Ile festiwalowych edycji trzeba zorganizować, aby uznać festiwal za cykliczny? Stowarzyszeniu Ostrowskie Progi z Ostrowa Wielkopolskiego udała się ta sztuka po raz piąty. Nie ma więc wątpliwości, że Ostrów Rock Festiwal jest imprezą cykliczną. Mało tego, należałoby wtrącić tutaj o wiele więcej przymiotników jak: atrakcyjny, wyjątkowy, porywający, odkrywczy, ale i wyczerpujący bo działo się dużo i intensywnie…
Przez dwa muzyczne dni 26 i 27 lipca na ostrowskiej scenie, a właściwie dwóch scenach, zaprezentowało się aż 16 zespołów. Zanim dojdziemy do sceny głównej, organizatorów należy pochwalić, za udany pomysł małej sceny, która niespodziewanie cieszyła się bardzo dużą popularnością wśród widzów. Za konferansjerską oprawę tego kameralnego miejsca, odpowiedzialny był Andrzej Dąbrowski. W profesjonalny sposób zaprezentował zespoły, które mogły wypromować się dzięki swoim 25 minutowym muzycznym setom. W ciągu festiwalowych dwóch dni na malej scenie wystąpiły formacje: RED LUST (Gdańsk), EUPHORIZONE (Bydgoszcz), ANIMATE (Śląsk i Zagłębie), RED BRAIN (Ostrów Wielkopolski), DISTANT MANTRA (Kraków) oraz ERROR THEORY (Kalisz). Jeżeli chodzi o muzyczne klimaty mieliśmy do czynienia z ogromną różnorodnością. Zespoły bez wątpienia łączyła jedna cecha wspólna: duży muzyczny potencjał. Nie ma wątpliwości, że w kolejnych edycjach, formacje te zagoszczą na scenie głównej. Mała scena to jednak nie tylko muzyka, ale również inne formy artystycznego wyrazu: galerie fotografii koncertowych autorstwa Krzysztofa „Jestera” Barana (https://fotojester.pl/) i Michała Majewskiego (https://majmusic.com.pl/), oraz grafiki miejscowego artysty Janusza Jurka (https://januszjurek.info/).
Zespołem, który zainaugurował tegoroczny festiwal, był wodzisławski GALLILEOUS. Trzeba nadmienić, że jest to jedyna formacja, która miała przyjemność występować na ostrowskim festiwalu dwukrotnie. Pierwszy raz miało to miejsce w 2022 roku. Muzyka zespołu idealnie nadaje się do tego, żeby już na samym początku potocznie mówiąc „rozkręcić imprezę”. Ich barwny vintage’owy image idealnie podkreśla ich muzyczny styl. Wokalistka Anna Pawlus, to prawdziwy wulkan energii na scenie. Ich godzinny set zbudowany był w większości z kompozycji z ich ostatniej, ubiegłorocznej płyty „Dancin Ash” z niesamowitym „On The Ocean”, bujającym „Steel Thinking” i tytułowym, mocnym „Dancin Ash” na czele. Sięgnęli również po kilka starszych numerów, które w nowych aranżacjach, dzięki udziałowi stałego już klawiszowca w zespole – Marcina Zwierżdżyńskiego, dostały nowego sznytu. Tym razy nie było miejsca na odrobinę disco („Boom Boom Disco Doom”), nie zabrali również z sobą „Frankensteina”. Nie zabrało natomiast muminkowego stwora – Buki z kompozycji „The Groke”.
Kolej na przedstawiciela niemieckiej sceny. Podczas festiwalowych zapowiedzi Adama Droździka, tradycyjnie już odpowiedzialnego z konferansjerską oprawę, przewinęło się pytanie: „ile niemieckich zespołów zagrało podczas wszystkich festiwalowych edycji?”. Okazuje się, że POVERTY’S NO CRIME, jest czwartym (wcześniej grali tutaj: IVANHOE, DISILLUSION i PHILOSOPHOBIA). POVERTY’S NO CRIME to bezsprzecznie weterani niemieckiej prog metalowej sceny. Mają na swoim koncie wiele albumów, wysoko ocenianych przez koneserów gatunku. W 2021 roku zespół nagrał po długoletniej przerwie płytę „A Secret To Hide”, którą w większości mogliśmy wysłuchać na żywo. Mimo, że wokalnie utwory nieco odstawały od studyjnych pierwowzorów, zespół brzmiał przyzwoicie, dzięki czemu wszelkie progmetalowe smaczki mogliśmy odbierać bez przeszkód. Nawet taki nieidealny wykon cieszył wielu odbiorców, bowiem realnie rzecz biorąc, może to być jedyna okazja do usłyszenia tej ekipy po tej stronie Odry.
Wielu czekało na tą chwilę, na powrót rodzimej progresywnej legendy, inowrocławskiej formacji QUIDAM!
QUIDAM powrócił! I to w jakim stylu. Zespół postanowił przywołać czasy świetności albumu „Alone Together”. Wznowiono zatem i podrasowano sam album, ale też wykorzystano tę setlistę by zaakcentować ponowne pojawienie się na scenie. Brzmieli doskonale. Klarownie i czysto a dzięki kapitalnej relacji Bartka z publicznością, było również spontanicznie. Soczyste gitary, pasaże klawiszowe i smaczki zagrane na flecie… o rany, jak mi tego brakowało! Niewiele brakło, a przypłaciłbym ten występ łzami wzruszenia. Byłem zachwycony. Czekam na ogłoszenie powrotnej trasy, oj czekam… i założę się, że nie tylko ja (no i została ogłoszona w dniu 31.07 – przyp. red).
Organizatorzy chyba trochę z premedytacją ustalają listę zespołów, aby przynajmniej jeden zdecydowanie odbiegał muzycznie od pozostałych. W ubiegłym roku była to grupa BOKKA, natomiast w tym roku takim zespołem okazał się norweski MEER. To bez wątpienia najbardziej delikatna muzycznie grupa z całej tegorocznej listy. Na oryginalność i atrakcyjność ich muzyki wpływ mają niekonwencjonalne harmonie wokalne rodzeństwa: Knuta i Johanne Nesdal, oraz subtelne linie melodyczne, w których na próżno szukać gitarowej ekwilibrystyki. W zamian słychać smyczki, fortepian i wszechobecne orkiestracje. Zespół zaskarbił sobie w naszym kraju spore grono zagorzałych miłośników. Koncert ten, dla wielu okazał się atrakcją, której się nie spodziewali. Czarny koń festiwalu? Bez wątpienia dla wielu.
Gwiazdą wieczoru była szwedzka KATATONIA i patrząc na koszulki zgromadzonej publiczności, wiele osób przejechało tu właśnie dla tego zespołu. Zaskakująco „żywiołowo” zachowywał się wokalista formacji Jonas Renkse, który nie ograniczał się jedynie do stania przed mikrofonem (z włosami zasłaniającymi twarz) i śpiewu, ale dość często spacerował po scenie. Mroczna muzyka, ciężkie, czasem wręcz brutalne gitary w połączeniu z delikatnym śpiewem wokalisty tworzą niesamowicie klimatyczny miks. Zespół zaprezentował aż cztery utwory z ostatniego krążka „Nightmares As Extensions Of The Waking State” tyleż samo z „The Great Cold Distance”, do tego z od jednego do dwóch utworów z pięciu z pozostałych krążków formacji. Z koncertami KATATONII bywa różnie, ale ten występ był godnym zwieńczeniem pierwszego festiwalowego dnia!
Dzień drugi muzycznego maratonu zainaugurowała również rodzima formacja DIATOM z Gdańska. Ich muzyczny, płytowy debiut – „Sól”, przypada na 2022 rok. Na jesień zapowiadają wydanie płyty nr dwa, której próbki mogliśmy usłyszeć już teraz. Muzyka zespołu oferuje słuchaczom sporą dawkę melancholii. Melancholia bardzo często przeradza się tutaj w prawdziwą metalową furię i moc. Taki muzyczny dualizm, dobrze wpływa na atrakcyjność proponowanej przez ten zespół muzyki. Dużym plusem, są również ciekawe, polskojęzyczne teksty.
TURBULENCE było najbardziej egzotyczną tegoroczną formacją, której udało się dotrzeć do naszego kraju aż z Libanu. Zespół proponuje solidny, nowoczesny, techniczny prog metal. W ubiegłym roku ukazał się ich trzeci studyjny album „Binary Dreams”. Zespół nie ukryje swoich muzycznych inspiracji: Dream Theater, Haken czy Pain of Salvation… Ich atutem jest jednak to, że do swojej muzyki potrafią wpleść nieco bliskowschodniej ornamentyki. Na uznanie zasługuje bardzo dobry wokal Omara El Hage.
W podobne, może nawet bardziej schizofreniczne, połamane muzyczne klimaty, zabrała nas grupa VULKAN ze Szwecji. Muzycznie czuć tutaj, że to Skandynawia! Odrobina magii z ich udanego krążka „Technatura”, udało się zespołowi zaprezentować na żywo. Już sam najdłuższy z tejże płyty „This Visual Hex”, świadczy o ich dużym, muzycznym potencjale.
Rodzima legenda heavy metalowa – zespół TURBO nie był pierwszym wyborem organizatorów (w ostatniej chwili zastąpi ORPHANED LAND), ale jak się okazało wyborem słusznym. Z biegiem dnia wśród publiczności zaczęło pojawiać się coraz więcej odbiorców cięższego grania. I owszem, pewnie ktoś może kręcić nosem na zmianę stylistyczną, ale grupa zaserwowała set który poderwał na równe nogi przeważającą ilość odbiorców. Ekipa pogodziła promocję świeżego krążka z garścią klasyków. Charyzmatyczny frontman doskonale czuje się we wczesnych utworach zespołu i dodaje im nawet większego zadziora, niż miały oryginalnie. Natomiast nad pracą gitar moglibyśmy się rozwodzić jeszcze przez wiele akapitów, a trafić w gust powinny również sympatykom progresywnego repertuaru. Odniosłem wrażenie, że nawet osoby w koszulkach Orphaned Land dobrze się bawiły.
SOEN kończył festiwal i zrobili to po królewsku. Jak to powiedział jeden z moich znajomych „nie wystarczy potrafić grać, trzeba jeszcze zrobić show”. I taki był występ Szwedów – z jednej strony dynamiczny, a z drugiej liryczny i nastrojowy. Połączenie ciężaru gitar z niesamowitą melodyką i fantastycznym wokalem Joela Ekelöfa to cos co kupiło wszystkich zgromadzonych. SOEN widziałem po raz pierwszy i mogę powiedzieć, że byłem zachwycony! Dynamika, radość grania, do tego sympatyczny motyw z biało czerwoną flagą z napisem Team Soen – to wszystko razem robiło ogromne wrażenie. Zespół skoncentrował się na utworach z krążków „Imperial” oraz „Memorial”, które osobiście uważam za najlepsze w dyskografii zespołu – jak dla mnie, ale i wielu koncert numer JEDEN tegorocznego festiwalu!!
Kolejna udana edycja. Nie zmieni tego nawet pewna czasowa obsuwa, jakieś drobne techniczne mankamenty, czy strugi deszczu w drugim dniu festiwalu. Mnóstwo fantastycznych dźwięków, wiele uśmiechniętych twarzy, serdecznych rozmów i niesamowitych wrażeń. Czy można wyobrazić sobie, że kolejnej edycji Ostrów Rock Festiwalu mogłoby nie być? Nie ma takiej opcji – BĘDZIE (w dniach 25-26.07.2026)
Marek Toma, Piotr Michalski, Piotr Spyra

















































