Po podziale na dwie frakcje, obie grupy Rhapsody poczynają sobie całkiem
dzielnie. Szczerze mówiąc bardziej do gustu przypada mi jednak odłam
prowadzony przez Lucę Turilliego. Zabawniejsze jest to że z datą
premiery nowego albumu „…of Fire” zbiegła się trasa promująca drugi
album „Luca Turilli’s…”. Cóż świadomie lub podświadomie na pewno w
obozach jest jakaś rywalizacja. Dla fanów taka konkurencja wypada chyba
tylko na dobre.
Ucieszyłem się bardzo, że na trasie Rhapsody będzie wspierane przez Iron
Mask… zespół wyruszył w trasę prawdopodobnie po to by o sobie
przypomnieć. Przecież ostatni album ukazał się już trzy lata temu.
Zresztą z grup dowodzonych przez Dushana Petrossi – to właśnie Iron Mask
najbardziej cenię. Niestety kiedy poczyniłem przygotowania do tego
koncertu wyczytałem, ze Mark Boals nie jest już frontmanem grupy –
zamiast niego w zespole mikrofon dzierży Portugalczyk – Artur Almeida.
Tuż po przybyciu do wrocławskiego klubu Alibi pospiesznie udaliśmy się
do całkiem dobrze zaopatrzonych stoisk ze wszelakim merchem, gdzie
miałem okazję zamienić kilka słów z ekipą Iron Mask oraz z producentem
ich płyt. Pogadaliśmy o zmianach personalnych i o nowej płycie, która
jak się okazuje już w połowie jest nagrana. Dowiedziałem się, że nowy
album powinien być gotowy na maj, ale prawdopodobnie wytwórnia ustali
premierę na jesień. Poza tym ekipa pozytywnie podkręciła atmosferę
chwaląc nowego wokalistę jako podobnego warunkami głosu do samego
Dickinsona… chwyciłem haczyk 🙂
Redakcyjny kolega – Marcin, bywalec wrocławskich klubów od razu
zapowiadał, że ma w Alibi swoje ulubione miejsce, które tuż po
odwiedzeniu merchu i baru zajęliśmy strategicznie, czekając na koncert.
Ustawione na niedużej scenie banery Asylum Pyre zapowiadały, że to
Francuzi otworzą wieczorny show. Dowodzony przez wokalistkę zespół
zrobił na niezbyt jeszcze licznej publiczności dobre wrażenie i niemal w
lot złapał z nią dobry. Grupa zainteresowała swoją twórczością i mnie,
prezentując materiał z dwóch płyt, który odróżnia się od masy
nowożytnych grup z wokalistkami. Oszczędne klawisze, dynamiczne kawałki i
motoryka stawiana ponad melodykę, to chyba tego wieczoru ujęło mnie w
półgodzinnym występie zespołu.
Po dokładnie odmierzonej przerwie technicznej, po usunięciu kilku gratów
ze sceny w nieco bardziej komfortowych warunkach przyszło zagrać
multinarodowościowej ekipie z Iron Mask. Grupa z utworu na utwór
brzmiała coraz lepiej, a w secie, który trwał poniżej trzech kwadransów
zawarła chyba większość swoich singli. Nowy wokalista rzeczywiście daje
radę i to zarówno w kawałkach Boalsa jak i Valhalli jr. Zespół
zgromadził pod sceną nieco więcej fanów, ale ważne było to, że byli to
ludzie, którzy znali repertuar i podśpiewywali nośne refreny wraz
zespołem. Zabawną sytuację zafundowała ekipa techniczna, która przez
otwarte boczne drzwi obrzuciła zespół śnieżkami :).
Wejście na scenę Rhapsody Luci Turilli’ego poprzedzone było
orkiestralnym intro, które zapowiadało nowe wyjątkowe doświadczenia
symfoniczno – kinematyczne. Nieco zbyt mała scena klubu odebrała część
doznań, bowiem siłą rzeczy umieszczony za perkusją ekran nie był w
całości widoczny dla lwiej części publiczności. A działo się na nim
sporo. Od pełnych teledysków przez inne wizualizacje i efekty, które z
powodzeniem zastępowały atrakcje dostępne dla większych powierzchniowo
miejsc. Głównym daniem była jednak muzyka Rhapsody i to zarówno
promująca najnowszy album, nowe oblicze kapeli, jak też ukłony w stronę
klasyków. I tak wśród nieprawdopodobnych aplauzów, pojawiły się między
innymi takie utwory jak Land of Immortals, Dawn of Victory, Emeral
Sword, czy Unholy Warcry . Co ciekawe równie żywiołowo publiczność
reagowała także na nowy materiał, a tym oczywiście nie mogło zabraknąć
nowych singli gdzie Prommetheus i Rosenkreuz zrobiły furorę, ale i mały
krok wstecz do płyt poprzedniej wywołał pozytywne reakcje. Zapewne
domyślacie się, że orkiestracje odgrywane były „z klawisza”, jednakże
kolorytu wydarzeniu i pewnego pierwiastka operowego dodało zaangażowanie
gości – tenora i sopranistki, których każdorazowe pojawienie spotykało
się z aplauzem. Szczególnie Emilie Ragni przypodobała się publiczności
śpiewając w duecie z Alessandro Conti. Warto wspomnieć o tym, że muzycy
dawali z siebie wszystko, szaleli na scenie, na tyle na ile pozwalały im
warunki i jej kubatura. Luca Truilli biegał, skakał i tryskał energią,
jednakże tylko on oraz klawiszowiec, nie uraczyli nas tego wieczorami
osobnymi solówkami. A zaczęło się od kapitalnej solówki Alexa
Landenburga, który do motywu z „Gry o Tron” odegrał świetnie perkusyjny
podkład, który następnie przeszedł w szaloną galopadę, nie stroniącą od
technicznych majstersztyków i popisów ale przy tym niebywale melodyjną.
Widziałem w ostatnim czasie wiele solowych popisów perkusyjnych, ale ten
był zdecydowanie jednym z najlepszych. Po pewnym czasie basowym solo
uraczył nas Patrice Guers, który nie dość że wykorzystał wszystkie
możliwe techniki gry od klangowania przez tapping po akordy, zagrał
również bardzo melodyjnie. Tego się po prostu dobrze słuchało. Całości
dopełnił drugi gitarzysta grupy, który również wspierał swego czasu
Rhapsody of Fire – Dominique Leurquin .
Warto wspomnieć, że przez cały koncert wokalista – Alesandro Conti nie
uronił ani jednego dźwięku. Wprawdzie w refrenach wspomagany przez chóry
widocznie odpuszczał, ale wszystkie górki do ostatniego utworu
potraktował z pełnym zaangażowaniem.
Nie obyło się bez bisów, zespół więc gościł na scenie godzinę i 45
minut, był to bardzo udany i dobrze nagłośniony koncert. Wprawdzie jeśli
nie posłużyłbym się zatyczkami – przypłaciłbym to zdrowiem – bo całość
była ustawiona na mój gust zbyt głośno, ale nieco przytłumiony
zatyczkami – delektowałem się selektywnym brzmieniem każdego
instrumentu, głosu i orkiestry.
Po koncercie muzycy poszli się odświeżyć, ale stopniowo pojawiali się w
okolicach stoisk i baru by porozmawiać z fanami, pozować do zdjęć i
rozdać autografy.
Przyznam szczerze, że nowy album odsłuchany z wersji promocyjnej jawił
mi się jako nieco zbyt przytłaczający i skomplikowany. Odsłuchanie tych
kompozycji na żywo nakręciło mnie pozytywnie na tą muzykę i postanowiłem
jednak uzupełnić dyskografię. Jak dla mnie w tym momencie Turilli vs
„of Fire” 2:0.







Tekst: Piotr Spyra
Foto: Marcin Magiera




















































