2025.10.06 – ASHES OF ARES – Kraków

ashes of ares - kraków

Od razu przyznam się, wam, że z niepokojem obserwowałem w jakim składzie Ashes of Ares pojawią się na pierwszych koncertach w Europie. Na plakatach pojawiały się pod nazwą zespołu nazwiska Matta Barlowa i Freddiego Vidalesa. Miałem obawy, że mogą się to okazać występy duetu wspierane masą sampli. Odetchnąłem już po publikacji pierwszych zdjęć z greckich koncertów. Jak się okazało, ekipa uzupełniona została przez muzyków koncertowych. I muszę się pokłonić w kwestii rezultatu.

To był typowo jesienny wieczór. Przybyliśmy do Krakowa już po ciemku, w strugach deszczu. Obliczyliśmy trasę tak, aby w tych okolicznościach nie stać w kolejce przed bramkami. Aczkolwiek publiczność wykazała sporo powściągliwości i stalowych nerwów. Gremium zebrało się bowiem tuż przed rozpoczęciem koncertu. I o ile na początku mieliśmy obawę co do frekwencji, finalnie było przyzwoicie.

Na innych koncertach na trasie pojawiały się supporty, w Polsce Ashes of Ares nie pokusili się o rozgrzewacza. Publiczność złożona głównie z ludzi ubranych w koszulki Iced Earth była jednak w doskonałych humorach i nie wymagała dodatkowych bodźców. Już kiedy Freddie Vidales pojawił się na scenie, żeby pogrzebać przy okablowaniu, wzbudził aplauz. Zresztą tego wieczoru wielokrotnie jeszcze nasłuchał się skandowania własnego nazwiska. Polacy przygotowali ekipie Barlow / Vidales iście królewskie powitanie. Z drugiego rzędu, wydawało mi się, że zauważyłem nawet łzę wzruszenia na twarzy wokalisty. Co ciekawe publiczność skandowała nazwę Ashes of Ares nawet częściej niż Iced Earth, a refreny z nowego albumu grupy były gromko odśpiewywane.

Nie będę autorytetem w kwestii brzmienia, stałem na tyle blisko sceny i głośników, że od początku koncertu postanowiłem się wspomóc zatyczkami. Odniosłem jednak wrażenie, że w tej kwestii z biegiem utworów robiło się coraz lepiej. Zaskoczyło mnie natomiast to, jak wiernie były odegrane utwory (szczególnie z albumu „Dark Saga”) to było po prostu coś niesamowitego! Warto jednak zauważyć że zrezygnowano z sampli w ramach utworów. Kilka utworów przecież oryginalnie zawiera przecież choćby chóry czy orkiestracje. Tutaj zespół zdał się raczej na odśpiewanie melodii przez publiczność – i to zadziałało. Całość robiła bardziej organiczny efekt, jak na heavy metalowe święto przystało. Oprócz wspomnianej „Dark Sagi” i reprezentacji „New Messiahs” usłyszeliśmy kilka klasyków obu zespołów, jak choćby „Burning Times” otwieracz z płyty „Something Wicked…” czy „One-eyed king” z debiutu Ashes of Ares, który dopełnił półtorej-godzinny set.

To był wieczór, którego fani obu formacji nigdy nie zapomną. Odnosiło się wrażenie, ze podobne odczucia płyną od strony sceny. Trzeba przyklasnąć frazom użytych w reklamach trasy – taki set może się nie powtórzyć. Wprawdzie Matt uskarżał się na chorobę gardła, jednak strategicznie nie atakował przesadnie górek i nie poległ ani razu. Jego głęboki głos był mocny mimo niedyspozycji i pozostawił fanów w ekstazie.

Warto było wybrać się na ten koncert. Zresztą takie trasy rocznicowe to sprawdzona formuła. Pewnie magia klasycznego albumu przyciągnęła wielu fanów, ale byłem zaskoczony jak wielu fanów znało od podszewki nowożytny repertuar zespołu. Ciekawe czy zachęceni sukcesem trasy, Amerykanie powrócą (choćby z europejskim wsparciem) po wydaniu kolejnej płyty, lub przy okazji kolejnej rocznicy. Ale czy będzie ku temu okazja, czy dalsze błogosławieństwo Jona Schaffera? Pozostaje przecież jeszcze otwarta kwestia ewentualnej reaktywacji Iced Earth, wówczas przecież to oryginalny zespół będzie sobie rościł prawo do świętowania takich rocznic. Tak czy inaczej, ja pojawię się ponownie gdzieś pod barierkami.

Piotr Spyra


Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *