Kanadyjczycy z THREE DAYS GRACE w ramach obecnej trasy zawitali do
naszego kraju na dwa koncerty. Obydwa zostały wyprzedane. Popularność
zespołu w naszym kraju trochę mnie zaskoczyła, ale zarazem sprawiła że
wrocławski koncert należał do udanych. Publiczność wykazywała się
imponującą znajomością materiału, do tego stopnia, że były refreny gdzie
wokalista mógł sobie odpocząć. Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Bardzo chcieliśmy zobaczyć support – amerykański zespół BAD WOLVES.
Pogoda jednak spłatała nam figla, a kierowcy TIRów nie pomogli w
sprawnym pokonaniu autostrady, dlatego do klubu dotarliśmy na samą
końcówkę ich występu. Usłyszeliśmy cover „Zombie” wieńczący występ, ale
nie sposób było przeoczyć faktu że zespół cieszył się sporą estymą
fanów. Reakcje były iście imponujące. Na pocieszenie mogliśmy jedynie
wesprzeć grupę na nieźle zaopatrzonym stoisku z merchem.
Przepisowa przerwa została wypełniona różnymi utworami puszczanymi przez
obsługę klubu, my w tym czasie mogliśmy znaleźć dogodne miejsce,
pooglądać scenę z gigantycznym banerem z logo gwiazdy wieczoru, ale też
mogliśmy podziwiać konstrukcję która umożliwiała umieszczenie perkusji
na sporym podwyższeniu. Kiedy z głośników popłynął utwór Bon Jovi –
nieco głośniej niż pozostałe – coś było na rzeczy – publiczność włączyła
się w śpiewanie, a kawałek ten płynnie przeszedł na końcu w pierwsze
dźwięki pojawiającego się na scenie zespołu.
Koncert THREE DAYS GRACE był modelowym przykładem rockowego misterium.
Mieliśmy w zasadzie do czynienia z zespołem na scenie, niezłą pracą
świateł i kapitalnym nagłośnieniem. Nie było potrzeby stosowania żadnych
fajerwerków czy klipów w tle… Publiczność od razu została porwana do
zabawy przez frontmana grupy, bo koncert rozpoczął przebojowy „The
Mountain”. Dobór repertuaru mógł być nieco zaskakujący, bowiem
reprezentacja nowego albumu nie była przytłaczająca. Grupa zagrała
bowiem materiał przekrojowy, sięgając tak naprawdę najczęściej do dwóch
pierwszych albumów… było więc dość ciężko. Równowagę wprowadził moment
kiedy zespół zgromadził się na scenie na krzesełkach (a perkusista za
klawiszami) i zagrali semi-akustycznie „Love Me or Leave Me” oraz „Get
Out Alive”. Kręciłem nosem jedynie na elektroniczny podkład klawiszowy, z
którego rezygnacja sprawiłaby że ten fragment byłby całkowicie
akustyczny. Podejrzewam że podglądanie setlist z trasy weszło już
przeciętnemu odbiorcy w krew, bowiem reakcje publiczności na wszelakie
zmiany na scenie czy zapowiadane utwory były nie tylko błyskawiczne, ale
i spodziewane. W set weszły dwa covery i tylko można mieć żal że
poprzedni, kapitalny album był reprezentowany zaledwie przez singiel
„Painkiller”. Zabawy z dzieleniem tłumu podczas „I Hate Everything About
You” należy uznać za udane i chyba tylko wokaliście nie udało się
namówić publiczności do sformowania mosh-pit’u podczas jednego z
mocniejszych kawałków.
Było coś organicznego w kontakcie zespołu z publicznością, a zarazem
widać i czuć było energię emanującą z obu stron. W końcu wyprzedany to
koncert, gdzie lwia część tłumu to zagorzali fani gwiazdy, nie postronni
sympatycy mocniejszego grania. Mnie trochę raziła ilość telefonów
uniesionych w górę w czasie całego występu… nieco przeszkadzało to
niższym fanom. Podczas ballady jednakże sam zespół zachęcał do włączenia
latarek. Trzeba stwierdzić, że koncert podobał się wszystkim –
zadowolenie było widać na twarzach po obu stronach barierek.
Piotr Spyra

















































