2023.12.03 – TALES OF PINK FLOYD – Chorzów, Planetarium Śląskie

W ostatnich latach jak grzyby po deszczu wyrastają tak zwane „Tribute-Bandy”. Mowa tu o formacjach zajmujących się profesjonalnym odgrywaniem repertuaru danego artysty bądź zespołu. Gdyby sporządzić ranking twórców, którzy doczekali się największej ilości takich przejawów uznania, to zapewne grupa Pink Floyd znalazłaby się w ścisłej czołówce, tuż obok The Beatles, Elvisa czy Queen. Zapotrzebowanie na tego typu działalność sceniczną jest jak najbardziej zrozumiałe. Wszak ulubioną muzykę najlepiej odbiera się na żywo a wspomniani artyści niestety nie dadzą nam już takiej okazji. Zespół Pink Floyd cieszy się w naszym kraju wyjątkowym uznaniem. Nigdy jednak nie wystąpił w Polsce (nie licząc późniejszych solowych wizyt jego członków). Mam to szczęście, że dane mi było uczestniczyć w koncercie tej grupy w Pradze podczas jej ostatniej europejskiej trasy w roku 1994. Zdaję sobie jednak sprawę z faktu, że wielu fanów ominęła taka okazja. Zresztą od tamtego czasu dorosło już całe pokolenie miłośników Pink Floyd, których w chwili wydania albumu „The Division Bell” nie było jeszcze na świecie.  Do nich właśnie skierowana jest oferta licznych Tribute-Bandów specjalizujących się w coverowaniu twórczości Davida Gilmoura i Rogera Watersa.

Oferta w tym zakresie jest szeroka. W ubiegłych latach miałem okazję uczestniczyć w kilkunastu koncertach poświęconych twórczości Pink Floyd. Był wśród nich Australian Pink Floyd Show (całkiem dobry), Brit Floyd (świetny), włoski Pink Floyd History (niezły) oraz niemiecki RPWL (rewelacyjny). Ten ostatni pomimo imponującego dorobku autorskiego grywa czasami koncerty złożone wyłącznie z kompozycji legendarnej grupy z Cambridge. Widziałem też polskie przejawy coverowania Pink Floyd w postaci Polish Floyd (polecam) i wszechobecnego Another Pink Floyd (raczej odradzam). Od roku 2015 wymienione grono powiększyło się o kolejną formację o podobnym profilu -Tales Of Pink Floyd.

Wywodzący się z Olsztyna skład specjalizuje się w prezentowaniu na żywo całych albumów brytyjskiej legendy rocka. Niedzielny występ w chorzowskim Planetarium Śląskim poświęcono zatem obchodzącej w tym roku swoje 50-lecie płycie „The Dark Side Of The Moon”. Wybór jak najbardziej słuszny. Astralna projekcja nieba wydaje się wręcz stworzona do ilustracji tej wyjątkowej muzyki. Sam obiekt po generalnym remoncie dysponuje obecnie bardzo dobrym sprzętem nagłaśniającym. Poprawiła się też akustyka sali. Wymarzone warunki do odbioru „Ciemnej Strony Księżyca”.

Nawet niespodziewany atak zimy nie zniechęcił potencjalnych słuchaczy. Komfortowe fotele audytorium zajęte byłe niemal do ostatniego miejsca. Wśród przybyłych zauważyłem dużo osób młodych – być może zawdzięczających zainteresowanie muzyką Pink Floyd swoim rodzicom. Zawsze cieszy mnie taki widok. Oznacza to, że nie wszyscy dali się ogłupić współczesnej medialnej tandecie i wśród pokolenia obecnych dwudziestolatków nie brak ludzi wrażliwych na piękno prawdziwej sztuki.

Punktualnie o godzinie 18:00 z głośników popłynęła introdukcja, składająca się z wymieszanych losowo motywów Pink Floyd z najwcześniejszych płyt. Po chwili rozległo się charakterystyczne łomotanie serca. Otwierający płytę instrumentalny zlepek dźwięków „Speak To Me” odtworzono oczywiście z oryginalnego podkładu płytowego, ale już następujący po nim „Breathe” zabrzmiał jak najbardziej na żywo. Słychać, że muzycy poświęcili dużo czasu na odpowiednie przyswojenie materiału. Partie gitar i instrumentów klawiszowych odegrano w aranżacjach zbliżonych do wersji płytowej. Nieco gorzej wypadła kwestia wokali, ale to akurat bolączka niemal wszystkich cover bandów parających się odgrywaniem kompozycji Pink Floyd na żywo. Okazuje się, że nie tak łatwo jest zaśpiewać w stylu Davida Gilmoura, Rogera Watersa i Richarda Wrighta, mimo iż żaden z nich Pavarottim nie był, jeśli wiecie co mam na myśli. Próby imitacji ich specyficznej barwy głosu zazwyczaj kończą się mizernie. Dużo prościej da się odwzorować brzmienie gitary Gilmoura i klawiszy Wrighta. Nie chcę przez to powiedzieć, że wokaliści olsztyńskiego składu śpiewali źle, nic z tych rzeczy. Odrobili swoje zadanie domowe i starali się jak mogli. Po prostu pierwowzór jest nie do zastąpienia.

Motoryczne „On The Run”, podobnie jak introdukcja, bazowało na oryginalnym podkładzie albumowym, wzbogaconym jedynie drobnymi ingerencjami klawiszowca i gitarzysty. Po wyrywających z zadumy drapieżnych dźwiękach setek bijących zegarów nastąpiło oczywiście „Time”. Świetnie zaprezentowały się tutaj dwie panie śpiewające w chórku. Po chwili każda z nich miała też do zaoferowania własną interpretację słynnej wokalizy Clare Torry w utworze „The Great Gig In The Sky”. Obie wokalistki podzieliły się kanoniczną partią po połowie. I obie wykonały swoją pracę na medal. Tym samym dobiegła końca pierwsza połowa legendarnego albumu. Tu nastąpił mały zgrzyt, gdyż zamiast płynnego rozpoczęcia części drugiej otrzymaliśmy kilkunastominutowy lektorski wykład naukowy na temat transformacji księżyca, poparty stosownymi projekcjami astrologicznymi. Byłby na pewno ciekawym urozmaiceniem zwykłego seansu planetaryjnego, ale w tym konkretnym przypadku wpłynął na rozbicie dramaturgii koncertu. Określając rzecz kolokwialnie – cały klimat momentalnie siadł.

Wreszcie z głośników odezwały się brzęczące monety a gitara basowa zaintonowała riff otwierający „Money”. Jedyny raz tego wieczoru wykonawcy pozwolili sobie na niewielkie odstępstwo od wersji albumowej, wydłużając nieco prezentowany utwór o improwizację od momentu wieńczącego solówkę saksofonu. Bez niespodzianek przemknął za to nostalgiczny „Us And Them” i brawurowy „Any Colour You Like”. Aż w końcu wielki finał w postaci połączonych „Brain Damage” i „Eclipse”.

Rozległa się burza oklasków. Na sali zapalono światła i szef kolektywu – wokalista Rafał Gajewski – przedstawił wszystkich członków swojej grupy. W odpowiedzi na prośbę publiczności zapowiedziano też bis. Szkoda jednak, że zdecydowano się na ponowne wykonanie piosenki „Money”. Nie przepadam za sytuacjami, gdy na bis gra się po raz drugi coś, co znalazło się uprzednio w programie podstawowym. Zwłaszcza, że dorobek fonograficzny Pink Floyd jest wystarczająco obszerny, aby sięgnąć po coś jeszcze – nawet jeśli zamysł olsztyńskich muzyków polegał na sztywnym trzymaniu się tematu księżycowego. Ale mam wrażenie, że publiczności zgromadzonej w Planetarium nie przeszkadzało ponowne słuchanie floydowego klasyka wszechczasów. Dobrej muzyki nigdy zbyt wiele!

Michał Kass

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *