I znowu nadszedł październik. Z czym kojarzy się ten miesiąc? Możliwości jest wiele. Studentom – z początkiem roku akademickiego. Spacerowiczom – ze złotą polską jesienią. Działkowiczom – z mimowolnym zamykaniem sezonu ogródkowego. A miłośnikom bluesa? Oczywiście z ich ulubionym festiwalem!
Niezmiennie od wielu lat pierwsza sobota października to Rawa Blues Festival. Czyli katowicki Spodek, wciąż jedna z najlepszych sal koncertowych w kraju. A czy wciąż dobra dla tej imprezy? Tu już nie będzie jednoznacznej odpowiedzi. Gołym okiem widać, że z roku na rok frekwencja jest coraz słabsza. Publiczność topnieje. Starsi fani się wykruszają, młodych raczej nie przybywa. Czy to kwestia zmiany upodobań? Mody? Braku czasu? Nie mnie rozstrzygać. Niech zastanawiają się socjologowie. Fakty są takie, że tegoroczna edycja okazała się bardzo kameralną imprezą. I źle to wróży na przyszłość. Jakość jednak rzadko kiedy idzie w parze z ilością. Ci, którzy zjawili się w Spodku, to wszak koneserzy gatunku. I na pewno nie pożałowali swojej decyzji. Program artystyczny festiwalu stał jak zwykle na bardzo wysokim poziomie.
Tradycyjnie już festiwal rozpoczął się w godzinach przedpołudniowych od Małej Sceny, czyli przeglądu debiutantów. W drodze eliminacji zakwalifikowało się w tym roku sześcioro wykonawców. Byli to kolejno: Dziki Blues Band, Honku Tonk, Koher, Piotr Herdzina, Stonage Full Of Sun i Sztof. Zgodnie ze zwyczajem nagrodą w przeglądzie jest występ na Dużej Scenie. Zaszczyt ten przypadł w udziale zabrzańskiej formacji Stonage Full Of Sun.
Jest jeszcze jedna rzecz, która od lat cechuje ten festiwal. Punktualność. Wszystkie zaplanowane podczas festiwalu występy rozpoczynały się zgodnie z rozpiską! Podkreślałem to już w zeszłorocznej relacji i tym razem również nie mogę się powstrzymać przed zaakcentowaniem tego faktu. Zatem równo o 15:00 na scenę Spodka wkroczył gospodarz imprezy – Irek Dudek. Zwyczajowo zainicjował swoje powitanie od krótkiej solówki na harmonijce ustnej. Po nim mikrofon przejął niezastąpiony Jan Chojnacki. Bez jego błyskotliwej konferansjerki trudno wręcz wyobrazić sobie tę imprezę.
Wreszcie czas na muzykę! Otwarcie Dużej Sceny należało w tym roku do Boogie Mama. Jest to duet złożony z małżeństwa Natalii i Dominika Abłamowicz, niegdyś udzielających się w grupie Blues Junkers. Nie był to pierwszy ich występ na Rawie, stąd też zostali ciepło przyjęci przez nieliczną jeszcze o tej porze publikę. W ich krótkim secie oprócz utworów autorskich pojawiła się interpretacja klasyka Elżbiety Mielczarek – „Poczekalnia PKP”. Wzbudziła największy aplauz.
Następnie na scenie zainstalował się laureat Małej Sceny – wspomniany już zespół Stonege Full Of Sun. Jest to kwartet z wokalistką przy mikrofonie, sporadycznie wspomaganą w refrenach śpiewem gitarzysty prowadzącego. Grupa prezentuje żywiołową odmianę blues-rocka, sięgająco mocno do tradycji lat 70-tych. Skojarzenia z Led Zeppelin czy Cream jak najbardziej na miejscu. Warto zapamiętać tę nazwę.
J.J. Band, czyli zespół, któremu przewodzi świetny gitarzysta Jacek Jaguś, to zasłużona marka na rodzimym podwórku bluesowym. Wyluzowany lider sypał anegdotami a harmonijkarz Bartosz Łęczycki puentował całość żywiołowymi solówkami swojego instrumentu. Do tego jeszcze dynamiczna gra Piotra Michalaka na hammondzie i mamy pełen obraz sytuacji. Niemal połowę ich występu wypełniła swobodna, rozbudowana improwizacjami wersja „Rzeki dzieciństwa” z repertuaru Breakout.
Grzegorz Kapołka Quartet pojawił się na scenie w składzie, w którym zrealizował ubiegłoroczną płytę formacji KaZióGra – „Colors”. Obok lidera na gitarze i jego syna Alana na perkusji zaprezentowali się trębacz Antoni „Ziut” Gralak i Darek Ziółek na gitarze basowej. A więc specjaliści wysokiej klasy! Po chwili kwartet zmienił się w sekstet. Dołączył klawiszowiec Jerzy Kaczmarek oraz legenda polskiej wokalistyki blues-rockowej – Roman „Pazur” Wojciechowski. Były oczywiście frywolne „Rajstopy” i jak zawsze porywający evergreen – „It’s A Man’s World”.
No i w końcu czas na pierwszą gwiazdę zagraniczną. The Commoners wywodzą się z Kanady, ale grają bardzo brytyjsko. Słychać w ich muzyce dużo Free, Bad Company, Led Zeppelin i tak dalej. Czyli dynamicznie i intensywnie, ale w starym stylu. Zresztą wizerunkowo też nawiązują do wspomnianych wykonawców, szczególnie wokalista Chris Medhurst i gitarzysta prowadzący Ross Citrullo. Nie są jeszcze zbyt znani w naszym kraju, ale chyba niebawem stan ten ulegnie znaczącej poprawie.
Dla kontrastu Charlie Parr wkroczył na scenę sam. Skupiony i jakby lekko nieobecny. Wyglądem przypominał trochę zatroskanego włóczęgę, zagadującego nas na dworcu o dwa złote. W ręku trzymał za to kultowy model gitary – 14-progową National Style „O” Resonator, którą chyba każdy fan rocka kojarzy z okładki „Brothers In Arms” grupy Dire Straits. To wystarczyło. Usiadł na krzesełku – i zaczarował! To była jedna z dwóch największych niespodzianek tegorocznej edycji festiwalu. Niby nic szczególnego, autorskie ballady folkowe, w dodatku śpiewane w nonszalancki sposób. To nie miało prawa się udać. Nie w tak dużym obiekcie. Tymczasem już po chwili zapanowała wokół tego występu niezwykła aura. Coś magicznego. Trudno opisać to słowami. Klimat wyciszenia i zadumy. Publiczność wysłuchała go zauroczona a na koniec nagrodziła zasłużonymi brawami.
Stałym punktem programu jest co roku koncert Irka Dudka w jednym ze swoich wcieleń artystycznych. W tym roku padło na Shakin’ Dudi, czyli najbardziej popularną odsłonę twórczości szefa festiwalu. Pretekstem była okrągła, czterdziesta już rocznica wydania „Złotej Płyty”. Projekt ten do dzisiaj pozostaje bestsellerem w dorobku Dudka. Z racji pogmatwanych praw autorskich nie jest jednak możliwa płytowa reedycja albumu. Fani mogli się zatem zaopatrzyć w przygotowaną specjalnie na ten dzień nową wersję kultowego dzieła, wzbogaconą o dwa dodatkowe utwory. Wzmocniony był także zestaw wykonawców towarzyszących Dudkowi na scenie Spodka. Anonsowany głośno w mediach udział Jana Borysewicza ograniczył się wprawdzie do zagrania jednej krótkiej solówki, ale już Paulina Przybysz zaśpiewała z gospodarzem aż dwie piosenki – w tym prześmiewczą „To ty słodka”. Pojawił się też kompan z dawnych lat, gitarzysta Maciej Radziejewski. Mimo pastiszowego charakteru kompozycje te wciąż dobrze wypadają na żywo. Tekstowo też się – niestety – nie zestarzały. A największy szał i tak wywołała oczywiście kultowa „Ziuta”.
Drugą ogromną niespodzianką tegorocznej edycji „Rawa Blues” okazał się występ Mr Sipp. To było zaskoczenie totalne. Pan Castro Coleman i jego trzej czarnoskórzy towarzysze dosłowne unieśli dach Spodka w górę. A nie oczekiwałem po tym występie niczego specjalnego, zwłaszcza po zaznajomieniu się uprzednio z bardzo „plastikową” w sensie muzycznym płytą „The Soul Side Of Sipp”. Tymczasem sedno koncertu stanowiły kompozycje z nieco wcześniejszego albumu „The Mississippi Blues Child” i był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę! Ogniste solówki gitarowe, świetne partie wokalne (również w wykonaniu pana przy klawiszach) oraz bujająca wibracja sekcji rytmicznej. W pewnym momencie lider zniknął ze sceny i – nie przerywając żywiołowej solówki na gitarze – ruszył spacerowym krokiem w tłum. Okrążył płytę i sektory, po czym – cały czas grając z zacięciem – uśmiechnięty wrócił do lekko zaniepokojonych kolegów. Takie obrazki na długo zapadają w pamięć.
Nieprzypadkowo główną gwiazdą festiwalu został w tym roku projekt Blood Brothers, czyli wspólna inicjatywa artystyczna dwóch wybitnych gitarzystów – Mike’a Zito oraz Alberta Castiglia. Obaj mieli już dawniej okazję koncertować na scenie Spodka osobno. W tym zestawie zawitali jednak po raz pierwszy. Zaprezentowali materiał ze wspólnej płyty, którą zatytułowali – a jakże – „Blood Brothers”. Była też jedna kompozycja premierowa, zwiastująca ciąg dalszy tego przedsięwzięcia. Na bis zagrali natomiast kultowe „Rockin’ In The Free World” Neila Younga. Często wymieniali się solówkami. Nie była to absolutnie rywalizacja, raczej wzajemne uzupełnianie się. Castiglia grał przy tym szybciej, jak rasowy gitarowy „wymiatacz”, podczas gdy Zito wolał raczej skupić się na stylowym „groove”. Dobrze się panowie dopasowali. Świetnie radził też sobie zespół akompaniujący. Nie rozumiem tylko, po co w jego skład weszło aż dwóch bębniarzy. Nie licząc krótkiego dialogu perkusyjnego obaj przez cały koncert dublowali swoje partie. Ale może taki właśnie był zamysł aranżacyjny i czepiam się bez sensu. Grunt, że wszystkim się podobało. I nim się spostrzegliśmy, na zegarze wybiła godzina 23:00.
Jeszcze raz na scenie pojawił się Irek Dudek. Podziękował za przybycie, pogratulował wytrwałości i zaprosił przybyłych na kolejną edycję. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i za rok znowu pierwsza sobota października będzie kojarzyć się z Rawą Blues. Oby ten festiwal trwał! Ja powrócę na niego na pewno!
Tekst: Michał Kass
Zdjęcia: Grzegorz Galuba













































































