To zakrawało na święto pokroju hard rockowych festiwali. Tak zacny skład to była gwarancja frekwencyjnego sukcesu. Potencjalną przeszkodą był dzień tygodnia. Ale że dla wielu to była część przedłużonego weekendu myślę, okoliczności w sumie były sprzyjające. Miejscówka może dla wielu bywalców koncertów była niewiadomą, ale ja muszę przyznać, że zarówno sama Hala Orion pozytywnie mnie zaskoczyła swoimi warunkami (kubatura, zaplecza, wielgachny parking), ale najważniejsze było to, że obiekt da się bardzo dobrze nagłośnić. Na wszystkich zespołach wspomagacze, zatyczki i tłumienie dźwięku nie było wymagane.
Trochę szkoda że zespół otwierający wieczór – szkocki HEAVY PETTIN, dysponował zaledwie półgodzinnym setem. Bo o ile w warunkach studyjnych miałem się bardziej za fana APRIL WINE, to pierwszy support pozostawił w mojej pamięci bardziej pozytywne wrażenie. Powodem wydaje się być bardzo dobry nowy album, którego kompozycje zdominowały ten występ. Poza tym ekipa prezentuje hard rock z heavy metalowym pazurem. To wszystko na żywo dostaje dodatkowego kopa. Ekipa od startu rozgrzała publiczność, a bardzo dobrą robotę w chórkach i dodatkowych wokalizach robił gitarzysta Richie Dews. W trakcie występu z kolei ekipa przypodobała się publiczności wieścią, że drugi z gitarzystów Dave Aitken ma żonę Polkę, niestety nie błysnął znajomością języka, jedynie ładnie się przywitał.
Kanadyjczycy z APRIL WINE dali swój pierwszy koncert w naszym kraju i na pewno będzie to występ zapamiętany. Ekipa brzmiała klarownie, wokalista był w świetnej dyspozycji, panowie tryskali energią, a oświetlenie było nawet lepsze niż podczas występu poprzedników. Mega wrażenie zrobił moment, w którym za jeden z klasyków zabrał się Brian Greenway. Byłem oczarowany jakością jego wokalu. Trzy kwadranse, którymi dysponował zespół to nie tylko przyjemne dźwięki, ale i wspólna zabawa. Entuzjazm muzyków był wręcz zaraźliwy. Wszystkie zespoły posiłkowały się jedynie scenografią z własnymi logosami, ale nie odczułem żadnego niedosytu, poza długością koncertów. Myślę, że oba suporty zaskarbiły sobie wielu sympatyków, którzy chętnie zobaczą ich ponownie.
Warto wspomnieć, że przerwy pomiędzy zespołami były naprawdę krótkie, a sumaryczna obsuwa gwiazdy wieczoru w stosunku do rozpiski wynosiła zaledwie kwadrans. Na czas przygotowań sceny dla URIAH HEEP, scenę zasłonięto kotarą, zza której słychać było uwijającą się ekipę. Scenę pogłębiono, a headliner miał nieco więcej elementów graficznych na scenie. Ale nie o to tutaj chodziło. Zespół kończył właśnie swoją trasę koncertową, wiec pytanie było takie czy nie zaobserwujemy zmęczenia materiału. Nic z tych rzeczy. Dostaliśmy świetny występ, poparty konferansjerką Berniego Shawa i Micka Boxa. Fajnie obserwowało się, jak klawiszowiec grupy Phil Lanzon dyrygował nami zza swojego zestawu. Właściwie każdy z muzyków miał swoją chwilę, a zadowoleni z występu musieli być fani wszystkich okresów działalności grupy. Otrzymaliśmy bowiem przekrojówkę, zespół zaprezentował czadowe utwory z obecnego czasu działalności, które posiadają bez kozery heavy metalowy pierwiastek, ale też z lubością wrócili do swoich korzeni, gdzie Bernie wspomniał jak to byli szufladkowani jako zespół prog rockowy, czy nawet folkrockowy. No ale przyznać należy, że zarówno momenty, które wywoływały headbanging, jak i powodujące taniec The Wizard czy Lady in Black cieszyły publiczność jednakowo. Oczywistym było że musimy usłyszeć klasyki jak Gypsy i Easy Living… więc dobór kompozycji łączył wszystkie aspekty za które uwielbiamy URIAH HEEP. I może z rozrzewnieniem wspominam ich klubowe koncerty promujące bieżące wydawnictwa, ale trzeba przyznać że to jest zespół stworzony na duże sceny. Tu się sprawdzają. Ja byłem zachwycony.
Piotr Spyra














































