Glenn Hughes nie poddaje się łatwo. W ostatnich latach występuje praktycznie bez przerwy – czy to solo, czy też w ramach różnych projektów. Estrada to jego naturalne środowisko. Siedemdziesięcioczteroletni obecnie artysta spędził niemal większość swego życia na muzykowaniu. Widać, że robi to z potrzeby serca. Jest autentyczny. I wciąż w rewelacyjnej formie. Jak przysłowiowe wino – im starszy, tym lepszy.
Nadwiślańscy fani artysty mogą czuć się wybrańcami losu. Polska od dawna stanowi wszak nieodłączny element każdego tournee Hughesa. Wiosną ubiegłego roku odwiedził nas pod pretekstem celebracji pięćdziesiątej rocznicy wydania albumu „Burn” – najsłynniejszego krążka nagranego przez Deep Purple z Glennem w składzie. Całkiem niedawno – w czerwcu 2025 – zagościł w naszym kraju jako członek super-grupy Black Country Communion promującej album „V”. Ale wciąż mu mało. Artysta nie myśli o urlopie. O emeryturze tym bardziej. U schyłku lata Anno Domini 2025 powraca do Polski na dwa koncerty ze swoim solowym zespołem.
Bieżącą trasę ochrzczono mianem „The Chosen Years”. Ma to nawiązywać zarówno do tytułu najnowszej płyty naszego bohatera – „Chosen”, jak też prowokować retrospekcję wybranych epizodów wcześniejszej kariery hiper-aktywnego Brytyjczyka. A jest co wspominać. Osoba Glenna Hughesa nierozerwalnie wiąże się z wieloma zasłużonymi dla rocka szyldami. Światową sławę zyskał oczywiście z chwilą dołączenia do Deep Purple. Ale już przedtem zaskarbił sobie szacunek melomanów jako basista i wokalista funk-rockowej formacji Trapeze. W późniejszych latach jego ścieżka twórcza przybierała różne formy. Przez chwilę pełnił rolę frontmana Black Sabbath (płyta „Seventh Star” będąca w rzeczywistości solowym krążkiem Tony’ego Iommi’ego). Nagrywał z tak znamienitymi wykonawcami jak Gary Moore, John Norum, Keith Emerson czy Joe Satriani. Przewinął się przez składy zespołów Phenomena, Voodoo Hill, California Breed i The Dead Daisies. Ukoronowaniem jego drogi artystycznej jest zaś formacja Black Country Communion, w której naszemu basiście partnerują Jason Bonham, Derek Sherinian i sam Joe Bonamassa!
Aż dziw bierze, że przy takim nawale obowiązków Glenn znajduje jeszcze czas na tworzenie albumów solowych. „Chosen” to jego piętnasta w pełni autorska płyta. Ukazała się zaledwie kilka dni temu – 5 września. Dwa dni przed premierą wystartowała natomiast trasa europejska. Polscy fani w Krakowie mieli trochę więcej szczęścia niż ich holenderscy odpowiednicy z Zoetermeer, którzy nie dostali szansy osłuchania się z nowym materiałem przed koncertami. Pewnie dlatego Hughes ograniczył prezentację świeżych kompozycji do zaledwie trzech numerów singlowych, które od jakiegoś czasu krążyły już po sieci („Voice in my head”, „Chosen” i „Into the fade”). Resztę programu wypełniły wybrane klasyki – adekwatnie do sugestii zawartej w nazwie tournee.
Nieoczywistym wyborem okazał się już utwór otwierający ów krakowski koncert. Usłyszeliśmy bowiem „Soul Mover”, tytułową kompozycję z solowej płyty Glenna sprzed dwudziestu lat. Fani Deep Purple musieli tym razem obejść się smakiem. Po purpurowej setliście z ubiegłego roku nie zostało prawie nic. Artysta sięgnął w inne rejony swojej przeszłości. Przypomniał chociażby o kolaboracji z Patem Thrallem, czego przejawem był drugi w programie wieczoru kawałek „Muscle and blood” i zagrany nieco później „First step of love”. Silnie zaakcentowano początki kariery Hughesa. Z prehistorycznego okresu Trapeze usłyszeliśmy aż cztery kompozycje – „Way back to the bone”, „Medusa”, „You are the music” i wpleciony w bisy „Coast to coast” (w intrygującej wersji akustycznej). Sporo było też materiału Black Country Communion – „One last soul”, „Stay free” i „Black Country”. Okres współpracy Hughesa z Black Sabbath pominięto całkowicie. Miłośnicy riffów Tony’ego Iommi’ego nie mieli jednak powodu do narzekań. W Krakowie wybrzmiały aż dwa numery z płyty „Fused” duetu Iommi/Hughes – „Grace” i „Dopamine” (ten drugi potraktowany skrótowo). Uzupełnieniem powyższych były jeszcze dwie solowe piosenki Glenna – „Can’t stop the flood” i „You kill me”. No dobrze – ale co z Deep Purple? Było. Cierpliwych nagrodzono dopiero na końcu. Poniedziałkowy wieczór w klubie Studio dopełnił wieńczący bisowanie klasyk „Burn”.
Specyficzna selekcja materiału – w tym pominięcie wielu purpurowych arcydzieł – wynikać mogła po części z woli samego wokalisty, znudzonego permanentnym odgrywaniem wciąż tych samych hitów. Ale warto dopowiedzieć, że miało to również swoje uzasadnienie z racji ograniczeń aranżacyjnych. Na scenie ujrzeliśmy tego wieczoru tylko trójkę muzyków. Śpiewającemu i szarpiącemu struny niemiłosiernie głośnego basu liderowi towarzyszyli gitarzysta Soren Anderson i perkusista Ash Sheehan. Zabrakło klawiszowca. A czy można wyobrazić sobie należyte wykonanie utworów Deep Purple z pominięciem jakże charakterystycznego brzmienia organów Hammonda? Oczywiście, można. Dyskomfort jakościowy słyszalny jest jednak od razu. Uboższa, surowa wersja „Burn” udowodniła to stuprocentowo.
Glenn Hughes mimo statusu rockowego weterana wciąż zachowuje nadprzyrodzone możliwości wokalne. Nadal pozostaje też jednym z najlepszych basistów w swojej kategorii. Poza tym okazał się świetnym konferansjerem. Nieustannie komplementował krakowską publiczność i deklarował swój szacunek do naszego kraju. Bez cienia fałszu czy taniego efekciarstwa. Roześmiany i radosny. Cóż, na pewno można pozazdrościć mu zdrowej sylwetki i werwy. A przecież jego życiorys wpisuje się w niechlubny schemat tragicznych losów wielu gwiazd estrady. Sam przyznał podczas koncertu, że lat 80-tych XX w. nie pamięta w ogóle. Przepił je i przehulał. Całe szczęście, że w porę się opamiętał. Rzucił nałogi, zrezygnował ze zgubnego trybu życia. Dzięki temu wciąż jest wśród żywych. Nadal tworzy, nagrywa i występuje. I cieszy kolejne pokolenia fanów. Oby jak najdłużej!
Michał Kass
P.S. Z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że występ gwiazdy wieczoru poprzedziła młoda australijska formacja Darker Half. Prezentuje ona rzetelną – acz straszliwie wtórną i sztampową – odmianę klasycznego heavy metalu. W roli supportu o wiele lepiej sprawdzała się otwierająca ubiegłoroczny krakowski koncert Glenna grupa Rook Road. Ale to oczywiście kwestia gustu – a o nim podobno dyskutować nie wypada.


















































