W ramach trasy promującej krążek „Endure and Survive” BLAZE BAYLEY z
zespołem zawitał ponownie do tyskiego Underground Pub. Ci, którzy
pojawili się w klubie nieco wcześniej nie mieli problemu by uzyskać
autografy, czy zrobić sobie zdjęcia z muzykami grupy – i samym Blazem.
Przechadzali się oni swobodnie po klubie i chętnie rozmawiali z fanami.
Już przed koncertem można było odwiedzić dobrze zaopatrzone stoisko z
merchem i nie tylko zaopatrzyć się w ostatnie płyty BLAZE’a oraz
koszulki czy bluzy z grafikami z okładki, ale również można było nabyć
płytę macierzystej kapeli muzyków grających z BAYLEY’em. Najlepszą
jednak reklamą swojej konfekcji byli sami muzycy, którzy zarówno przed
koncertem jak i podczas niego nosili się w ubraniach sygnowanych własnym
brandem.
Rozgrzewkę zaserwował nam tego wieczoru zespół SLIVER, który dowodzony
przez charyzmatyczną wokalistkę prezentował miks surowego heavu metalu
jaki nieco nowocześniejszego do niego podejścia. W każdym razie nie
zabrakło melodii i riffów, przy których nie sposób było odmówić sobie
chociażby przytupywania. Grupa była przyzwoicie nagłośniona, ale
przyznam że do gustu przypadły mi bardziej fragmenty growlujące. W
melodyjnych partiach wokal nieco się gubił. Wrażenia natomiast pozostały
pozytywne – mimo, że zdaniem wielu klimatycznie support nie do końca
wpisywał się w plan wieczoru.
Wróćmy jednak do głównego dania dnia. BLAZE BAYLEY pojawił się na scenie
tuż po 21-szej. I jak można było przypuszczać na pierwszy ogień
zaprezentował utwory ze swojego najświeższego dzieła. Mimo że widziałem
na żywo BLAZE’a zarówno w czasach z Maiden, jak i później podczas
twórczości solowej, zaskoczyła mnie pozytywnie jego forma wokalna.
Zapowiedzi agencji, że muzyk jest w życiowej formie wkładałem między
bajki albo traktowałem jako kurtuazję, ale przyznam że nie było w tym
stwierdzeniu grama przesady. Wokalista wręcz zachwyca swoją dyspozycją i
charyzmą. Miałem okazję przeprowadzić przed koncertem z nim wywiad,
jednak na scenie zaprezentowała się kompletnie inna osoba. Ze
statecznego i rzeczowego, acz serdecznego rozmówcy, zmienił się w
sceniczne zwierzę, które ewidentnie żyje swoją twórczością. Powrócił
wcześniej już widziany przeze mnie na innych jego koncertach błysk w
oczach a nawet odrobina szaleństwa.
Set tego wieczoru owszem opierał się na nowym repertuarze, bo przecież
jego promocja to główne zadanie trasy, jednakże nie brakło wycieczek w
przeszłość i to zarówno po karierze solowej jak i do repertuaru IRON
MAIDEN czy WOLFSBANE.
Wiele kawałków wpisało się w konwencję futurystycznego konceptu o jakim
traktuje nowa seria albumów, bowiem i wcześniejsze kawałki albo
opowiadały o przyszłości albo o tematyce fantastycznej. I tak nie
zabrakło utworów choćby z „Silicon Messiah” a z repertuaru MAIDEN
pierwszy wybór padł na „Futureal” i „Virus”. Tutaj na chwilę się
zatrzymam bowiem opowiadając na gorąco rodzinie pierwsze wrażenia z
koncertu użyłem sformułowania którym i tutaj się posłużę, a dotyczy ono
kondycji BLAZE’a. Otóż wielokrotnie słyszałem utwór „Futureal” przy
wielu okazjach i na różnych trasach. Ale obecne wykonanie przebija nawet
oryginalną wersję z albumu!
Muzycy zespołu podobnie jak frontman, tryskali energią, dwoili się i
troili na niewielkiej scenie, ale największą zabawę zaprezentowali
podczas utworu „Manhunt”, w którym odegrali inscenizowane przepychanki i
zabieganie o brawa publiczności. Podczas występu nie zabrakło solówki
perkusyjnej, przez co wspomniany kawałek przedłużyć mógł się na moje oko
swobodnie do kwadransa. Kiedy muzycy zeszli ze sceny, publiczność na
początku skandowała imię BLAZE’a, by następnie odśpiewać wstęp do
X-Factor’owskiego otwieracza „Sing of the cross”. Na te dźwięki muzycy
nie mogli być obojętni… jednakże BAYLEY przyznał że tego utworu nie
przygotowali, przypomniał że wprawdzie jest dumny ze swoich czasów w
Żelaznej Dziewicy, ale nagrał już 10 własnych płyt… po czym zagrał
„Judgement of heaven”. Przy tej okazji uronił rąbka tajemnicy, że po
trasie promującej trzecią część obecnej trylogii wybiera się z serią
koncertów gdzie po raz ostatni ma zamiar zagrać cały set złożony z
kawałków Iron Maiden. Podczas obu tych tras planuje odwiedzić Polskę i
Underground Pub.
Dla kronikarskiej dokładności i by zaspokoić ciekawość fanów Maiden, w
secie tego wieczoru pojawiły się jeszcze „Man on the edge” i „Clansman”.
A całość trwała dwie godziny.
Przyznam że jestem zachwycony tym występem, doborem materiału,
proporcjami, zachowaniem muzyków. Zresztą tak po prawdzie osoby które
pojawiły się na koncercie nie były przygodnymi fanami ciężkiej muzyki –
to byli prawdziwi fani BLAZE’a. Przyznam, że wielokrotnie tego wieczoru
zaśpiewy publiczności były bardziej gromkie niż to bywa na
kilkutysięcznych arenach. Blaze z kolei objawił się jako dusza-człowiek.
Serdecznie ściskał fanów, przybijał piątki a tych z pierwszego rzędu
nawet co jakiś czas tulił.
Jako ciekawostkę wspomnę również incydent kiedy to podczas utworu „Man
on the edge” w młynie kilku kolesi nieco za bardzo poniosło, a być może
ktoś przekroczył granice zabawy i postanowili sobie dać po pyskach. Na
ten widok BLAZE przerwał koncert. Wygłosił krótką tyradę, że „nie o to
chodzi” i przez takie incydenty ludzie źle oceniają metalowców. Reszta
klubu skwitowała upomnienia aprobatą, a wspomniani gorącogłowi osobnicy
uspokoili się – koncert wznowiono.
Każdy kto bywa na koncertach wie, że w młynie dość łatwo przekroczyć
granicę bezpiecznej zabawy, dlatego nikt sytuacji nie demonizował,
jednak reakcja muzyków wymaga pochwały.
Po koncercie BLAZE zszedł prosto między ludzi i skierował się w stronę
baru. W końcu obiecał, że pogada z każdym fanem, który będzie miał na to
ochotę i podpisze każdy gadżet. Cóż, może i nie sprzedaje tylu płyt co
20 lat temu, ale na pewno jest wielką osobowością sceniczną.




Piotr Spyra


















































