Rotting Christ „w akcji” ostatni raz widziałem ponad
dwadzieścia lat temu! Jak dziś pamiętam niezwykły koncert w starym
katowickim Mega Clubie, gdzie dzielili scenę z Sirrah, Moonspell oraz
Samael. Wówczas pokazali, że potrafią tworzyć klimat wywołujący ciarki.
Czy przez te wszystkie lata magia wciąż trwa…?
Na początek słów kilka o supportach, a właściwie jednym. Niestety nie udało mi się zdążyć na otwierający wieczór Svart Crown, do klubu dotarłem tuz przed występem holenderskiego Carach Angren.
Szybki rzut oka na stoisko z merchem i błyskawicznie udałem się w
okolice sceny. Zespól robił wrażenie a sądząc po reakcjach publiczności
spora część widowni doskonale znała ich twórczość. Muzyka będąca
wypadkową Cradle of Filth oraz Dimmu Borgir okraszona teatralnością
Arcturus „na żywo” wypadła świetnie. Rozbudowane, wielowątkowe
kompozycje i talent aktorski wokalisty powodowały, że godzinka, którą
otrzymali minęła jak z bicza strzelił. To był mocny akcent tego
wieczoru, Carach Angren i ich symfoniczny black metal mogły się podobać,
a poza wokalistą, który zwracał uwagę swoimi scenicznymi ruchami nie
sposób było nie dostrzec muzyka odpowiedzialnego za czarno-białe
„parapety”, który nie dość, ze był niezwykle ekspresyjny to dodatkowo
grał na niezwykłym zestawie instrumentów, które umieszczone na
specjalnym wysięgniku zmieniały co jakiś czas położenie!
Po trwającej około 20-30 minut przerwie scenę opanowali panowie z Rotting Christ
i powiem tyle – klękajcie narody! To co mnie spotkało 31.01.2018r to
było piekło w najczystszej postaci! Bracia Tolis oraz grający z nimi od
roku 2014 basista Van Ace oraz gitarzysta George Emmanuel rozpalili Mega
Club do czerwoności. Można było odnieść wrażenie, że zamiast w
koncercie uczestniczy się w jakimś misterium ku czci rogatego. Siarka
unosiła się w powietrzu i chyba sam Lucyfer zjawił się w klubie kiwając z
uznaniem głową. Ostatnie dwa albumy Greków „Κατά τον δαίμονα εαυτού” oraz „Rituals”
dobrze wypadały z płyty, ale gdy utwory z nich pochodzące otrzymały
koncertowego powietrza to po prostu zabijały swą mocą! Przyznaję
kilkukrotnie miałem ciarki, podczas „Ἐλθὲ κύριε (Elthe Kyrie)” czy „Ἄπαγε Σατανά (Apage Satana)”
dreszcz przebiegał po plecach a ich wykonanie było tak autentyczne i
sugestywne, że jeżeli pośród publiczności byli praktykujący katolicy to
po tym koncercie powinni iść do spowiedzi. Słowo szatan było odmienianie
przez wszystkie przypadki (choć w sumie w angielskim nie ma przypadków)
z mocarnym zakończeniem w postaci „Grandis Spiritus Diavolos”.
Sakis szybko nawiązał kontakt z publicznością i niczym mistrz ceremonii
sterował tłumem, gdy oczekiwał rytmicznego machania zaciśnięta dłonią
otrzymywał to gdy zasugerował zrobienie młynu, rozpętał pod sceną, ale i
w sporej odległości od niej, istne piekło – to było szaleństwo!
Warto tez zwrócić uwagę na brzmienie – było bardzo głośno, ale
selektywność i klarowność wzbudzały szacunek dla trudu włożonego przez
nagłośnieniowca. Swoją robotę wykonał perfekcyjnie, i oba zespoły, które
miałem okazję zobaczyć tego wieczoru wypadły świetnie!
To jak jest z ta magią? Czy po ponad dwudziestu latach wciąż jest? Otóż
tak, do tego zwielokrotniona! Rotting Christ to sceniczna bestia, zespół
który przez lata grania nabrał doświadczenia a ich koncerty to
niezapomniane niemal metafizyczne, duchowe przeżycie!








tekst: Piotr Michalski
zdjęcia: Marcin Magiera/Piotr Michalski



















































