Dobrze jest mieć odskocznię. Miło jest móc oderwać się na chwilę od szumu medialnego ostatnich tygodni. Zapomnieć chociaż na moment o kampanii wyborczej, konklawe, nagłym pogorszeniu pogody i makabrycznych informacjach podawanych w serwisach informacyjnych. Dobrze jest zapomnieć chociaż na dwie godziny o tym wszystkim i zafundować sobie reset umysłu. Wskoczyć do wehikułu czasu i cofnąć się do szalonych lat siedemdziesiątych – złotej epoki w historii muzyki rockowej.
Taką możliwość niesie obcowanie z twórczością szwedzkiej grupy Siena Root. Jej dorobek to hołd dla klasyki rocka. Niewątpliwie dokonania naszych zamorskich gości wpisują się w popularny od pewnego czasu nurt retro. Ma to swoje odzwierciedlenie w ubiorach artystów, ale przede wszystkim w materii dźwiękowej. Przy użyciu archaicznych instrumentów i z dużą dozą szacunku dla tradycji kontynuują oni sposób muzykowania, który narodził się ponad pół wieku temu. Nawiązują nie tylko sposobem komponowania swoich utworów, ale też swobodą podczas ich prezentacji na scenie. Bez wspierania się bezduszną technologią. Żadnych gotowych podkładów, sekwencerów i sampli. Żadnego udawania. Tylko stuprocentowo żywa muzyka.
Siena Root chętnie i regularnie przyjeżdża do naszego kraju. Na deskach piekarskiego ośrodka Andaluzja zespół pojawił się – o ile mnie pamięć nie myli – już po raz trzeci. Za każdym razem w trochę innym składzie, gdyż przetasowania personalne są niestety nieodłącznym elementem ich historii. Można z przekąsem dodać, że pod tym względem grupa też wzoruje się na biografiach wielu dawnych gwiazd rocka.
Nieco ponad rok temu miałem okazję obserwować formację podczas występu w małopolskim Przeciszowie. Od tego czasu nie zdążył jeszcze zmienić się jej skład. Do Piekar Śląskich przybyła zatem obsada czteroosobowa. Dwójka współzałożycieli muzykujących pod tym szyldem od samego początku to basista Sam Riffer i perkusista Love Forsberg. Partneruje im wirtuozerski gitarzysta Johan Borgström oraz żywiołowa wokalistka Zubaida Solid, która dodatkowo wzbogaca brzmienie grupy grą na organach Hammonda.
Bez udziału jakiegokolwiek wykonawcy supportującego i bez zapowiedzi konferansjera sympatyczni Szwedzi wkroczyli na scenę parę minut po godzinie dziewiętnastej. Przez następne dziewięćdziesiąt minut raczyli nas najjaśniejszymi punktami dotychczasowego repertuaru. I tu celowo nie zamierzam dokonywać szczegółowego opisu przebiegu koncertu. Powstrzymam się od żonglowania tytułami piosenek oraz nazwami albumów, z których one pochodzą. Nie ma to najmniejszego sensu. Wśród publiczności znaleźli się tego dnia eksperci, dla których twórczość omawianej grupy nie stanowi żadnej niespodzianki. Zamiast zatem przytaczać żmudną kolejność zaprezentowanych kompozycji chciałbym raczej skupić się na ogólnych wrażeniach, jaki niósł ze sobą ów występ.
Zdecydowana większość imprez artystycznych organizowanych w ośrodku Andaluzja to wydarzenia z założenia „siedzące”. Podobnie było i tym razem. Salę wypełniły rzędy krzesełek. Rychło zapełniły się tłumem fanów. Trudno stwierdzić, czy na tak udaną frekwencję wpływ miał sobotni termin koncertu, czy też rosnąca popularność Sieny w naszym kraju. Prawda pewnie leży jak zwykle gdzieś pośrodku. Energetyczne granie tego zespołu średnio nadaje się jednak do kontemplacji w pozycji siedzącej. Muzycy niemal od początku zachęcali słuchaczy do powstania i bardziej aktywnego udziału w koncercie. Dopiero po kilku utworach grupka odważnych czynnie odpowiedziała na ten apel. Naprawdę tłumnie pod sceną zrobiło się jednak dopiero podczas bisowania. Prawie wszyscy ruszyli do przodu, aby podrygiwać w rytm muzyki. Lepiej późno niż wcale, jak mawia stare ludowe porzekadło.
Sam koncert był prawdziwą ucztą dla ducha. Siena Root to projekt zdecydowanie sceniczny, który pełnię swych możliwości uwidacznia dopiero w blasku jupiterów. Mimo wieloletniej kariery cały czas wyczuwa się w ich graniu pasję i radość wspólnego muzykowania. A także prawdziwy kunszt i doskonałe rzemiosło. Stąd też mnóstwo błyskotliwych solówek, chwytliwych riffów i spontanicznie dorzucanych partii improwizowanych. Nad wszystkim góruje zaś mocny śpiew Zubaidy. Trochę szkoda, że wokalistka tak rzadko podchodziła podczas występu do swego Hammonda. Dźwięk tego instrumentu to kwintesencja brzmienia rocka lat siedemdziesiątych. Niepełne wykorzystanie organów było wszak jedynym dostrzegalnym mankamentem. Jako całość występ szwedzkiej ekipy uznać należy za wydarzenie o ogromnym walorze artystycznym. Pozostaje teraz czekać na kolejną wizytę zespołu w Piekarach Śląskich. Na kolejną okazję, aby móc oderwać się od szarej codzienności. Oby więcej takich koncertów!
Tekst: Michał Kass
Zdjęcia: Grzegorz Galuba






























































