2026.02.21 – EkoOrkiestra & Goście – Piekary Śląskie, Andaluzja

Sugerując się grafiką afisza zapowiadającego wydarzenie skłonny byłem uznać, iż wybieram się właśnie na koncert dedykowany ekologom ratującym naszą upadającą planetę. Obyło się na szczęście bez prelekcji i wykładów działaczy Green Peace. Kwestię pro-ekologiczną załatwiły porozwieszane na ścianach plakaty nawołujące do oszczędzania energii i segregowania surowców wtórnych. I dobrze. Sobotni wieczór w piekarskiej Andaluzji zdominowała bowiem muzyka. I to muzyka z najwyższej półki.

Szyld EkoOrkiestra okazał się poniekąd nową odsłoną znanej miłośnikom klasycznego rocka formacji Made In Warsaw. Projekt ten specjalizuje się w celebrowaniu spuścizny legend światowego rocka – głównie Deep Purple. Na swoich koncertach przypomina ponadczasowe klasyki brytyjskich praojców ciężkiego brzmienia. Tym razem zaproponowano nam jednak wydarzenie o szerszym kontekście. Czwórka instrumentalistów stanowiących trzon Made In Warsaw wraz z plejadą zaproszonych gości zabrała nas na wycieczkę po czterech dekadach dziedzictwa światowej popkultury – zaczynając na złotej epoce lat 60-tych i docierając aż do połowy lat 90-tych minionego wieku.

Program koncertu oparto na sprawdzonej recepturze Alfreda Hitchcoka. Zgodnie z koncepcją słynnego reżysera już na samym początku seansu należy zaserwować widzowi trzęsienie ziemi. A potem jeszcze spotęgować efekt. Eko-artyści poszli tym tropem. Przywitał nas nieśmiertelny riff „Whole Lotta Love” z repertuaru Led Zeppelin. Partię wokalną wykonała w nim zjawiskowa Ula Fryzka znana z grupy Chmury. Po chwili na scenę wkroczył szanowny małżonek pani Uli – maestro Jerzy Styczyński we własnej osobie! I tu osobista dygresja. Przy całym szacunku dla pozostałych występujących tego dnia w Andaluzji – to właśnie on stanowić musiał niewątpliwy magnes przyciągający przybyłą do Piekar publikę. Gitarowy filar legendarnego Dżemu lubi czasem wykonać taki artystyczny „skok w bok”. Chętnie angażuje się w inicjatywy o kameralnym charakterze (patrz Guitar Trio czy SPiS), na których ma wreszcie okazję odpocząć od całorocznego wykonywania „Whisky” i „Cegły”. Tutaj też nikt nie oczekiwał od niego żadnych dżemowych evergreenów. Był za to mistrzowsko odświeżony „Come TogetherThe Beatles z równie błyskotliwym duetem wokalnym Mateusza Jagiełły i Bartka Madeja. Młodzież czuje klasykę, to widać.

Jako trzecia w zestawie zabrzmiała ze sceny „LaylaErica Claptona. Przy mikrofonie zaprezentowała się tu fenomenalna Kafi Ficaj znana z projektu BAiKA. Solo Styczyńskiego wieńczące ów utwór w niczym nie ustępowało wersji oryginalnej. Wirtuozeria w każdym calu. Po zasłużonych owacjach pan Jerzy zniknął na trochę za kulisami. Tymczasem mikrofon przejęła Agata Madejczyk. Brawurowo zmierzyła się z  „Send Me A Postcard” nieco mniej znanego w tym zestawie holenderskiego zespołu Shocking Blue. I taki scenariusz obowiązywał już do końca koncertu. Ciągłe zmiany przy mikrofonie, żonglowanie repertuarem i nieoczekiwane skoki na osi czasu.  

Po żywiołowym odczytaniu przez Kafi „Piece Of My Heart”  z dorobku Janis Joplin przyszła pora na zaskakującą interpretację „Personal Jesus”. Ów przebój Depeche Mode wzbogacony został o nieco psychodeliczną improwizację a śpiewający go Bartek Madej w dowcipny sposób zapowiedział swoją następczynię: „Na każdym koncercie potrzebny jest jakiś progres, jakieś rozwinięcie. Ja jestem Madej, więc po mnie wystąpi Madejczyk”. I tak też było. Wywołana do tablicy Agata Madejczyk uroczo wcieliła się w rolę Debbie Harry w największym przeboju Blondie – „Heart Of Glass”.

Nie zabrakło też bloku poświęconego rodzimym twórcom. Stąd „Gołębi puchLombardu i „Szare mirażeMaanam. W obu rolę frontmanki przejęła Ula Fryzka. Zmierzenie się z legendą Kory i Małgorzaty Ostrowskiej przyszło jej bez trudu. Wreszcie jeden z najmocniejszych punktów programu – „Alien” grupy TSA. Mateusz Jagiełło zaśpiewał go po królewsku – w końcu nazwisko zobowiązuje. Ikoniczne solo Andrzeja Nowaka pięknie przypomniał jego kompan z epoki – powracający zza kulis Jerzy Styczyński. Pewnie w niejednym oku zakręciła się łezka. Dla rozluźnienia dostaliśmy zatem „To Love Somebody” z repertuaru Bee Gees, w którym głosu użyczył Bartek Madej.

Druga połowa wieczoru stała pod znakiem licznych niespodzianek. Za taką uznać można chociażby „Because The Night”, którą to pieśń napisał przed laty Bruce Springsteen dla Patti Smith. Tu znów kunsztem wokalnym zabłysnęła Agata Madejczyk. Po chwili jeszcze większa petarda – „Rock You Like A Hurricane”, heavymetalowy przebój Scorpions i absolutnie genialna interpretacja Kafi Ficaj wzbogacona o stosowne solo gitary Styczyńskiego. A na dokładkę „Are You Gonna Go My WayLenny’ego Kravitza z Mateuszem Jagiełłą na wokalu.

W trakcie odgrywania „PoisonAlice’a Coopera do gromady wokalistów spontanicznie dołączył też Jacek Dewódzki. Były wokalista Dżemu wraz z aktualnym gitarzystą Dżemu wykonali następnie klasyk The Rolling Stones – „Honky Tonk Women”. Wybór zapewne nieprzypadkowy. Znamienne, że obaj panowie ćwierć wieku temu mieli okazję otwierać chorzowski koncert Stonesów na Stadionie Śląskim. Ech, te sentymenty.

Jak piosenka jest o niczym to nie ma piosenki” – taką oto filozoficzną zapowiedzią Jacek Dewódzki wprowadził nas w temat otwierający kompozycję grupy U2 – „With Or Without You”. O dziwo – całkiem dobrze sprawdził się jako Bono. Pokusił się nawet o solo harmonijki ustnej. W ogóle był tego wieczoru w mocno „rockandrollowym” nastroju – jeśli wiecie co mam na myśli. Stąd bez trudu wcielił się w rolę Nicka Cave’a w „Where The Wild Roses Grow”. Za to partię Kylie Minogue wzięła na siebie Ula Fryzka. Nie wiem czy takie było pierwotne zamierzenie pomysłodawców, ale ten intrygujący duet w niczym nie ustępował kontrowersyjnej obsadzie z oryginalnej wersji piosenki.

Na finał wszyscy uczestnicy wydarzenia zjednoczyli się w nieco żartobliwej wersji stadionowego przeboju Queen – „We Will Rock You”. Nie zabrakło nawet „Misia Uszatka” z Dewódzkim a capella w roli głównej. I teoretycznie mógł to już być koniec koncertu. Ale nie. Jak powszechnie wiadomo – nie ma dymu bez ognia. Ogień był przez cały czas, nadeszła więc pora na dym. A konkretnie – na Dym na Wodzie czyli „Smoke On The WaterDeep Purple, rockowy hymn wszystkich gitarzystów elektrycznych. Znacznie wydłużona interpretacja przerodziła się pod koniec w motyw reggae, w trakcie którego Jacek Dewódzki wplótł kilka wersów „Buffalo SoldierBoba Marleya.

To była bardzo przyjemna dwugodzinna przygoda z rockową klasyką. Ogromna w tym zasługa nie tylko gwiazdorskiej obsady wokalnej i gościnnego udziału Jerzego Styczyńskiego ale także fenomenalnego zespołu Made In Warsaw. Czwórka tworzących go instrumentalistów to prawdziwi fachowcy. Doskonały gitarzysta Dawid Pięta, świetny basista Darek Goc, czarujący klawiszowymi barwami Łukasz Jakubowicz i kapitalny perkusista Przemek Nalazek. Tego ostatniego chciałbym wyróżnić szczególnie. Widać i słychać, że musiał on poświęcić wiele godzin na przyswajanie rytmów swoich wielkich poprzedników. Bez trudu przychodzi mu teraz idealne odtwarzanie partii tak różniących się od siebie bębniarzy jak John Bonham, Jim Gordon, Paweł Markowski czy Marek Kapłon.

Jak się okazuje – koncert wypełniony coverami też może być udanym wydarzeniem artystycznym. Nie sztuką jest wszakże sięgnąć po znany standard. Rzecz w tym, aby umieć zaprezentować go w nowym, atrakcyjnym aranżu. Odczytać na nowo. Dodać coś od siebie. To trochę jak z gotowaniem – nawet odgrzewany kotlet smakuje lepiej, gdy kucharz posypie go nową przyprawą.

Michał Kass

Organizatorem koncertu był Made In Warsaw przy wsparciu  środków Unii Europejskiej w ramach Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (NextGenerationEU) Narodowy Instytut Muzyki i Tańca Krajowy Plan Odbudowy RP

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *