To już trzecia wizyta grupy Antimatter w Polsce w tym roku. Wiosną Mick Moss z kolegami pojawił się nad Wisłą w ramach promocji kompilacyjnego albumu „Parallel Matter” – celebracji dwudziestej piątej rocznicy powstania zespołu. Kwietniowe tournee po naszym pięknym kraju objęło wówczas aż sześć występów. Potem wydarzył się mały epizod festiwalowy w lipcu – Castle Party na zamku w Bolkowie. Październikowa odsłona trasy ograniczyła się do zaledwie jednego koncertu. Zorganizowano go w niewielkim – aczkolwiek mocno zasłużonym dla regionu – klubie „Rude Boy” w Bielsku Białej. Mick miał już okazję występować w tym miejscu dziewięć lat wcześniej. Tym razem nawet o tym pamiętał. Nie zawsze mu się to zdarza. Przykładowo wiosną nie pamiętał swej poprzedniej wizyty w piekarskiej Andaluzji.
Hasło „jedyny koncert w Polsce” to nie tylko nośny chwyt marketingowy. To także okazja, aby do Bielska Białej pofatygowali się wierni fani artysty z różnych zakątków kraju. Bodziec tym silniejszy, że dalsze funkcjonowanie zespołu stoi obecnie pod znakiem zapytania. Mick Moss w jednym z udzielonych wiosną wywiadów zapowiedział, iż po zakończeniu promocji „Parallel Matter” zamierza zawiesić działalność nagraniową Antimatter na czas nieokreślony. Od pewnego czasu artysta pochłonięty jest pracą nad drugim albumem projektu Sleeping Pulse. Dotychczas był to twór czysto studyjny. Niewykluczone, że wraz z publikacją nowej płyty formacja ta postanowi jednak przeobrazić się w skład koncertowy. Na szczęście pod koniec wieczoru dowiedzieliśmy się bezpośrednio u źródła, że Antimatter w wydaniu scenicznym nie ulegnie zamrożeniu. Grupa planuje powrócić do Polski jesienią przyszłego roku.
Setlista bielskiego koncertu nie uległa zbytniemu przemeblowaniu wobec wiosennych recitali. Zespół zaprezentował nam przegląd najważniejszych dokonań z ostatniego ćwierćwiecza. Wybrzmiały między innymi „Killer”, „Uniformed & Black”, „Stillborn Empires” czy wplecione w zestaw bisów „Leaving Eden”. Do tego niezwykle emocjonalne wykonanie „Fighting For A Lost Cause”. Wszystko to, co sprawia, że koncerty Antimatter są wyjątkowymi przeżyciami o podłożu niemal mistycznym. Dave Hall znów czarował grą na skrzypcach. A słuchanie śpiewu Micka na żywo to zawsze ogromne przeżycie.
Osobnej zapowiedzi doczekał się utwór „Dream”. Autor wspomniał, że od wielu lat marzył o zaprezentowaniu go na żywo, ale wcześniejsze aranżacje nie sprawiały mu satysfakcji. Ostatecznie udało się wypracować wersję, z którą w pełni się utożsamia. „Dream” okazał się zarazem podsumowaniem zasadniczego programu wieczoru. Rytuał zejścia ze sceny i oczekiwania w garderobie na ewentualne bisy pominięto. Mick zażartował, że nie chce im się schodzić i zaczną bisować od razu.
Frekwencja nie zwalała wprawdzie z nóg, ale termin wydarzenia też nie należał do zbytnio dogodnych. Październik usłany jest mnogością imprez konkurencyjnych. Miłośnicy dobrych koncertów mają w czym wybierać. Antimatter na szczęście ma swoich wiernych fanów. Od wielu lat sam z dumą się do nich zaliczam.
Depresyjna jesienna aura to chyba najwłaściwsza pora roku na kontemplację twórczości Micka Mossa. Październikowa szaruga wprost idealnie współgra z dźwiękami, z którymi kojarzony jest nasz sympatyczny Brytyjczyk. Różnica polega na tym, że tworzona przez niego muzyka oprócz smutku i nostalgii nosi też w sobie niezmierzone pokłady piękna. O paskudnej pogodzie za oknem absolutnie napisać tego nie mogę.
Michał Kass






















































