Dla kogoś wychowanego na tradycyjnych brzmieniach metalowych, zawsze dziwnym jest moment, w którym kultowy zespół supportuje młodych wilków. Ale też jeśli ktoś nie urodził się wczoraj wie, że kult a popularność, to często dwa różne zagadnienia. Wielu moich znajomych brzęczało, na fakt, że Megadeth grał przed Distrurbed. Dla mnie taka formuła to nie novum. Z drugiej strony należało się cieszyć, że zespół Dave’a Mustaina pojawi się w naszym kraju na (skrócony – owszem) koncert, jeszcze przed wydaniem kolejnej płyty.
Dość punktualnie z głośników popłynęło intro, które właściwie uśpiło naszą czujność, bo wydawać się mogło, że to jeszcze muzyka w tle. Natomiast kiedy przygasły światła przez halę Tauron Areny przebiegły gromkie owacje i na scenie pojawił się Megadeth! Nie mieli jakiejś specjalnej scenografii, górę sceny zdobiło jedynie wielkie logo formacji. Trochę brakowało nam też telebimów, ale wsparci przyzwoitą pracą świateł chłopaki zagrali dla nas istny set festiwalowy. Z naciskiem na czasy najbardziej popularnych albumów: „peace sells”, „rust in peace” i „countdown…”. Co do listy utworów, dla mnie zaskoczeniem było to, że zespół nie pokusił się o prezentację nowego singla, oraz że sięgnęli po dwa kawałki z „Criptic Writings”. Oprócz „Trust”, który jest ich koncertowym pewniakiem usłyszeliśmy również „She-wolf”. Megadeth weszli na scenę i zrobili swoje. Na chwilę konferansjerki Dave pozwolił sobie dopiero przed ostatnim kawałkiem. Widać było okrojoną formułę tego występu na każdym kroku. Mieli przecież do dyspozycji zaledwie godzinę. Przyznać muszę jednak, ze to był świetny koncert. Nie tylko ja byłem zadowolony. Liczna część publiczności przyozdobiona koszulkami zespołu również poruszała się w trakcie przerwy po obiekcie z uśmiechami przyklejonymi do twarzy. Ze swojej strony dodam, że to był mój trzeci koncert Megadeth – i chyba najlepiej nagłośniony. Dobra robota! I do zobaczyska na trasie promującej przyszłoroczną płytę.
Disturbed zaplanowało tą trasę jako jubileusz płyty „The Sickness” i nie było tajemnicą, że ten album usłyszymy tego wieczoru w całości. Po tym jak Megadeth zakończył swój występ scenę zasłoniła gigantyczna płachta, na której wyświetlano animacje, a później filmiki związane z wczesnymi latami zespołu. Jak się okazało miała też zasłonić skrzętne prace nad scenografią. Kiedy kurtyna opadła, naszym oczom ukazało się wielkie rusztowanie, które było wypełnione wyświetlaczami i do którego były przymocowane światła i pirotechnika. Wyświetlacze nie spełniały roli telebimu (i tu znowu – szkoda), raczej podbijały klimat rytmicznymi animacjami. Ekipa wpadła na scenę i od razu dowalili do pieca. Wiadomo, pierwsza część wieczoru to miał być wspomniany „The Sickness”. Ale ileż ta muzyka wyzwalała emocji! Publiczność szalała przy każdym utworze, jakby był zaskoczona jego pojawieniem się na liście. Członkowie zespołu przechadzali się po scenie, skrzętnie korzystając z wypuszczonego w tłum jej fragmentu. David Draiman wwieziony na scenę, spętany na wózku robił piorunujące wrażenie. Oczywistym było że przy dźwiękach „Down with the sickness” cały budynek zadrżał w posadach. I to nie przenośnia. Faktycznie odczuwało się na sektorze, jak konstrukcja pracuje! Disturbed umie robić covery. Pierwszym był odegrany w tej części setu „Shout”, który zrewitalizowany przez Disturbed prezentuje się wyśmienicie. A to nie był ostatni taki akcent tego wieczoru. W pewnym momencie na scenie pojawiło się krzesło elektryczne, w którym posadzono Draimana… i wykonano wyrok. Ta inscenizacja naprawdę robiła wrażenie. Iskry płynące z instalacji – krew na ubraniu. Wow! A to nie wszystko co miało być naszym udziałem.
Druga część wieczoru nastąpiła po 20-to minutowej przerwie. To miał być set typu „Greatest Hits” i nawet jeśli ktoś nastawiał się głównie na odsłuchanie jubileuszowego albumu tutaj znalazł coś (a nawet wiele) dla siebie. Disturbed właśnie coverami wszedł pod strzechy i pewnikiem było że usłyszymy „Sounds of silence”, który przyznam że w wersji radiowej nie trafia w moje gusta. Tutaj z kolei zespół poszedł w odegranie akustyczne i orkiestralne. Najpierw na scenie pojawił się fortepian i do jego dźwięków David zaczął śpiewać – i co miłe, bez maniery. Następnie dołączyła gitara akustyczna – ooo – zaczęło mi się podobać jeszcze bardziej! Po chwili pojawiły się smyki (odegrane na żywo przez muzyków pojawiających się na scenie), na kolejny akcent trochę okręciłem nosem, bowiem orkiestracja podłożona była z taśmy. Ale za to perkusista grający na kotłach przybił ostatecznego gwoździa do tego brawurowego wykonania. I co – nie można było tak od razu? Ale pewnie mainstreamowe radiostacje by tego nie udźwignęły. Ok, jest jak jest. W pewnym momencie scenografię ozdobiła wielka postać maskotki zespołu. The Guy prawdopodobnie był nadmuchiwany, ponieważ jego pojawienie się za perkusją i podświetlenie postaci od środka zrobiło również ciekawe wrażenie. Otóż wyglądało to tak, jakby tuż po pojawieniu się rozerwał swoją klatkę piersiową. Podczas kolejnych utworów poruszał się na boki, co zdecydowanie fajnie wyglądało.
To nie był krótki set, ale kiedy się zakończył, poczułem niedosyt i pewnie nie ja jeden. Nie było klasycznego bisu, więc spora część publiczności pozostała jeszcze pod sceną urzeczona tym co właśnie stało się jej udziałem. A przyznać muszę, że Disturbed to maszyna koncertowa. I można narzekać na ich bieżące wydawnictwa, że podobne, że nic nowego. Ale pójdźcie tylko na ich koncert – nie dacie powiedzieć o nich złego słowa. Chłopaki dali czadu.
Organizatorem wydarzenia był Live Nation
Piotr Spyra




















































