2025.07.07 – JUDAS PRIEST – Łódź, Atlas Arena

Wiosną ubiegłego roku miałem przyjemność recenzować najnowszy studyjny album Judas Priest o wdzięcznym tytule „Invincible Shield”. Ośmieliłem się wówczas wyrazić swój sceptycyzm wobec aktualnych możliwości wokalnych Roba Halforda. Powątpiewałem zwłaszcza w autentyczność jego – słynnego niegdyś – falsetu. Przyznaję, że jako wieloletni fan talentu brytyjskiej legendy zachowałem się wprost niewybaczalnie. Zrzuciłem wszystko na karb współczesnej technologii. Wysunąłem zarzut, iż ów słynny falset podrasowany został w komputerze. Cóż, muszę publicznie odszczekać to haniebne oszczerstwo. Rob Halford jest gigantem. Jest mistrzem! On wciąż naprawdę potrafi tak śpiewać. Nadal jest najlepszym heavy metalowym wokalistą wszech czasów (bez urazy, drodzy czciciele Bruce’a Dickinsona).

Poniedziałkowy koncert Brytyjczyków w łódzkiej Atlas Arenie odbył się w ramach trasy „Shield Of Pain”. Cóż oznacza ten dziwaczny zbitek słowny? Nietrudno się domyślić. Z jednej strony panowie nadal promują swój najnowszy krążek „Invincible Shield”, z drugiej zaś celebrują trzydziestą piątą rocznicę nagrania przełomowej płyty „Painkiller”. Tak, to już trzydzieści pięć lat tego pomnikowego albumu. Niewiarygodne! Dla wielu fanów kwintetu z Bimingham – nie wykluczając niżej podpisanego – „Painkiller” wciąż pozostaje najważniejszym dziełem zespołu. Kamieniem milowym w historii gatunku zwanego heavy metalem.

Bywa, że na spełnienie marzeń trzeba czasem poczekać nieco dłużej. Koncert naszpikowany numerami z „Painkiller” kiedyś wydawał mi się czymś absolutnie niemożliwym. Owszem, grupa regularnie prezentowała na scenie kompozycję tytułową. Czasem dorzucała coś jeszcze. Ale żeby pójść na koncert Judas Priest i usłyszeć na żywo aż osiem (z dziesięciu) kawałków stanowiących treść tej płyty? Nie, to nie miało prawa się zdarzyć. Aż do teraz.

A jednak – sen się spełnił. Setlista łódzkiego występu zdominowana została kompozycjami wywodzącymi się z jubileuszowej płyty. Niektóre z nich grupa przypomniała po długiej przerwie. Kilka dopiero teraz doczekało się swojej scenicznej prezentacji. Już na samym początku usłyszeliśmy „All Guns Blazing”, które płynnie przeszło w „Hell Patrol”. Rob zakrzyknął zwyczajowe: „The Priest Is Back!”, co z miejsca wprawiło tłum w ekstazę. Oprócz frontmana również reszta składu prezentowała się wybornie. Zarówno basista Ian Hill, weteran pamiętający początki formacji jak też perkusista Scott Travis, grający w zespole właśnie od czasu słynnego „Painkillera”. Pustkę po niezrównanym duecie Glenn Tipton-K.K. Downing godnie wypełniają gitarzyści Richie Faulkner (od czternastu lat) i Andy Sneap (oficjalnie w składzie od 2022 roku).

Program wieczoru przewidywał tymczasem sporo niespodzianek, zwłaszcza dla stałych bywalców. Otóż od razu jako trzeci zabrzmiał „You’ve Got Another Thing Comin”, czyli song zwykle rezerwowany dopiero na bisy. „Are You Ready? Is everybody ready?” – pyta zaczepnie Rob. No pewnie, że jesteśmy! Po ultra-szybkim „Freewheel Burning” spotyka nas jeszcze większe zaskoczenie – przebojowy „Breaking The Law”. Nie za wcześnie na takie hiciory? Nie upłynęła wszak jeszcze nawet połowa koncertu. Bez obaw – panowie wiedzą, co robią. Oto bowiem następuje powrót do celebracji materiału jubileuszowego. Grają „A Touch Of Evil” i „Night Crawler”. Halford śmiało bierze „górki”. Jest w życiowej formie. Czy on naprawdę ma już siedemdziesiąt cztery lata? W ogóle tego nie słychać. Wiek to tylko liczba.

Po trochę monotonnym „Solar Angels” grupa przypomina sobie wreszcie o drugim pretekście bieżącej trasy. Z głośników płynie więc „Gates Of Hell” z zeszłorocznego krążka „Invincible Shield”. Brzmi potężnie. Cóż to jednak jest wobec klasyka „One Shot At Glory” (poprzedzonego – podobnie jak na płycie – introdukcją w postaci „Battle Hymn”). I tak na zmianę – trochę współczesności i trochę historii. Nowy „The Serpent And The King” spuentowany zostaje starym „Between The Hammer And The Anvil”. Tu koniecznie muszę wspomnieć o niebagatelnej tego wieczoru roli telebimów za plecami artystów. Oprócz zbliżeń sylwetek występujących mogliśmy też oglądać ciekawe animacje i filmy wzmagające wymowę wykonywanych właśnie utworów. Największe wrażenie osiągnięto podczas „Giants In The Sky”. Na ekranie pojawiły się twarze Nieobecnych Gigantów, wśród nich chociażby Ronnie James Dio, Freddie Mercury czy Chris Cornell. Pewnie w niejednym oku zakręciła się w tym momencie łezka.

Zwieńczeniem setu podstawowego był oczywiście tytułowy „Painkiller”. Otwarł go obowiązkowy – i zarazem ikoniczny – wstęp perkusyjny wystukany przez Scotta Travisa. Trzydzieści pięć lat temu wydawało się, że nie da się już zagrać szybciej, mocniej i bardziej agresywnie. Wiecie co? Nadal się nie da.

Oczekiwanie na bis skrócono do niezbędnego minimum. Panowie wrócili zza kulis tak szybko, że część słuchaczy nawet nie odnotowała faktu przejścia do etapu bisowania (tu pozdrawiam redakcyjnego kolegę). Był oczywiście stały element koncertu Metalowych Bogów – Halford wjeżdżający na scenę na Harley’u. Może i jest to nieco kiczowate, ale absolutnie niezbędne dla pełnego zrozumienia zjawiska o nazwie Judas Priest. Wielki finał przebiegł zgodnie z oczekiwaniami –  najpierw „The Hellion/Electric Eye”, potem „Hell Bent For Leather” i już zupełnie na koniec „Living After Midnight”. Nieśmiertelna klasyka ciężkiego grania.

Z kronikarskiego obowiązku powinienem dodać, że występ gwiazdy wieczoru poprzedziła młoda brytyjska formacja Gloryhammer. Prezentuje ona dość specyficzną odmianę speed metalu, rzekłbym nawet – pastiszową. Tematyka tekstów oraz sceniczne kostiumy występujących sugerują ich (niezdrową) fascynację kosmosem. Dla zwolenników science-fiction i miłośników „Gwiezdnych Wojen” zapewne jazda obowiązkowa. I wśród łódzkich słuchaczy też chyba zdobyli paru nowych fanów. Nie mogę napisać, że dołączę do tego grona. I nawet nie jest mi jakoś specjalnie przykro z tego powodu.

Faktem jest, że akustyk obsługujący poniedziałkowe wydarzenie nie zawsze stawał na wysokości zadania. Słyszałem już lepiej nagłośnione koncerty w tym obiekcie. To jednak mało istotny drobiazg. Ja i tak wszystkie te dźwięki znam na pamięć. Ostatecznie główną rolę grały tu emocje. Powrócił sentyment z czasów odkrywania płyty „Painkiller”.  Spełnienie młodzieńczych marzeń nie ma ceny. A wyświetlony na koniec wymowny napis „The Priest Will Be Back” pozwala mi myśleć, że grupa Judas Priest nie powiedziała nam jeszcze ostatniego słowa.

Organizatorem koncertu była firma Live Nation.

Michał Kass

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *