Różne są sposoby kultywowania tradycji regionalnych. Nie tylko muzea i skanseny. Można wszak podtrzymywać pamięć w sposób żywy i twórczy. Taki właśnie cel obrali pomysłodawcy nowej inicjatywy na muzycznej mapie Katowic. Stworzyli lokal o nazwie Kato Blues Faces. Śląsk to przecież kolebka krajowej sceny bluesowej. Cóż, fani Tadeusza Nalepy raczej nie podzielają tego punktu widzenia. Ale my wiemy swoje. Tutejsza ziemia wydała na świat niezliczoną ilość projektów wywodzących się z bluesa. „Białe ręce, czarny blues” – śpiewał nieodżałowany Jan Kyks Skrzek. Śląsk po prostu jest z bluesem utożsamiany. To fakt. A z faktami się nie polemizuje.
Ulica Staromiejska to ścisłe centrum Katowic. Jedna z bocznych uliczek prowadzących do rynku. Siedziba Kato Blues Faces mieści się właśnie tam. Spełnia dwie funkcje jednocześnie. Jest niewielkim klubem koncertowym, w którym blues rozbrzmiewa od podłogi po sufit. Jest także wystawą pamiątek związanych ze śląską sceną bluesową – zarówno w wydaniu klasycznym jak i multimedialnym. Ściany przyozdobiono portretami zasłużonych postaci muzycznych tego regionu. Spoglądają na nas twarze Ryszarda Riedla, Pawła Bergera, Andrzeja Urnego, Jana Kyksa Skrzeka, Jerzego Kawalca i Michała Giercuszkiewicza. Muzykują już razem na wiecznym jam session. Pozostały nagrania, także audiowizualne. Są dostępne na jedno kliknięcie palcem w ekran. Wystarczy ubrać słuchawki. Z naprzeciwka uśmiechają się artyści, którzy – na szczęście – są wśród nas. W tym animatorzy śląskiego brzmienia bluesowego, z Józefem Skrzekiem i Leszkiem Winderem na czele. W ramkach reprodukcje ikonicznych okładek płytowych. Zachowane instrumenty z epoki. Afisze słynnych koncertów. W gablotce książki dotykające tematyki bluesowej. Na ścianie mnóstwo cytatów znanych artystów. A w rogu prawdziwy unikat – oryginalna szafa grająca. Podobno działa. Nie próbowałem, więc muszę wierzyć na słowo. Ma to swój klimat. Trudno go opisać bez popadania w górnolotny bełkot. Lepiej zajrzeć i poczuć samemu.
Uroczyste otwarcie obiektu nastąpiło na początku września. Krótko potem odbył się także pierwszy koncert. I to od razu z grubej rury – celebracja czterdziestej rocznicy nagrania albumu „Blues Forever” Leszka Windera. Specjalnie na tę okazję twórca z udziałem gości przypomniał ów materiał na żywo – podobno po raz pierwszy w całości od momentu rejestracji płyty. Później wybrzmiało tu jeszcze kilka zacnych koncertów. W niniejszym tekście chciałbym skupić się na wydarzeniu, które uatrakcyjniło pierwszą niedzielę października 2024. Wystąpił tu okazjonalny kwartet bez nazwy, ale za to w jakże imponującym składzie. A zatem: Jan Gałach (skrzypce), Grzegorz Kapołka (gitara), Andrzej Ryszka (perkusja) i Mirosław Rzepa (gitara basowa)! Celowo wymieniam ich nazwiska w kolejności alfabetycznej, gdyż nie chciałbym umniejszać zasług żadnego z artystów. Ani nikogo faworyzować. Wszyscy – niezależnie od wieku i stażu muzykowania – są gigantami swoich instrumentów. Wielokrotnie spotykali się ze sobą w różnych konstelacjach personalnych, ale w takim układzie incydentalnie. Warto też wspomnieć, że Andrzej Ryszka – dawny perkusista legendarnego Krzaka – od lat mieszka na stałe w Kanadzie. Każda jego wizyta w ojczyźnie to prawdziwa gratka. A już zwłaszcza, gdy wiąże się z zasiadaniem za bębnami.
Pierwotnie anonsowano w koncercie obecność Leszka Windera. Względy zdrowotne nie pozwoliły jednak gitarzyście na udział w wydarzeniu. Po przyjacielsku zastąpił go Grzegorz Kapołka. Miało to z pewnością wpływ na zmiany repertuarowe. Szanse na usłyszenie czegokolwiek z repertuaru grupy Krzak zmalały do zera. Koncert przybrał więc formę otwartą. W dużej mierze oparto go na improwizacjach zakorzenionych w klasycznym bluesie. Prym wiedli oczywiście Janek Gałach i Grzegorz Kapołka, nieustannie przerzucając się solówkami. Gitarzysta przemycił też kilka motywów znanych ze swojej twórczości autorskiej. Jeden z nich łudząco przypominał kompozycję „For John Scofield” z płyty „Super Blue Blues”. Miłym dodatkiem wizualnym była wyświetlana na ekranie za plecami muzyków kompilacja fragmentów klipów i archiwalnych występów panteonu śląskiego bluesa.
Tak w każdym razie wyglądała pierwsza połowa występu niecodziennego kwartetu. Po krótkiej przerwie skład ten rozrósł się do pięciu osób. Przed mikrofonem stanęła gościnnie Joanna Kaniewska. Znamy ją z grupy Around The Blues czy też z udziału w nagraniach Jana Gałacha. Zaśpiewała z kolegami dwa utwory. Najpierw urokliwy „Friendship”, dedykowany Michałowi Giercuszkiewiczowi, którą to pieśń w wersji płytowej wykonywała Natalia Kwiatkowska. Jako drugi zabrzmiał klasyk nad klasykami – standard „The Thrill Is Gone”, rozsławiony przez BB Kinga. Odniosłem wrażenie, że sympatyczną panią Joasię troszkę zjadała trema. Niepotrzebnie. Wśród przybyłych wszak sami swoi. Lokalni sympatycy bluesa, zaprzyjaźnieni muzycy, dziennikarze i fotografowie. Stali bywalcy muzycznych wydarzeń w regionie. A jest to zdecydowanie hermetyczne środowisko. Jedna wielka bluesowa rodzina.
Słuchacze wypełnili ciasną salkę do ostatniego miejsca stojącego. No właśnie – to jedyny zauważalny mankament Kato Blues Faces. Bardzo mało stolików. Jeśli nie pojawisz się w lokalu na dwie godziny przed rozpoczęciem koncertu, to możesz zapomnieć o siedzeniu. Klimatyzacja nie nadąża za gorącą atmosferą, więc drzwi wejściowe otwarte są na oścież przez cały czas grania. Zaciekawieni przechodnie zwalniają, przystają, wsłuchują się. Niektórzy po chwili ruszają dalej w swoją stronę, ale część zostaje mimo chłodnej październikowej aury aż do końca koncertu. Robią zdjęcia. Zresztą sam Janek Gałach zaapelował o to podczas zapowiedzi występu – jak najwięcej fotek i wzmianek w socjalmediach. Niech ludzie dowiedzą się o istnieniu tego miejsca. Niech przychodzą i przekazują dobrą nowinę znajomym. Niniejszy chaotyczny tekst jest poniekąd moją spontaniczną odpowiedzią na tę prośbę. Szczerze polecam wizytę w Kato Blues Faces. Nawet jeśli nie zaliczasz się do grona sympatyków bluesa – docenisz pasję tych, którzy powołali to miejsce do życia.
Tekst: Michał Kass
Zdjęcie: Marek Toma




















































