2023.10.07 – RAWA BLUES FESTIVAL – Katowice, Spodek

Śląsk bluesem stoi. Blues zadomowił się tu dawno temu i trafił na podatny grunt. Szczera i prosta muzyka amerykańskiej czarnoskórej klasy robotniczej jak nigdzie indziej zrosła się z (niegdyś ciemnym od węgla) terenem Górnego Śląska. Tutaj rodziły się największe talenty tego gatunku. Tutaj tętniły życiem kluby muzyczne. Wielu z artystów mających śląskie korzenie wypłynęło potem na światowe sceny koncertowe. Bogate tradycje bluesowe regionu są niepodważalne a ponad czterdziestoletnia historia festiwalu Rawa Blues tylko potwierdza postawioną na wstępie tezę.

Rawa Blues, największa tego typu impreza w naszej części Europy, od lat prezentuje nie tylko śmietankę krajowych artystów bluesowych ale także zaprasza cenione przez fanów gwiazdy zagraniczne. Pomysłodawca i szef artystyczny, Irek Dudek, z godną pochwały determinacją dba o przetrwanie i ciągłość wydarzenia w tych niełatwych dla branży muzycznej czasach. Dzięki niemu od wielu lat festiwal odbywa się w katowickim Spodku. Zwykle jest to pierwsza sobota października. Podobnie było i w tym roku.

Również zgodnie ze zwyczajem, już w godzinach przedpołudniowych wystartowała w Antresoli Spodka tak zwana Scena Boczna, czyli przegląd wyłonionych w eliminacjach początkujących (bądź po prostu mniej znanych) wykonawców. Zwycięstwo w konkursie gwarantuje udział w koncercie otwierającym Dużą Scenę. Jest też przepustką do udziału w przyszłorocznej edycji a także szansą dołączenia do panteonu gwiazd polskiego bluesa. W tym roku do udziału w Scenie Bocznej zakwalifikowało się siedmioro wykonawców. Konkurs miał się rozpocząć się o godzinie 11:00. Nie będę udawał, że go widziałem. Życie jest za krótkie a doba ma tylko 24 godziny. Udało mi się zjawić dopiero na inaugurację Dużej Sceny, czyli tuż po 15:00. Podobnie jak w poprzednich edycjach festiwalu uroczystego otwarcia festiwalu dokonali wspólnie Marek Jakubowski, Irek Dudek oraz prowadzący całość niezastąpiony Jan Chojnacki. Co ciekawe, konferansjer pozostawał obecny na scenie praktycznie przez cały czas trwania festiwalu. W trakcie poszczególnych występów zasiadał z boku na specjalnie przygotowanej dla niego kanapie.

Jako pierwsi na estradzie pojawili się laureaci Sceny Bocznej. Tym razem w liczbie mnogiej, gdyż jury wyłoniło aż dwóch zwycięzców. Były to zespoły Rosemerry i Onus Blues. W pierwszym przypadku młodzi, początkujący artyści, w drugim muzycy zdecydowanie wiekowi, ale wciąż bez spektakularnych sukcesów. Każdy przedstawił po dwie autorskie kompozycje. Po nich przyszedł czas na właściwą część festiwalu. Nowatorską koncepcją organizatorów był w tym roku podział na trzy bloki tematyczne. Pierwszy z nich zainaugurowany został przez grupę Blueset. Ten trzynastoosobowy (!) skład przykuwał uwagę nie tylko rozbudowaną sekcją dętą i okazałym chórkiem ale też frontmanem (Andrzej Łysień) dysponującym głosem o barwie łudząco podobnej do Marka Piekarczyka. Żywiołowa dawka blues rocka spotkała się z dużym aplauzem. Następnie na scenę zaproszono Roberta Kordylewskiego. Dla odmiany był to „one man show”, tylko głos i gitara. Brak sekcji rytmicznej wypełniła więc równo klaszcząca publiczność. Kordylewski ze swymi anglojęzycznymi piosenkami nawiązał dobry kontakt ze słuchaczami. Ale jeszcze większą furorę zrobiła grająca tuż po nim formacja Teksasy. A właściwie Wojtek Cugowski & Teksasy, bo tak w tej chwili brzmi pełna nazwa tej zasłużonej dla krajowego rocka grupy z Lublina. Zespół kontynuuje działalność i składa hołd swemu nieżyjącemu już liderowi, Jerzemu „Szeli” Stankiewiczowi. W tym roku ukazała się płyta „Może cofniesz czas”, nagrana już w składzie z Cugowskim ale jeszcze do tekstów Szeli. Utwory z tejże płyty wypełniły większość krótkiego koncertu Teksasów. Wojtek Cugowski po raz kolejny udowodnił swoją wszechstronność artystyczną. Ten nietuzinkowy wokalista potrafi świetnie odnaleźć się zarówno w muzyce pop (niegdyś projekt Bracia, także solowo), hard & heavy (genialny Kruk) jak i rasowym blues rocku właśnie w wydaniu grupy Teksasy. Czapki z głów!

Środkowy blok tematyczny nosił nazwę „Rock’n’roll set” i termin ten idealnie oddawał istotę sprawy. Trzy występujące kolejno zespoły przeniosły nas na chwilę w lata 60-te XX wieku, czas dominacji Elvisa Presleya i jego naśladowców. Formacja Boogie Boys gra dokładnie tak, jak się nazywa. Niemal natychmiast rozbujali Spodek swymi energicznymi numerami. Kierujący całością Bartek Szopiński to nie tylko wirtuoz instrumentów klawiszowych (piano i Hammond) ale też roztańczony wokalista, któremu w śpiewie nie przeszkodziła nawet chwilowa awaria mikrofonu.

Jeszcze bardziej „dołożyli do pieca” Brytyjczycy z grupy Restless. Trójka weteranów rockabilly kultywujących tradycje Carla Perkinsa dosłownie podniosła dach Spodka. Stąd też niełatwe zadanie miał przed sobą występujący tuż po nich gospodarz imprezy, Irek Dudek, tym razem w swym najbardziej swobodnym wcieleniu – Shakin’ Dudi. Mimo zaklepania sobie najlepszego „czasu antenowego” nie był w stanie podtrzymać dynamiki swych poprzedników. Mimo ciągłego zachęcania publiki do tańczenia i śpiewania nie zdołał nawiązać do fenomenu, jakim ekipa Shakin’ Dudi cieszyła się w okresie schyłkowego PRL-u. Nie te lata, nie ten skład (chociaż Grzegorz Kapołka na gitarze jak zwykle wyśmienity). Nie pomogły też drobne problemy techniczne podczas serwowania kolejnych klasyków ze „Złotej płyty”. Wierna publiczność niestrudzenie domagała się jednak kultowej „Ziuty” i w końcu dostała ją na bis, niestety w mocno okrojonej wersji.

Ostatni blok określono po prostu jako „Koncert Finałowy”. Był to więc czas przeznaczony dla głównych gwiazd tegorocznej edycji festiwalu. Zapowiadani na afiszu największą czcionką Amerykanie z Altered Five Blues Band rzeczywiści okazali się przysłowiową „wisienką na torcie”. Zespół pod wodzą budzącego respekt (zarówno wyglądem jak i możliwościami głosowymi) Jeffa Taylora rozgrzał publikę do czerwoności. Ich granie można opisać jako kwintesencję współczesnego blues rocka. Jest tam miejsce na groove, soczyste solówki gitary, lekko jazzujące piano i finezyjną perkusję. A lekko zachrypnięty, emocjonalny śpiew Taylora to już najwyższa półka wokalistyki tego gatunku.  Amerykanie tak się rozpędzili, że aż przeciągnęli nieco czas przeznaczony na swój występ. Ale raczej nikomu to nie przeszkadzało. I w zasadzie na tym cała impreza mogłaby się spokojnie zakończyć. Do końca festiwalu nikt już Piątki nie przeskoczył.

Przez resztę wieczoru rządziły już tylko składy trzyosobowe. Najpierw Philip Sayce, grający bardzo głośno, szybko i … bezpłciowo. Chwilami odwołujący się do stylistyki wczesnych dokonań Lenny’ego Kravitza, ale bez melodyjności tegoż. Potem całkiem udany występ zaliczył Albert Cummings. Szybko złapał dobry kontakt ze słuchaczami. W trakcie wykonywania wolnego bluesa dla żartu zaśpiewał bez mikrofonu, podchodząc do krawędzi sceny. Na sali panowała taka cisza, że jego głos bez problemu przebił się ponad dźwięk gitary. Potem wykonał jeszcze wiązankę bluesowych standardów i zebrał gromkie brawa. A tuż przed północą dla najbardziej wytrwałych festiwalowiczów zagrał ostatni wykonawca tegorocznej edycji, Troy Redfern Band. Barwnie poubierany skład przedstawił lekko psychodeliczną, ale w gruncie rzeczy okrutnie jednostajną plątaninę dźwięków. Krótki show zapadł w pamięć głównie dzięki atrakcyjności wizualnej w postaci urodziwej pani basistki.

Podsumowując tegoroczną edycję trzeba niestety wspomnieć o niezbyt imponującej frekwencji. Mimo utrzymania dotychczasowych cen biletów nie udało się zapełnić przestronnej hali Spodka nawet w połowie. Tym większa szkoda, gdyż program festiwalu ułożono z odpowiednim staraniem o wysoki poziom artystyczny. Udało się uniknąć zeszłorocznych wpadek repertuarowych (Macy Gray na Rawie to nieporozumienie). Na plus zasługuje zwłaszcza sprawna organizacja przebiegu koncertu. Przerwy techniczne przedzielające występy poszczególnych artystów ograniczono do niezbędnego minimum. A jak wiadomo – nie jest to normą. Bo i sam festiwal jest inny niż wszystkie. I oby pozostał takim jeszcze na wiele lat.

Michał Kass

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *