2024.03.30 – JUDAS PRIEST, SAXON, URIAH HEEP – Kraków

240330-JP-S-UH

Już na papierze wyglądało to bardzo obiecująco. Taki skład! Klasyk za klasykiem. Bernie Shaw z Uriah Heep zwrócił nam uwagę na to, że tego wieczoru na scenie będziemy mieli do czynienia ze 150 latami historii brytyjskiego metalu. Poza tym można było mieć wysokie oczekiwania, bowiem wszystkie trzy kapele wydały niedawno nowe krążki studyjne – i co tu dużo mówić – są to świetne albumy.
Jednakże opublikowana czasówka koncertu wraz z planem wejść nie pozostawiała złudzeń. To nie miało szans się sprawnie odbyć. Planowane 40 minut na wpuszczenie publiczności na niemal wyprzedany obiekt… kiedy o 18:05 zobaczyliśmy kolejki, witki nam opadły. Zespoły na domiar złego rozpoczynały nieco wcześniej niż zapowiedziano. Zaskakującym było to, że wejście na sektory poszło całkiem sprawnie i dane nam było usłyszeć Uriah Heep od pierwszego dźwięku. W trakcie pierwszego występu płyta wciąż jednak się wypełniała.

Parę chwil na adaptację słuchu – i z uśmiechem można było stwierdzić, że nagłośnienie tego wieczoru będzie wyborne. Już pierwszy zespół brzmiał potężnie. A co za tym idzie ich repertuar z klasycznych płyt zyskiwał dodatkowego kolorytu. Uriah Heep posiłkowali się chórkami z taśmy, na co od razu można było zwrócić uwagę, faktem jest natomiast, że do wokaliz nie można było się przyczepić. Shaw ma moc zarówno w górkach jak i chrypkach. Oprócz dwóch nowych kawałków, w swoim 40-minutowym secie zespół zaprezentował nam garść klasyków, z niezapomnianym „Lady in Black” na zwieńczenie występu. „A teraz Mick Box pokaże wam jak się grało heavy metal w latach 70-tych”, zapowiedział wokalista tuż przed dłuższą partią solową… i oświetlony jupiterem gitarzysta udowodnił, że granica między gatunkami jest naprawdę umowna. Zaskakujący był fakt, jak wiele refrenów publiczność śpiewała z zespołem. Zresztą wspomniany utwór na zakończenie przykrótkiego występu pozostawił jedynie głębokie przekonanie, że kolejnego samodzielnego koncertu grupy w naszym kraju nie można sobie odpuścić.

Mogę stanowczo stwierdzić, że SAXON był tego wieczoru najlepiej nagłośnionym zespołem, a forma w jakiej jest Biff Byford – po prostu czapki z głów. Podobnie jak ich poprzednicy promowali wyśmienity album, co zdecydowanie przeniosło się na jakość setlisty. Zresztą jak każdy z zespołów tego wieczoru grupa miała do zaprezentowania całe portfolio klasycznych kawałków, ale któryś z moich kolegów słusznie zauważył, że tego wieczoru z wypiekami na twarzy wyczekiwało się na równi nowych kawałków, co hitów. Genialnie sprawdziły się następujące po sobie solówki w „Madame Guillotine”, gdzie oświetleni na zmianę gitarzyści odegrali swoje partie. Zespół miał tez nieco bardziej okazałą oprawę od poprzedników, bo oprócz widzianych już tego wieczoru mgieł mieliśmy w nieco większej ilości dawkowaną mini pirotechnikę. Podczas tego koncertu pojawił się również nieśmiały mosh pit. Ucieszyło nas to, że kiedy dostaliśmy możliwość wyboru gromkimi okrzykami dwóch utworów („Broken Heroes” lub „Crusader”) wyraźnie zadowolony Biff stwierdził, że mogą je dla nas zagrać oba. Nie była to jedynie kurtuazja, jak się okazało na wcześniejszych koncertach, panowie grali jeden z tych kawałków. Oprócz trzech kawałków z nowej płyty usłyszeliśmy jeszcze 10-letni „Sacrifice”, oprócz tego zespół zaserwował nam kawał swojej historii. Z najbardziej okazałą reprezentacją płyty „Denim & Leather” (bo aż trzy kawałki) i „Wheels Of Steel” (dwa utwory). Przyznam szczerze że o ile Uriah Heep i Priest widziałem już wcześniej, tak jakoś moje drogi rozmijały się z Saxon, czego po sobotnim wieczorze jeszcze bardziej żałuję – i postanawiam poprawę. Te 55 minut to dla mnie stanowczo za mało. Na pewno tak tego nie zostawię.

W przerwie między zespołami, kiedy rozmawialiśmy ze znajomymi, stwierdziłem, że skoro każdy kolejny zespół dokładał do show kolejny element, na koncercie Judas Priest odlecimy na pierotechnice, mgłach dymach, laserach i co tam jeszcze… okazało się, że nieco się myliłem. Gwiazda wieczoru postawiła raczej na scenografię opartą na telebimach. Za zespołem na czterech prostokątnych ekranach uświadczyliśmy (owszem) widoku ognia, lawy i wszelkich błyskawic w zadowalającej ilości. Wyświetlane nam były zarówno animacje, fragmenty z teledysków, jak i przebitki z kamer na żywo. A sam set? Nie mam uwag – dobór repertuaru był rewelacyjny. Bardzo umiejętnie wymieszano w tyglu utwory reprezentujące „Invincible Shield”, oraz kawałki, których każdy się spodziewał – czy wręcz ich wymagał. Wspomniałem że najlepiej nagłośniony był Saxon – owszem, do Judasów bym się nawet nie czepiał, ale obiektywnie trzeba stwierdzić, że poziom głośności odbierał nieco selektywności. Nie na tyle żeby narzekać, na tyle żeby odnotować że nie było idealnie. Biorąc poprawkę na wiek Halforda trzeba stwierdzić, że chłop daje czadu. Były momenty gdzie siłą głosu maskował utratę melodii, ale odnoszę wrażenie, że zaśpiewał lepiej niż podczas mojego poprzedniego koncertu Priest po wydaniu „Firepower”. Oczywiście nie mogło zabraknąć wielokrotnie nurkującego w stronę publiczności oświetlonego symbolu zespołu, czy też akcentu w postaci motocykla na którym wokalista wjechał tryumfalnie podczas „Hell bent for Leather”. Jeśli ktoś widział ich po raz pierwszy, był pewnie tak samo zachwycony jak ci, którym na dźwięki „Breaking the Law”, „Living After Midnight” czy „Electric Eye” przyspieszały rozruszniki.
Szkoda, że w naszym kraju na scenie nie pojawił się Glenn Tipton. Trzymam za niego kciuiki i życzę zdrowia. Pozostaje mieć nadzieję na jeszcze wiele koncertów Judas Priest w naszym kraju… Zresztą, jeśli będą nagrywać tak świetne płyty jak ostatnia, na ich występach pojawiać się będzie tak jak w Krakowie, pełen przekrój wiekowy odbiorców.

Tekst: Piotr Spyra

Zdjęcia: Piotr Michalski, Piotr Spyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *