Niemiecka scena obrodziła swego czasu prog metalowymi zespołami. Żaden z nich niestety nie wybił się jednak do poziomu popularności swoich heavy czy thrash metalowych kolegów. Sporo grup nie wytrzymało próby czasu, jednak fani gatunku, mieli okazję obejrzeć aż dwa koncerty liderów tej fali zza Odry. Mowa o VANDEN PLAS, którzy wcześniej nie grali w Polsce. Tym razem pojawili się w naszym kraju dwukrotnie (Włocławek i Kraków). Z kolei towarzyszący im krajanie z IVANHOE znani byli polskiej publiczności, ale tegoroczne koncerty okazały się szczególne.
W drodze na koncert skarżyłem się nawet towarzystwu, że właściwie, to ja lubię Ivanhoe, ale barwa głosu wokalisty pozostawia w moim odczuciu nieco do życzenia. Tym samym dowiedziałem się, że na tej trasie śpiewa ktoś inny. Ivanhoe wydali w maju nowy album, a tuż po tym z zespołu odszedł wieloletni wokalista Alexander Koch. Błogosławieństwem dla zespołu okazało się ściągnięcie do składu poprzedniego gardłowego. Na łono kapeli powrócił zatem Mischa Mang i tchnął w ich repertuar nowego ducha. Trochę pozazdrościłem Włocławkowi dużej sceny i możliwości, które dawała. Koncerty wczorajszego wieczoru w Zaścianku miały oczywiste ograniczenia z powodu kubatury klubu i wielkości sceny. Jednak oba zespoły dały z siebie wszystko i wsparte jedynie logosami rozwiniętymi w tle zaprezentowały kapitalne sety. Już pierwszy zespół był świetnie nagłośniony, a muzycy tryskali dobrym humorem, co udzielało się publiczności. Wokal wspierał się tekstami wyświetlanymi na sporym tablecie, do którego czasem usiłował się przedostać, ale dodawało to koncertowi autentyczności. Frontman złapał całkiem niezły kontakt z publiką, i ich przykrótki set pozostawił nieco niedosytu.
Vanden Plas przygotował dla nas przekrojowy set, także zagorzali fani odnaleźli wiele dźwięków dla siebie. Oczywistym była również reprezentacja nowego (zeszłorocznego) albumu. Tym bardziej przecież, że nowy klawiszowiec kapeli pojawił się właśnie od tej płyty. Gratką dla fanów zgromadzonych w Krakowie było właśnie pojawienie się Alessandro Del Vecchio, który na poprzednich koncertach musiał korzystać z zastępcy. Sprawdzał się zresztą nie tylko jako godny następca Guntera Werno, ale śpiewał chórki, dzięki czemu partie wokalne zyskiwały przestrzeni. Koncert nie był idealnie nagłośniony. Zresztą jak to często bywa, gwiazda miała inaczej (głośniej) skręcone brzmienie i kilka kawałków zajęło wokaliście grzebanie w ustawieniach i uzyskanie poziomów przyzwoitych dla siebie i dla nas. Mega wrażenie zrobił na mnie Andreas Lill, który nawet podczas solówki perkusyjnej był w stanie ustawiać sobie brzmienie bębnów, bez szkody dla granego rytmu. Podczas tej trasy gitarzysta – Stefan Lill pochorował się, w związku z tym nie tryskał energią, nie wpłynęło to jednak na muzyczną jakość koncertu. Dodatkowo kontuzji nabawił się Andy Kuntz, który po krakowskim występie miał już umówionego lekarza. Tłumaczył się zresztą, że to mogło wpłynąć na jego płuca, jak i głos. Ale jeśli tak brzmi chory wokalista – to klękajcie narody! I Vanden Plas nie dostarczył nam show. Ale grupa fanów zebranych w Zaścianku oczekiwała bardziej muzycznej uczty. A tutaj oczekiwania zdecydowanie zostały spełnione. Zresztą po koncercie słuchać było same pozytywne opinie.
Pozytywnym aspektem tak kameralnej miejscówki, jest bliski kontakt z zespołami. Muzycy zresztą również ośmieleni byli ciepłym odbiorem i po koncercie chętnie podpisywali płyty i pozowali do zdjęć z fanami. Chwile przyszło nam poczekać na chorych Stephana i Andy’ego, ale i oni wyszli do najbardziej wytrwałych fanów i zamienili z nami parę zdań. To był bardzo udany koncert. Klub Zaścianek po remoncie zrobił na nas pozytywne wrażenie. Nagłośnienie było więcej niż przyzwoite. A przyklejony do barierki zapewne miałem w tym względzie gorszy odbiór niż kolejne rzędy. Cieszę się, że mogłem zobaczyć na żywo jedną z moich ulubionych progmetalowych grup, do tego na „własnym terenie”.
Piotr Spyra

















































