty „Dead End” i „Awatar” (gdzie wokalnie zespół wspierany był przez Jacka Zemę z Mindfak). I o ile swego czasu kontrowersyjne, dziś już tak nie szokują, a wśród zagorzałych fanów niejeden poczuł uczucie nostalgii. Pomyślałem, że to tak, jakby Helloween grał kawałki z „Chameleon”, albo Metka z „St Anger”! Brawo – chłopaki mają klasę z poniesionym czołem prezentować ten materiał. W tej części na scenie pojawił się gościnnie Grzegorz Kupczyk i kawałki ze „Smaku Ciszy” czy ”Ddorosłych dzieci” nabrały dodatkowego kolorytu. A Grzegorz jest – trzeba przyznać – w wyśmienitej formie. Zaskakująco dobrze prezentowały się też duety Kupczyk-Struszczyk. Zamarzyła mi się sytuacja ze wspomnianego Helloween, który postanowił działać z mieszanym składzie z klasycznymi członkami, bez ingerencji w obecny lineup. Oj, coś mi się zdaje, że to byłby hit również w przypadku Turbo.
Trzecia część to zapowiadana „Kawaleria”… ale nie tylko! Do utworów stworzono grafiki pośrednio nawiązujące do okładki, ale tak naprawdę to energia i radość, z którą zespół grał ten koncert udzielała się publiczności najbardziej. Nie zabrakło więc młyna po lewej strony scenie, co chwilę ktoś prosił by wrzucić go na ręce tłumu – szaleństwo! Na scenie pojawiali się goście w różnych konfiguracjach. W tym oryginalny gitarzysta z tych czasów – Andrzej Łysów. Wojtek Hoffman, rzucił parę anegdot i żartów, ale konferansjerka w wykonaniu wokalistów to rewelka. Grzegorz Kupczyk ewidentnie w swoim żywiole, a Tomasz nie wyglądał ani trochę na speszonego, wykonywaniem legendarnych kawałków z oryginalnym wokalistą. Brawo! Zespół zaprezentował również przekrojówkę sowjej nowożytnej historii, dzięki czemy swoją reprezentację miały również kawałki ze „Strażnika Światła” i „Piątego Żywiołu” (O matko! Jak ja uwielbiam kawałek „This War Machine”!).
Ten wyśmienity nastrój był wręcz zaraźliwy – to ponad 4- godzinne wydarzenie upłynęło jak z bicza strzelił! To był chyba najlepszy koncert Turbo na jakim byłem! (choć mam świadomość, że jako zagorzały fan, pewnie już kilka razy to o nich mówiłem). Podczas setów parę razy zmieniałem lokalizację i z każdego miejsca było świetnie słychać! Organizacja, goście, oprawa – wszystko zagrało perfekcyjnie! BTW – te przerwy na nawodnienie wcale nie były tak bez sensu 😉
Piotr Spyra


















































