Lata mijają, zmieniają się muzyczne trendy a Illusion nadal trzyma się dzielnie. Trójmiejska legenda ciężkiego rocka, niekwestionowana gwiazda polskich scen lat 90-tych wciąż budzi emocje i przyciąga publiczność spragnioną energetycznego grania. Od chwili triumfalnego wznowienia działalności w 2011 roku upłynęło już trochę wody w Wiśle. W międzyczasie grupa dorobiła się dwóch albumów premierowych i jednej retrospektywnej płyty z aranżacjami akustycznymi. Ich fonograficzny dorobek ma szansę powiększyć się niebawem o kolejny materiał. Jeszcze w tym miesiącu zespół planuje bowiem wkroczyć do studia nagraniowego celem rejestracji swej siódmej/ósmej płyty. Czyli której w końcu? No właśnie. Dla osób niezorientowanych w meandrach twórczości Tomka Lipnickiego i spółki numeracja kolejnych płyt grupy stanowić może niezłą zagwozdkę. Wspomniany przed chwilą – i dostępny przed koncertem na stoisku z gadżetami – akustyczny krążek ochrzczono mianem „Illusion 7”. A nie jest on de facto siódmą premierową pozycją w dorobku formacji. Zawiera wszak nagrane na nowo rzeczy znane już wcześniej. Ale to jeszcze nic. Swego czasu płyta czwarta nosiła nazwę „6”. Naprawdę można się pogubić.
Zostawmy jednak kontrowersje dotyczące nazewnictwa. Grunt, że strona muzyczna nie jest dla fanów zagadką. Doskonale wiedzą, czego oczekiwać od czterech jeźdźców rockowej apokalipsy. Grupa od samego początku funkcjonuje w niezmienionym składzie. Obok lidera, grającego na gitarze wokalisty Tomasza „Lipy” Lipnickiego tworzą ją basista Jarosław Śmigiel, gitarzysta Jerzy „Jerry” Rutkowski i perkusista Paweł Herbasch. Kwartet zwabił w listopadowy wieczór do Siemianowickiego Centrum Kultury całkiem pokaźny tłumek swoich zwolenników. Przeważali wprawdzie ludzie z roczników pamiętających największe sukcesy Illusion, ale wśród publiczności nie brakowało także rockowej młodzieży. Cieszy mnie to szczególnie mocno, gdyż obrazek taki nie jest już niestety na koncertach zjawiskiem powszechnym.
Występ gwiazdy wieczoru poprzedził krótki – niespełna czterdziestominutowy – set pełniącej tego dnia rolę supportu młodej formacji Bring Down The Sky. Złożyła się na niego zawartość debiutanckiego albumu „Breaking The Silence”. Twórczość piątki muzyków to specyficzna mieszanka wielu wpływów, które najprościej określiłbym jako skrzyżowanie thrash i nu metalu. Elementem wyróżniającym Bring Down The Sky na tle wielu innych podobnie grających kapel są partie wokalne, którymi współdzielą się aż trzej członkowie składu. Do tego dodajmy jeszcze nietuzinkowy image jednego z wokalistów – twarz skrytą pod złowrogą maską. Przekaz dźwiękowy niewątpliwie trafił na podatny grunt, co unaoczniła żywiołowa reakcja słuchaczy.
Prawdziwy entuzjazm ogarnął poczciwą salkę SCK-u jednak dopiero chwilę po 20:00. Odrobinę spóźnieni panowie z Illusion od razu ostro zabrali się do pracy. Program występu ułożono według sprawdzonej receptury. Zdominowały go same konkretne ciosy ze złotego okresu działalności, sporadycznie poprzetykane propozycjami nowszymi. Były więc „Kły”, „Nikt”, „Vendetta”, chóralnie odśpiewane „To co ma nadejść” i oczywiście nieodzowny „Nóż”. Z tych późniejszych – mocny „Kto jest winien”. Mniej więcej w środku koncertu wybrzmiały dwie piosenki premierowe – póki co wciąż bez oficjalnych tytułów. Wypadły bardzo obiecująco. Wygląda na to, że nadchodzący album będzie ważną pozycją w dyskografii Pomorzan. Zwyczajowo do skandowania refrenu numeru „Wojtek” wpuszczono na scenę grupkę zaprzyjaźnionych członków fanklubu. Osobiście najcieplej odebrałem z kolei prezentację utworu „Solą w oku”, którego przekaz liryczny wciąż zyskuje na aktualności. Do tego żartobliwe „140” i potępiające przemoc „Na luzie” – czyli wszystko to, bez czego występ kwartetu obejść by się nie mógł.
Żywiołowość panów instrumentalistów budzi szacunek. Nie ukrywajmy – do grona dwudziestolatków dawno już nie należą. Tymczasem nie oszczędzają się nic a nic! I widać, że robią to z autentyczną radością na twarzach. Specyficzna konferansjerka Lipy to temat na osobną opowieść. Taka wartość dodana podczas koncertu. Ma facet swój kod językowy, którym posługuje się przy nie zawsze poważnych zapowiedziach poszczególnych kawałków. Podejrzewam, że mógłby obecnie całkiem sporo osiągnąć w dziedzinie rodzimego stand-upu. Na szczęście wybrał jednak zawód artysty „szarpidruta” – z korzyścią dla swoich fanów oraz historii polskiego rocka.
Michał Kass














































