Już po raz trzeci mam przyjemność relacjonować wydarzenie o nazwie Michałkowickie Bluesowanie im. Jana „Kyksa” Skrzeka. Samej imprezie przyglądam się zaś niemal od jej początków. To piękna, szlachetna inicjatywa włodarzy miasta Siemianowice Śląskie – grodu, w którym przyszedł na świat Jan „Kyks” Skrzek. Tegoroczna edycja była już jedenastą odsłoną mini-festiwalu upamiętniającego wybitnego krajana. Nie bez przyczyny mówi się, że śląski blues ma swoje korzenie właśnie w Siemianowicach. To tutaj urodzili się bracia Skrzekowie, tutaj podejmowali pierwsze działania twórcze. Potem odnieśli sukcesy w całym kraju, rozsławili naszą odmianę bluesa poza granicami, zawsze jednak podkreślając dumę z miejsca swej ojcowizny. Rola miasta w rozwoju kultury muzycznej XX wieku jest więc nieoceniona, co w swej kwiecistej przemowie przypomniał nam zapowiadający imprezę niezawodny Marek Omelan, gospodarz Parku Tradycji.
XI edycja festiwalu przybrała nieco inną formę. Organizatorzy postanowili bowiem zaprosić do współudziału w imprezie artystę powszechnie znanego fanom polskiej sceny muzycznej, niekoniecznie jednak kojarzonego z gatunkiem bluesowym. Wybór padł na Marka Piekarczyka – wokalistę legendarnej formacji TSA, który w ostatnim okresie regularnie koncertuje w towarzystwie dwójki kompanów z Bochni, prezentując na żywo program złożony z wybranych utworów TSA, solowych oraz zaskakujących opracowań kompozycji obcego autorstwa. Skład obok frontmana współtworzą Tadeusz Apryjas na gitarze akustycznej i Jacek Borowiecki stukający rytmicznie w instrument o nazwie cajon. Surowe, uproszczone aranżacje popularnych kawałków w wersji scenicznej nic nie straciły ze swej mocy a w kilku przypadkach rzuciły wręcz nowe światło na wyświechtane przeboje.
Mimo iż nazwisko Piekarczyka uwypuklono na afiszu większą czcionką niż nazwę Śląskiej Grupy Bluesowej i mogło to sugerować, że będzie on pełnił rolę gwiazdy wieczoru, kolejność występów okazała się odwrotna. Pan Marek pojawił się na scenie jako pierwszy. Taka była jego wola. Jak tłumaczył ze sceny – decyzja ta wynikała z szacunku dla miejsca, w którym ŚGB jest od początku niekwestionowanym gospodarzem festiwalu. Zresztą akustyczny aranż tria okazał się idealnym wprowadzeniem w klimat wieczoru, którego zwieńczeniem był potem w pełni elektryczny (i miejscami wręcz jazgotliwy) koncert grupy pod przewodnictwem Leszka Windera. Przeciwna kolejność występów rzeczywiście mogłaby się nie do końca sprawdzić. Wszystko było więc doskonale przemyślane.
Na scenie Marek Piekarczyk to nie tylko wyjątkowy wokalista – który mimo swych siedemdziesięciu czterech lat wciąż zachowuje wyśmienite warunki głosowe – ale także świetny gawędziarz. Chętnie przywoływał wspomnienia związane z patronem imprezy, zwłaszcza wracając pamięcią do jarocińskiego epizodu Jasia Kyksa. Między utworami nie stronił od anegdot, które w większości nie nadają się niestety do zacytowania w niniejszym tekście. Serwował też barwne opowieści o prowincjonalnym żywocie swoich kolegów, podkreślając relaksujący klimat rolnictwa w przełożeniu na twórczość estradową.
W trakcie niespełna godzinnego występu tria usłyszeliśmy nie tylko akustyczne opracowania hitów z repertuaru TSA. Wieczór rozpoczął się bowiem od „Na wysoką wchodzę górę” autorstwa Tadeusza Nalepy. Potem było własne „Czy pamiętasz” i dopiero wówczas przyszła pora na zestaw trzech numerów macierzystej grupy pana Marka – „Chodzą ludzie”, „To boli” i oczywiście słynne „51”, bez którego koncert Piekarczyka obejść by się po prostu nie mógł. Zabrzmiało też „Wymyśliłem ciebie” Andrzeja Zauchy (jeszcze z czasów Dżambli), „Nie widzę ciebie w swych marzeniach” Skaldów, „Hej wracajcie chłopcy na wieś” Niebiesko-Czarnych i „Testament” grupy Test. Sporą niespodziankę stanowił na pewno kawałek „Przyszłości blask już przebija kask”. Jest to kompozycja, która wywodzi się z jedynej płyty formacji Piekarczyk & Balls Power „Xes” z 1991 roku. Album najczęściej wspominany jest ze względu na swoją kontrowersyjną okładkę, tymczasem mieści się na nim całkiem sporo wartych przypomnienia piosenek. Przekonaliśmy się o tym naocznie (nausznie?). Artyści bisowali numerem „Gdzie jest nasza miłość”, którą Piekarczyk popełnił swego czasu na potrzeby projektu Yugopolis. Wokalista przeprosił, że nie jest w stanie zaśpiewać wyproszonych przez publikę „Trzech zapałek”. Takie rzeczy to tylko na koncertach TSA. Pożegnał się słowami: „kochajcie polskie piosenki, naszych twórców, poetów, malarzy, naszą kulturę – granice można przesuwać ale nasza kultura jest w nas”.
Po krótkiej przerwie na michałkowickiej scenie rozgościła się Śląska Grupa Bluesowa. Tego dnia – akurat w rocznicę urodzin Janka Skrzeka – zespół pojawił się w składzie rozszerzonym. Obok Leszka Windera (gitara), Agnieszki Łapki (śpiew), Krzysztofa Głucha (piano), Michała Kielaka (harmonijka ustna), Mirka Rzepy (gitara basowa) i Maksa Ziobro (perkusja) formację wsparli gościnnie wokaliści Joanna Kaniewska i Adam Kulisz. Oprócz samego faktu wzbogacenia brzmienia miało to jeszcze dodatkowe uzasadnienie artystyczne. Otóż grupa zdecydowała się na rejestrację występu na poczet planowanej na przyszły rok płyty koncertowej.
Tradycyjnie wykonawcy zainicjowali swój recital kompozycją „Był sobie muzyk” poświęconą pamięci Michała Giercuszkiewicza, dawnego perkusisty ŚGB. Potem z głośników popłynęły już głównie najbardziej znane piosenki Kyksa. Usłyszeliśmy zatem „Wczoraj byłem w kinie”, „Nikt nie zna swej godziny”, „W Siemianowicach jest dzielnica” czy „Nikt nie zawróci kijem Wisły” wzbogaconą o efektowne solo perkusyjne. Nowsze dokonania grupy reprezentował wyłącznie song „Dni nie moje”. Był też dynamiczny motyw „Sweet home” stanowiący pretekst dla popisów instrumentalistów. Wzruszająco wypadła „Rajska kuźnia wujka Hanka”. Z kolei „Bo takie są dziewczyny” zakończyły się dowcipnym pojedynkiem klawiszowo-harmonijkowym. Na finał „Sztajger” i „Modlitwa bluesmana w pociągu” z wplecionym pod koniec riffem „Who Knows” Jimiego Hendrixa. Oczywiście był też gromko wyklaskany bis i raczej nikogo nie zaskoczył fakt, że piosenką wieńczącą wydarzenie okazała się najsłynniejsza ballada Jasia Kyksa Skrzeka – „O mój Śląsku”.
Bardzo cieszy mnie świadomość, że koncert ten został uwieczniony. Miło mieć perspektywę ponownego przeżycia tego wieczoru dzięki pamiątkowej płycie „live”. Śląska Grupa Bluesowa jest w tej chwili w fenomenalnej formie i żal byłoby zaprzepaścić taki potencjał sceniczny. Zbliżający się nieuchronnie rok 2026 będzie więc obfitował w interesujące akcenty muzyczne. Prywatnie dodam jeszcze, że oglądanie na scenie maestro Leszka Windera ubranego w koszulkę z logo RockArea to prawdziwy zaszczyt. Bardzo dziękuję za ten gest sympatii. No i ciekaw jestem, jakimi niespodziankami uraczą nas organizatorzy przyszłorocznego XII Michałkowickiego Bluesowania.
Michał Kass























































