Kiedy po premierze „Code Red”, PRIMAL FEAR ogłosili zmiany w składzie zespołu, poczułem zaniepokojenie. Owo wrażenie dodatkowo spotęgowała informacja, że stanowisko gitarzysty objęła kobieta?! Wiem, że to zjawisko jest coraz częściej spotykane w metalowej branży, tym niemniej w tym to akurat przypadku, miałem mocno mieszane odczucia. Sytuacja uległa lekkiej poprawie, kiedy usłyszałem singiel z nowej płyty. „Far Away” to bez wątpienia bardzo udana, a do tego żywiołowa kompozycja, która wyraźnie wzbudziła moją ciekawość względem premierowego materiału. A ten (jak się okazało po przesłuchaniu) uznaję za jedną z najjaśniejszych pozycji wydawniczych tego zespołu.
Dlatego kiedy nadarzyła się sposobność skonfrontowania obecnej formy PRIMAL FEAR na żywo, nie wahałem się zbyt długo. I choć nie przepadam za „stolycą”, zagryzłem zęby, zapomniałem o uprzedzeniach i wraz z kompanem udaliśmy się do stołecznej Stodoły (tak na marginesie dawno tam nie byłem..). Na miejscu – po perturbacjach z korkami, które w tej lokalizacji chyba nikogo specjalnie nie dziwią – pojawiliśmy się na chwilę przed otwarciem wrót. Nie było specjalnego tłoku, więc przeniknięcie do wnętrza klubu nie stanowiło problemu. Nie pozostało więc nic innego jak zająć dogodną miejscówkę i cierpliwie czekać na występ gwiazdy wieczoru.
Zanim jednak do tego doszło, swoje „pięć minut” na scenie miała mieć szwedzka grupa ELEINE. Dotychczas nie miałem okazji zobaczyć ich na żywo, jak również niespecjalnie byłem obyty z ich twórczością, z którą tak naprawdę próbowałem zapoznać się kilka dni przed koncertem. Niemiej jednak byłem ciekaw jak zaprezentują się na żywo i tutaj muszę przyznać, że ogólne wrażenie było całkiem pozytywne. Grupa przewodzona przez czarnowłosą wokalistkę Madeleine „Eleine” Liljestam, zaprezentowała całkiem zgrabny, blisko 45 – minutowy zestaw energetycznych utworów z pogranicza symfoniczno – klimatycznego metalu, wykonując „We Stand United” z najnowszej EPki, oraz kawałki z wcześniejszych wydawnictw, jak się nie mylę zagrali m.in. „Never Forget”, „Ava of Death” czy też „We Are Legion” Zespół wystąpił w czteroosobowym składzie; duet gitarowy, perkusista i ww. wspomniana, urodziwa wokalistka, której sceniczne ruchy zwróciły uwagę pewnie niejednego amatora kobiecych wdzięków (jeden człek był nad wyraz zachwycony 😉 ). Orkiestracje, linie basu były puszczone z sampli, ale mimo to zespół starał się podgrzewać atmosferę i myślę, że w roli supportu sprawdził się jak trzeba. Po tym co pokazali, na pewno będę miał ich na uwadze w przyszłości.
Po krótkiej przerwie, przeorganizowaniu sceny nadeszła chwila, na którą zdecydowana większość czekała. Rozpoczęcie koncertu zwiastował numer z repertuaru OZZY OSBOURNE’a „Mr. Crowley” puszczony z taśmy, po którym to światła przygasły i przy dźwiękach właściwego intro, okraszonego skandowaniem nazwy zespołu, rozpoczęło się właściwe wydarzenie. Niemieccy weterani power metalu pod przewodnictwem wokalisty Ralfa Scheepersa i basisty Mata Sinnera wystartowali wykonując „Destroyer”, a następnie singlowy „I’m the Primal Fear” z najnowszej płyty, który również na żywo robił pozytywne wrażenie. W zasadzie od początku dało się wyczuć, że kooperacja na linii zespół – publika będzie przebiegać w sposób niezachwiany, co udowodnione zostało wielokrotnie. Ralf nieraz inicjował interakcje z publicznością, co nierzadko miało też humorystyczny wydźwięk i często dziękował i to w naszym języku. Publiczność też nie pozostawała dłużna i praktycznie po każdym utworze skandowała nazwę zespołu. Dało się wyczuć, że muzycy byli poruszeni pozytywną reakcją fanów, mogły o tym świadczyć m.in. ich uśmiechnięte twarze.
W związku z tym, że grupa promowała „Domination”, swój najnowszy – jakże udany – krążek, tego wieczoru można było usłyszeć – poza ww. kawałkami – jeszcze „Tears of Fire”, „Hunter” czy też atmosferyczny „Hallucinations” z pokazem gitarowego rzemiosła Magnusa Karlssona i nowego nabytku, Thalii Bellazecca. W tym miejscu muszę dodać, że Thalia nie była obojętna i pod względem energii nie można jej było niczego zarzucić – to samo dotyczy umiejętności. W porównaniu do „pomnikowo – stagnacyjnego” Sinnera, który praktycznie nie ruszał się z miejsca, była niczym żywioł! Dobrze też wypadała w gitarowych pojedynkach z udziałem Magnusa, którego grę oglądało się z niebywałą przyjemnością. Jeżeli chodzi o starszy repertuar, zespół przywołał ducha trzech pierwszych płyt wykonując takie utwory jak: „Chainbreaker”, „Final Embrace” czy też kultowy „Nuclear Fire” (ubolewam, że z tej płyty nie było czegoś więcej). Nie mogło też zabraknąć metalowego hymnu w postaci „Metal is Forever”. Ciekawym momentem – niby spontanicznym – było akustyczne wykonanie „Hands of Time”, odśpiewanego wspólnie przez Ralfa i Mata, podczas którego członkowie zespołu siedzieli obok siebie na podwyższeniu przed zestawem perkusyjnym. Tym atmosferycznym akcentem PRIMAL FEAR nieuchronnie zbliżali się do końca występu. Tak naprawdę nie było prawdziwych bisów; zespół w zasadzie bez dłuższej przerwy zamknął wieczór utworem „Running the Dust” z debiutanckiej płyty. Następnie nastąpiło przyjazne pożegnanie, w trakcie którego dało się wyczuć, że i dla zespołu ten koncert był wyjątkowy.
I tak też, nim się człowiek obejrzał, wieczór w towarzystwie PRIMAL FEAR dobiegł końca… niestety. Trzeba przyznać, że te blisko półtorej godziny minęło w oka mgnieniu i osobiście odczuwam spory niedosyt. Szkoda, że na więcej nie można było już liczyć, ale być może w niedalekiej przyszłości nadarzy się okazja do ponownego spotkania – osobiście z chęcią skorzystam! Minusy? Tak jeden i to ogromny – czemu do jasnej cholery zabrakło „Far Away”?! Tego po prostu nie potrafię zrozumieć, bo ten utwór zaliczam do największych szlagierów zespołu. Może kiedyś ktoś złoży stosowne wyjaśnienia w tej sprawie. 😉
Tekst: S!X
Zdjęcia: Piotr Spyra


















































