Dobrze, że w naszym zwariowanym świecie wciąż są jakieś rzeczy stałe i pewne. Chociaż złośliwi twierdzą, że pewne są tylko podatki i śmierć. Nie sposób z tym polemizować. Ale równie pewna i stała jest tradycja organizowania w Spodku festiwalu Rawa Blues. Wiadomo – rokrocznie w pierwszej połowie października. Wszak tradycja zobowiązuje. A sięga roku 1981. I tak oto szczęśliwie doczekaliśmy już 43-ciej edycji tej imprezy. To coś więcej niż tylko festiwal. To trwały symbol Katowic. Jedni mają Syrenkę, inni Koziołki. My mamy Spodek i Rawę. I całe szczęście. Tutaj blues ma swoje korzenie. I swój dom.
O składzie tegorocznej edycji zawczasu informowały już afisze porozwieszane na terenie całego województwa. Wiadomo zatem było, czego tym razem należy się spodziewać. Swoistą nowością jest fakt, że wśród gwiazd koncertu finałowego pojawiły się same znajome nazwy. Chyba nie było jeszcze takiej sytuacji. Zwykle ktoś przybywał po raz pierwszy. Tymczasem zarówno Shemekia Copeland, Tommy Castro i Eric Sardinas to wykonawcy, których śmiało określić możemy weteranami Rawy. O Irku Dudku nie wspominam, przecież to gospodarz. Jest zawsze. Zaproszenie po raz kolejny tych samych artystów to jak najbardziej przemyślana strategia, co wytłumaczył pomysłodawca podczas zapowiadającej festiwal konferencji prasowej.
Niezmiennie festiwal wystartował w samo południe od inauguracji konkursu młodych wykonawców na Małej Scenie. W tym roku do przeglądu zakwalifikowało się pięć podmiotów wykonawczych. Wymienię według kolejności występów: Vibe Brothers Band, Caroline & The Lucky Ones, Krem, Koher oraz Rusty Pine. Zwycięzcą okazała się grupa Koher, której przypadł potem zaszczyt pokazania się ponownie przed festiwalową publicznością – tyle, że już na Dużej Scenie, w głównej hali koncertowej Spodka.
Duża Scena wystartowała punktualnie o 15:00. Po uroczystym harmonijkowym przywitaniu przez gospodarza w towarzystwie niezastąpionego redaktora Jana Chojnackiego na deski sceniczne wkroczyła zwycięska ekipa Koher. Nic dziwnego, że jury postanowiło docenić ten właśnie zespół. Robią naprawdę kolosalne wrażenie. Czuć profesjonalizm, doświadczenie i ciekawy pomysł na siebie. Z jednej strony dobry wokalista, śpiewający teksty gwarą śląską, z drugiej świetnie zgrany trzyosobowy chórek i błyskotliwi instrumentaliści z fenomenalnym Jackiem Szułą na harmonijce ustnej. W pełni zasłużona wygrana.
Zaraz potem scenę przejął Stonage Full Of Sun. To oni w ubiegłym roku zrobili prawdziwą furorę podczas przeglądu nieznanych kapel. Teraz wrócili już jako doświadczony band i udowodnili, że nagroda przyznana została słusznie. Jest w ich graniu jakiś pierwotny instynkt, charakterystyczny dla prekursorów rocka z lat 70-tych. W międzyczasie skład nieco się rozrósł. Jest zjawiskowa skrzypaczka i energiczny klawiszowiec z Hammondem. Gościnnie w jednym utworze wzmocnił ich jeszcze Marek McCaron Motyka na drugiej gitarze. Ogromny aplauz słychać było najbardziej w wydaniu młodszej części widowni. Niewiele brakowało a Stonage Full Of Sun zagrałby bis. Niestety, ograniczenia czasowe przekreśliły tę możliwość.
Na swoją kolej czekał już Coffee Experiment. To kolejna mocno rozrośnięta brygada. Na froncie aż dwie wokalistki i głośna sekcja dęta. Głównym magnesem jest tu jednak gitarzysta Krzysztof Głuch Junior. Śledzę jego dokonania już od jakiegoś czasu (w różnych składach) i jestem pewien, że wielka sława będzie kiedyś jego udziałem. Wystarczy posłuchać płyt Oscilate. Tutaj zaprezentował się w nieco innej odsłonie. Coffee Experiment najbardziej odstawał bowiem gatunkowo od reszty wykonawców tegorocznej edycji festiwalu. Kolektyw zaproponował intrygującą mieszankę bluesa, jazzu, funky i R&B.
Dla przeciwwagi dostaliśmy bluesa w najbardziej korzennym, akustycznym wydaniu. Angielski gitarzysta z Finlandii – L.R. Phoenix – przedstawił się w konwencji „one man show”. Tylko jego głos i instrument. Mogło się podobać, zwłaszcza że facet dysponuje naprawdę potężnym wokalem, ale na dłuższą metę było jednak nieco nużące. Przydałby się chyba jakiś skład towarzyszący.
Niespodzianek nie było za to podczas recitalu Kulisz Blues Session. Adam Kulisz zaprosił wszak samych dobrych znajomych, że wymienię tu Michała Kielaka, Maxa Ziobro i Adama Lomanię. Skupili się oczywiście na promocji materiału z wydanej w tym roku płyty „El Clasico”. Nie mogło jednak zabraknąć starszego hitu Kobiórskiej Dumy Bluesa – „Boogie Man”.
Tuż przed częścią finałową zdążył jeszcze zagrać szczeciński Free Blues Band. To prawdziwa legenda krajowej sceny blues-rockowej. Istnieją od 1979 roku a na Rawie pojawili się już siedemnasty raz. Oczywiście skład przez lata nieco się pozmieniał. Cały czas na jego czele stoi jednak niestrudzony Andrzej Malcherek a prawdziwą ozdobą tego zespołu jest jego żona Agnieszka, podobno jedyna kobieta w Polsce grająca na organach Hammonda. Czy naprawdę jedyna – trudno powiedzieć. Za to bez wątpienia jedyna, która gra na nich tak żywiołowo.
Zgodnie z niepisaną regułą festiwalu lista nazwisk wykonawców na plakacie zapowiadającym Rawę nigdy nie odpowiada faktycznej kolejności ich występów. Ma to na pewno jedną zaletę – nigdy nie wiadomo, co wydarzy się za chwilę. Organizator lubi trzymać publikę w napięciu. Stąd też jako pierwszy w bloku finałowym zagrał Tommy Castro wraz z towarzyszącym mu zespołem The Painkillers. Rozgrzali publikę swoją mieszanką bluesa i rock’and’rolla. Set zdominowały kompozycje z wydanej wiosną tego roku płyty „Closer To The Bone”. Paradoksalnie największy entuzjazm wzbudziło wykonanie piosenki „Everywhere I Go”, w której główną partię wokalną przejął (będący jednocześnie autorem tegoż kawałka) basista Painkillersów – Randy McDonald.
Niestety – prawdziwą koncertową zmorą ostatnich lat jest brzydki zwyczaj przychodzenia dopiero na gwiazdy. Stąd też podczas wcześniejszych występów sala Spodka świeciła pustkami. Zagęściło się dopiero w trakcie setu Tommy’ego Castro. Ogromne zainteresowanie wzbudził też występujący po nim gospodarz festiwalu – Irek Dudek. W tym roku zaproponował on słuchaczom zupełnie nową formułę. Zamiast wieloosobowej orkiestry bądź lubianego tutaj składu Shakin’ Dudi postawił na eksperyment pod nazwą Super Harp. W dosłownym rozumieniu – wyszedł na scenę dzierżąc w ręku wyłącznie harmonijkę ustną. Spokojnie usiadł na krzesełku i zaczął grać, sporadycznie też dośpiewując pewne frazy. Zaowocowało to przedziwną miksturą bluesa, tradycyjnej muzyki ludowej i gwarowych przyśpiewek. Wymagało też sporego skupienia u słuchających, stąd po niespełna trzydziestu minutach Dudek grzecznie podziękował publiczności za cierpliwość i ustąpił miejsca kolejnemu wykonawcy.
Przyszła pora na koncert – bez wątpienia – największej gwiazdy tegorocznej edycji. Shemekia Copeland przywiozła ze sobą skład liczący pięć osób. Jego wyjątkowość polegała jednak na ilości akompaniujących gitarzystów, których było tam aż trzech. Do tego zwyczajowa sekcja rytmiczna. Bez obaw, panowie nie zagłuszali się wzajemnie. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Każdy z gitarzystów miał okazję zabłysnąć podczas partii solowych a także budować tło podczas solówek kolegów. Uzupełniali się idealnie. Shemekia to natomiast ekstraklasa! Jak słusznie spuentował Jan Chojnacki – prawdziwa królowa bluesa. Jej śpiew unosił dach Spodka. Repertuar opierał się głównie na ostatniej jak dotąd płycie „Blame It On Eve” – z emocjonalnie zapowiedzianą piosenką tytułową włącznie. Nie zabrakło też starszych numerów a nawet sięgnięcia po kompozycję swojego taty, nieżyjącego już amerykańskiego gitarzysty Johnny’ego Copelanda.
Niespodziewanie ostatnim akcentem Rawy Blues 2025 był więc Eric Sardinas. To wykonawca, który wzbudza skrajne reakcje. Albo się go uwielbia, albo unika. Nie ma nic pomiędzy. Stąd też część zgromadzonych ruszyła już w kierunku szatni, natomiast spora grupa fanów podbiegła do barierek pod sceną. Pan Sardinas niezaprzeczalnie roztacza magnetyzm – zwłaszcza u płci przeciwnej – w czym nie przeszkadza mu nawet pokaźny wąs godny marynarza na osiemnastowiecznym statku piratów. Również jego muzyka wywołuje gorączkowe reakcje zwolenników. Konwencja klasycznego Power Trio wymusza długie, niekończące się solówki gitarowe, przeważnie eksponujące technikę „slide”. Jest w tym dużo popisywania się, nie ukrywajmy. Dramaturgię występu psuły momentami nieco przydługie pauzy, których powodem była awaria paska podtrzymującego gitarę Sardinasa. Wąsacz poradził sobie jednak z problemami i szczęśliwie dobrnął do końca swojego koncertu. Zostali z nim najwytrwalsi. Impreza dobiegła końca niemal tuż przed 23:00.
Chociaż z roku na rok wydarzenie staje się coraz bardziej elitarne – że tak delikatnie ominę kwestię słabej frekwencji – to jednak słuszność jego kontynuacji nie budzi najmniejszych wątpliwości. To bardzo potrzebny festiwal. Przyjazny, rodzinny, sprzyjający nawiązywaniu nowych kontaktów. A do tego niezwykle cenny dla wizerunku naszego regionu. Tutaj zarówno wykonawcy jak i fani wzajemnie odczuwają przenikające się pozytywne wibracje. Stali bywalcy chętnie powrócą tutaj za rok. Na pewno!
Michał Kass




















































