Tradycja grudniowych koncertów Leszka Windera z przyjaciółmi pod hasłem „Świąteczny Blues” ma długą i bogatą historię. Przez ostatnie kilkanaście lat przyzwyczailiśmy się już do tych muzycznych spotkań wieńczących kolejny rok kalendarzowy. Zazwyczaj wydarzenie pod tym szyldem odbywało się w katowickim Domu Kultury „Koszutka”. Przeważnie też gromadziło komplet publiczności. Z niemałym zdziwieniem przyjąłem zatem fakt, iż na lokalizację tegorocznej edycji imprezy wybrano klub Kato Blues Faces – miejsce równie ważne dla lokalnej kultury, ale o zdecydowanie skromniejszym metrażu. Potem oczom mym ukazał się jeszcze afisz ujawniający listę wykonawców zaproszonych do udziału w tymże koncercie. Oniemiałem! Wszak to prawdziwy gwiazdozbiór postaci lokalnej sceny bluesowej. Do tego jeszcze wisienka na torcie – sam maestro Jerzy Piotrowski, legendarny wirtuoz perkusji z SBB! Wyobraziłem sobie gigantyczną kolejkę chętnych, którym nie uda się dostać do środka klubu w mikołajkowy wieczór 2025 roku.
Moje przypuszczenia okazały się słuszne. Takiej frekwencji w Kato Blues Faces nikt dotychczas nie widział. Prawdziwe oblężenie. Dopuszczalna Ilość fanów bluesa na metr kwadratowy została z pewnością przekroczona. Szykuje się chyba nowy wpis w Księdze Rekordów Guinessa. W każdym razie robiło to wrażenie. Klimatyzacja pracowała na pełnych obrotach. Wśród publiczności zarówno stali bywalcy jak również osoby, dla których „Świąteczny Blues” okazał się pretekstem do zadebiutowania w progach tego zacnego przybytku. Zresztą mnogość występujących też mogła przyprawiać o lekki zawrót głowy – dwunastu artystów! Całe szczęście, że program koncertu podzielony został na trzy bloki tematyczne. Równoczesne pojawienie się całej dwunastki byłoby przecież absolutnie niemożliwe.
Na pierwszą część koncertu złożył się – nieco krótszy niż zwykle – recital Śląskiej Grupy Bluesowej. W zaledwie czterdziestu pięciu minutach skomasowano wszystkie sceniczne atuty kolektywu pod wodzą gitarzysty Leszka Windera. Zwyczajowo towarzyszyli mu Krzysztof Głuch na klawiszach, Mirek Rzepa na basie, Agnieszka Łapka przy mikrofonie, Michał Kielak na harmonijce ustnej i Max Ziobro za perkusją. W charakterze gości specjalnych skład ten wsparli swym śpiewem Joanna Kaniewska i Adam Kulisz. Repertuar oparto głównie na piosenkach Jasia Kyksa Skrzeka. Z głośników wybrzmiały zatem klasyki „Wczoraj byłem w kinie”, „Bo takie są dziewczyny”, „Słodki dom”, Sztajger” czy obowiązkowa „Modlitwa bluesmana w pociągu” (znowu wzbogacona cytatem z „Who Knows” Hendrixa). Z nowszych jedynie „Dni nie moje”. Na bis „O mój Śląsku” z jak zwykle wyśmienitą solówką gitarową szefa zespołu. Chociaż krzywdzące byłoby tu pominięcie pozostałych muzyków. Każdy z nich to mistrz swego instrumentu. Panowie Kielak i Głuch zresztą sami doskonale dbają o to, aby nie przeoczyć ich obecności. A słuchanie tych facetów na żywo to zawsze doznanie artystyczne z gatunku tych przyjemnych.
W tych samych superlatywach wyrazić mogę swój zachwyt nad drugą odsłoną sobotniego wieczoru. Kolejnym rozdziałem był bowiem – niestety również o wiele za krótki – występ trójki artystów wybitnych. Okazjonalne trio bez nazwy składało się z Grzegorza Kapołki na gitarze, Dariusza Ziółka na basie i entuzjastycznie powitanego Jerzego Piotrowskiego za swym imponującym zestawem bębnów. Warto podkreślić, iż nasze perkusyjne dobro narodowe ma za sobą świeżo zakończoną kolejną trasę z SBB a w perspektywie jeszcze dwa koncerty w ramach gwiazdorskiej konstelacji Supersession. Tylko pozazdrościć panu Jerzemu wigoru i pasji. Niespełna dwudziestominutowy set tercetu wypełniły autorskie kompozycje Grzegorza Kapołki w nieco swobodniejszych aranżacjach.
No i wreszcie Grande Finale tegorocznej edycji – blisko godzinna uczta dla wszystkich koneserów blues-rockowej sztuki z najwyższej półki. Do trójki występujących w bloku drugim dołączył ze swymi skrzypcami Jan Gałach. Na scenę powrócili też Leszek Winder, Michał Kielak i Krzysztof Głuch. Szczęśliwa Siódemka zaserwowała nam podróż do krainy improwizacji. Kształt linii granicznych tejże krainy wyznaczyły zaś kompozycje legendarnej grupy Krzak i jej projektów pochodnych (czyli Błędowski Winder Band i Czarny Pies). Na początek rozciągnięty do dziesięciu minut „Jacky 2004”, potem liryczna bluesowa ballada „Kawie” wydłużona o motyw allmanowski, stareńkie „Ontario” i żywiołowa „Ściepka”. I gdy wydawało się, że ekipa zacznie już zwijać sprzęt – rozochocona publika wymogła jeszcze coś na bis. Akcentem pożegnalnym stał się więc „Wit” – również w mocno rozbudowanej wersji, w której znalazło się miejsce na perkusyjne solo pana Jerzego. Z reguły nie dziwią mnie entuzjastyczne reakcje na takie popisy. Tutaj jednak mieliśmy do czynienia z sytuacją skrajną. Jeden z nadgorliwych sympatyków Piotrowskiego wyraził swój zachwyt przybierając pozycję klęczącą vis a vis bębna basowego. Cóż, można i tak.
I tak oto dobiegł końca ów magiczny koncert przy pierwszej sobocie grudnia. Z jednej strony wydarzenie nostalgiczne – spinające klamrą wszystko co najlepsze w rodzimym bluesie. Z drugiej – zaostrzające apetyt na kolejne atrakcje nadchodzących miesięcy. Czas spędzony uroczo na celebracji żywej muzyki. Lepszego podsumowania mijającego roku nie można sobie chyba wyobrazić.
Tekst: Michał Kass
Zdjęcia: Agnieszka Cieślik



























































Trudno, ba, ciężko było by napisać bardziej obiektywne sprawozdanie z wydarzenia !? SUPER !